Archiwum kategorii: Graham Masterton

Brama do piekielnego wymiaru w horrorze Zwierciadło piekieł – Graham Masterton

Zwierciadło piekieł (oryg. Mirror) Grahama Mastertona to klasyczny, nieokiełznany Masterton w szczytowej formie. Czy to dobra pozycja? Absolutnie tak, jeśli lubicie, gdy autor bez ostrzeżenia wrzuca Was do maszynki do mięsa . Książka wciąga od pierwszych stron. Jest jak stary rollercoaster w wesołym miasteczku. Trzeszczy, momentami przeraża tandetą, ale prędkość i nagłe zwroty akcji nie pozwalają wysiąść aż do samego końca.

zwierciadło piekieł

Wyobraźcie sobie, że kupujecie piękne, zabytkowe lustro, żeby dodać salonowi odrobiny szyku. Martin Williams, scenarzysta z Hollywood, wpada na dokładnie taki pomysł. Kupuje gigantyczne, bogato zdobione zwierciadło, które należało kiedyś do nieszczęsnego aktora dziecięcego z lat 30. Szybko okazuje się, że ta tafla nie służy do poprawiania fryzury. Lutro to przeklęta brama wprost do piekła.

zwierciadło piekieł

Masterton nie bawi się w powolne budowanie napięcia. Akcja rusza z kopyta. Przypomina to lawinę – najpierw spada mały kamyk, a chwilę później walczycie o życie pod toną śniegu (i krwi).
Autor pisze krótko, dosadnie, filmowo. Masterton tworzy tak, jakby kręcił horror klasy B z gigantycznym budżetem. Nie ma tu miejsca na głębokie filozoficzne dyskusje. Jest czysta, rzemieślnicza rozrywka. No i te jego kultowe, czasem absurdalne dialogi – czyste złoto.





Książka nie tyle straszy subtelnym szeptem z szafy, ile raczej wyskakuje z niej z głośnym krzykiem i piłą łańcuchową. Czy jest przerażająca? Dla ludzi o słabych nerwach – zdecydowanie. Napięcie rośnie w parze z poczuciem bezsilności bohaterów. Masterton doskonale operuje lękiem przed tym, co nieznane, a co widzimy tylko kątem oka w odbiciu.
Po tej lekturze wieczorne mycie zębów przed lustrem w łazience zyska zupełnie nowy, mało komfortowy wymiar.

Jeśli szukacie subtelnych metafor grozy, pomyliliście adresy. Masterton to król gore i nie wstydzi się tego. Co kryje się po drugiej stronie? Czyste, pierwotne zło, które karmi się ludzkim cierpieniem i próżnością. Istoty z pogranicza koszmaru i czarnej magii.
Są krwawe, mięsne i bardzo plastyczne. Autor opisuje makabryczne deformacje ciała z chirurgiczną precyzją. Krew leje się gęsto, a ludzka anatomia traktowana jest tu z dużą dozą kreatywności. Czasem te opisy są tak przesadzone, że człowiek łapie się na nerwowym śmieszku. Taki to urok lat 80. i 90. w horrorze!

Klimat tej powieści to genialny miks. Z jednej strony mamy słoneczne, powierzchowne, pełne egoistycznych ludzi Hollywood. Z drugiej – mroczną, gęstą atmosferę starego okultyzmu, klątw i rozkładu. Ten kontrast działa idealnie. Jak picie ekskluzywnego drinka z palemką, w którym ktoś dla żartu rozpuścił jad skorpiona. Czuć tu zapach starego drewna, strachu i… zaschniętej krwi.

Werdykt: Warto wskoczyć w tę otchłań?
Zdecydowanie warto. Zwierciadło piekieł to idealna pozycja na dwa, trzy intensywne wieczory. Masterton w pigułce – bezkompromisowy, brutalny, momentami niedorzeczny, ale cholernie magnetyczny. Jeśli chcecie poczuć ciarki na plecach i zobaczyć, jak wygląda prawdziwy, mięsisty horror retro, kupujcie bilet na ten seans. Tylko pamiętajcie: nie patrzcie za siebie, kiedy przechodzicie obok przedpokoju.

Indianski demon i wampiry w horrorze Krew Manitou – Graham Masterton

krew manitou
Kiedy brytyjski król makabry, Graham Masterton, decyduje się na powrót do swojego flagowego uniwersum, można być pewnym, że będzie ostro. Krew nie będzie sączyć się leniwie, lecz tryśnie wartkim strumieniem prosto w twarz czytelnika. „Krew Manitou” to literacki koktajl. Miesza ze sobą tak skrajne składniki, że w teorii nie miało prawa to zadziałać. A jednak, ta pulpowo-gotycka jazda bez trzymanki wciąga szybciej niż ruchome piaski.



Nowy Jork spływa czerwienią. Metropolię paraliżuje osobliwa epidemia. Zamiast grypy, mieszkańcy łapią nagły, nieodparty apetyt na krew swoich bliźnich. Ludzie podrzynają sobie gardła na ulicach. A wirus przenosi się drogą, którą Masterton opisuje z niemal chirurgiczną (i bardzo zmysłową) lubością, przez namiętny seks. W sam środek tego wampirycznego szaleństwa wkracza stary znajomy, Harry Erskine. Genialny hochsztapler i fircyk, który udaje jasnowidza. Ale kiedy świat staje na głowie, okazuje się jedynym facetem z odpowiednimi chodami w zaświatach. Towarzyszy mu niezawodny indiański szaman, Śpiewająca Skała.
krew manitou
Fabuła pędzi na złamanie karku. Autor ma w nosie subtelne budowanie napięcia. Zamiast tego wrzuca czytelnika w wir wydarzeń, serwując miks teorii spiskowych i historycznej żonglerki. Dowiadujemy się bowiem, że starożytny, mściwy demon Misquamacus sprzymierzył się z… rumuńskimi wampirami, które sprowadzono do Ameryki jeszcze w XIX wieku, a które obudziły się do życia po zamachu z 11 września. Brzmi niedorzecznie? Owszem, ale Masterton pisze to z tak kamienną twarzą i tak lekkim piórem, że kupuje się ten pomysł z całym dobrodziejstwem inwentarza.

Styl pisarza jest bezpośredni, wręcz drapieżny. Krótkie, mięsiste zdania uderzają z siłą obucha, nie pozostawiając miejsca na poetyckie opisy przyrody. Jeśli pojawia się tu poezja, to jest to poezja rozrywanych tkanek i chłeptanej posoki.

Książka nie tyle straszy w klasycznym rozumieniu tego słowa. Nie znajdziecie tu cichego, pełzającego niepokoju, który każe sprawdzać szafy przed snem. Jest to raczej krwawa, widowiskowa apokalipsa. Masterton odpala jeden generator makabry za drugim. Monstra, z którymi mierzą się bohaterowie, to nie blade zmierzchowe nastolatki, lecz drapieżne bestie. Strzygi pełzające po ścianach wieżowców, potwory przenikające przez lustra i krwiożercze widma. Sceny gore są tu podane bez cenzury. Autor rozlewa posokę wiadrami, patroszy postacie z gracją rzeźnika i bawi się fizjologią strachu na całego.

Klimat Nowego Jorku w tej powieści jest duszny, lepki od potu i krwi, przesiąknięty zapachem paniki i rozkładu. Nowoczesna szklana dżungla zostaje brutalnie zderzona z pierwotną, mroczną magią i europejskim, gotyckim mitem. Ten kontrast tworzy niesamowity, niemal surrealistyczny nastrój schyłku cywilizacji.

Czy warto dać się ukąsić? Jeśli szukacie głębokiego traktatu o kondycji ludzkiej, omijajcie tę pozycję szerokim łukiem. Jeśli jednak tęsknicie za bezkompromisowym, mięsistym horrorem klasy B z czasów, gdy strach był po prostu dobrą, makabryczną zabawą – „Krew Manitou” sprawdzi się idealnie jako nocna lektura. Tylko po przeczytaniu dobrze zamknijcie okna. I na wszelki wypadek nie patrzcie za długo w lustra.

Indiański demon w horrorze Manitou – Graham Masterton

„Manitou” Grahama Mastertona to legendarny horror z 1975 roku, który zdefiniował literacką grozę tamtych lat i zapoczątkował najsłynniejszy cykl brytyjskiego pisarza. Czy po ponad pół wieku ta historia wciąż potrafi podnieść ciśnienie? Czy może trąci już myszką i kiczem? Sprawdźmy to!

manitou masterton

Quick Look: Plusy i Minusy
Krwawe trofeum: Za bezbłędny, gęsty klimat Nowego Jorku z lat 70. i odwagę w serwowaniu tak absurdalnego, a zarazem genialnego pomysłu wyjściowego.

Zgrzyt: Finałowe starcie zamiast gęsiej skórki wywołuje uśmiech politowania. No i niektóre dialogi… są tak drewniane, że można by z nich zbudować indiański wigwam.




Poznajemy Karen Tandy, młodą kobietę, która zgłasza się do szpitala w Nowym Jorku z powodu rzekomego guza rosnącego na jej plecach i szyi. Lekarze są bezradni – prześwietlenia pokazują, że tkanka zaczyna przypominać… ludzki płód. Guz to w rzeczywistości reinkarnacja Misquamacusa – potężnego, bezwzględnego czarownika, który powraca z zaświatów, aby dokonać krwawej zemsty na białych ludziach za krzywdy wyrządzone jego narodowi przed wiekami. Do akcji wkracza Harry Erskine – absolutnie genialny bohater. Harry nie jest żadnym Van Helsingiem. Harry to facet, który zarabia na życie jako fałszywy jasnowidz. Przepowiada przyszłość bogatym, znudzonym staruszkom. Kiedy jednak sprawa staje się śmiertelnie poważna, Erskine musi połączyć siły z nowoczesną medycyną oraz prawdziwym indiańskim szamanem, Śpiewającą Skałą. Tylko oni mogą zatrzymać nadchodzącą katastrofę.
Masterton pisze niezwykle dynamicznie. Nie ma tu miejsca na nudę czy przydługie, Kingowskie opisy krajobrazów. Akcja pędzi na złamanie karku. Styl jest surowy, bezpośredni i nastawiony na czystą rozrywkę.

manitou masterton

Czy Manitou może przestraszyć? Zależy, czego szukasz. Jeśli liczyłeś na subtelny horror psychologiczny pełen egzystencjalnego lęku, źle trafiłeś. Masterton gra grubymi kartami. Przerażenie buduje czysty, namacalny niepokój związany z deformacją ludzkiego ciała (body horror w najczystszej postaci). Wizja istoty, która dosłownie przejmuje kontrolę nad organizmem bezbronnej kobiety, autentycznie potrafi wywołać dreszcze.
Co do potworów – głównym antagonistą jest sam Misquamacus. Zanim jednak w pełni się narodzi, Masterton serwuje nam całą galerię manifestacji jego mocy. Mamy tu demoniczne siły paraliżujące szpitalne korytarze, lodowaty wiatr wiejący wewnątrz zamkniętych pomieszczeń i przywoływanie starożytnych, indiańskich bóstw. Krwawych scen nie brakuje. Autor nie patyczkuje się z czytelnikiem i przedstawia całe spektrum makabry.

Nowojorski krajobraz lat 70., przesiąknięty dymem papierosowym, neonami i rodzącą się nowoczesną technologią, zderza się tu z pierwotną, mistyczną magią natury. Masterton świetnie buduje nastrój izolacji. Choć akcja toczy się w ogromnym mieście, nowoczesny szpital zamienia się w odciętą od świata, nawiedzoną twierdzę. W której technologia przegrywa z pradawnym gniewem.

Dla kogo jest ta książka?
Czytaj, jeśli: Uwielbiasz klasykę grozy z lat 70. i 80., kręcą Cię motywy prastarych klątw, body horror i masz słabość do charyzmatycznych, lekko cwaniackich bohaterów.

Odpuść, jeśli: Szukasz naukowej logiki, przeszkadzają Ci fabularne głupotki i przerysowane, niemal komiksowe finały, w których bohaterowie rzucają zaklęcia w nowoczesnym wieżowcu.