Category Archives: Zdolności Paranormalne

Masakra w małym miasteczku – Regulatorzy – Stephen King

Cień padający na ciche, amerykańskie przedmieścia potrafi skrywać najbardziej absurdalne koszmary. Stephen King (piszący pod pseudonimem Richard Bachman) po raz kolejny udowadnia, że słoneczne popołudnie w małym miasteczku bywa bardziej przerażające niż najciemniejsza noc w nawiedzonym zamku. Pozycja obowiązkowa dla każdego, kto lubi, gdy proza dosłownie gna na złamanie karku.

regulatorzy king

Powieść uderza w czytelnika niczym rozpędzona lokomotywa na niestrzeżonym przejeździe. Bachmanowskie wcielenie Mistrza Grozy serwuje bezkompromisową, brutalną i niezwykle dynamiczną jazdę bez trzymanki. Dzieło zachwyca bezczelnością pomysłu oraz bezwzględnością w traktowaniu bohaterów. Zdecydowanie nie jest to niszowa dłubanina dla wybranych, lecz mięsisty, mokry od krwi horror najwyższej próby. Autor w pełni podołał wyzwaniu, tworząc dzieło szalone, a przy tym zaskakująco spójne.

Spokojna ulica w miasteczku Wentworth staje się areną niewyobrażalnej rzezi. Kolorowe, futurystyczne vany wjeżdżają na osiedle, a ich zamaskowani kierowcy otwierają ogień do bezbronnych mieszkańców. Sprawcą całego zamieszania okazuje się starożytny, bezlitosny byt uwięziony w ciele chorego chłopca. Obcy byt przekształca rzeczywistość na wzór dziecięcych kreskówek oraz surrealistycznych westernów. Koncept zachwyca oryginalnością i mistrzowskim połączeniem dziecięcej naiwności z absolutnym sadyzmem.

Głównym źródłem lęku staje się niespodziewana zmiana znanej rzeczywistości w piekielny plac zabaw. Stan zagrożenia przybiera formę brutalnej, rysunkowej przemocy. Poczucie niebezpieczeństwa rośnie z każdą minutą, a autor nie szczędzi czytelnikowi drastycznych opisów. Krwawe sceny potrafią wstrząsnąć swoją surowością. Odstrzelone kończyny, roztrzaskane głowy i wszechobecna jucha tworzą niesamowity klimat. Taki makabryczny groteskowy miszmasz sprawia, że włos jeży się na głowie.

Ulica zostaje odcięta od świata zewnętrznego, zmieniając się w pustynną makietę rodem z taniego filmu. Sąsiedzi, którzy jeszcze rano wymieniali uśmiechy, nagle muszą walczyć o przetrwanie w opałach. Paranoja postępuje błyskawicznie, a uczucie bezsilności wobec nieludzkiej potęgi ściska za gardło. Najbardziej uderza niesamowita, letnia senność, która w ułamku sekundy zamienia się w krwawą rzeźniczą jatkę.

Styl zachwyca surowością, drapieżnością oraz niesamowitą ostrością obrazowania. Konstrukcja powieści opiera się na wycinkach z gazety, listach, odręcznych notatkach oraz klasycznej narracji, co dodaje całości dokumentalnego charakteru. Kreacja małego miasteczka wypada niezwykle wiarygodnie, dzięki czemu późniejsza destrukcja boli podwójnie. Słownictwo jest bogate, mięsiste i świetnie oddaje dynamikę starć. Rzadko kiedy chaos na kartach książki bywa tak dobrze kontrolowany przez pióro pisarza.

Czy warto przeczytać?
Fani szalonej akcji, bezpardonowego gore i niepodrabialnego stylu amerykańskiego mistrza będą w siódmym niebie. Książka stanowi doskonały sprawdzian dla czytelników o mocnych nerwach, poszukujących w literaturze czystej, skondensowanej adrenaliny. Osoby wrażliwe na przemoc lub szukające powolnego, subtelnego straszenia mogą poczuć się przytłoczone tą rzezią. Całość wypada jednak imponująco i udowadnia, że krwawa rozrywka potrafi mieć naprawdę wysoką jakość.

Demoniczne wiedźmy w horrorze Piąta czarownica – Graham Masterton

Mroczne Los Angeles, zapach prochu zmieszany z dymem rytualnych stosów i autor, który od dekad bezlitośnie patroszy ludzką psychikę. Graham Masterton w powieści „Piąta czarownica” zabiera nas w podróż do Miasta Aniołów, które z aniołami ma wspólnego tyle, co rzeźnik z wegetarianizmem. Brytyjski mistrz grozy stworzył pozycję niezwykle dynamiczną i krwawą. Czy to wybitne dzieło? Nie, ale jako literacki odpowiednik krwawego, sensacyjnego kina klasy B sprawdza się wyśmienicie.

piąta czarownica

Szkielet fabularny intryguje od pierwszych stron. Trzech potężnych gangsterów przejmuje totalną władzę nad Los Angeles. Zamiast przekupnych sędziów czy karabinów maszynowych, ich najgroźniejszą bronią stają się cztery XVII-wieczne, wskrzeszone czarownice.



Akcja rusza z kopyta, gdy trzej detektywi płoną żywcem w samochodzie, uprzednio wymiotując żywymi karaluchami. Prawnicy wbijają sobie ołówek w ucho, a całe oddziały SWAT zostają bezlitośnie wyrżnięte w pień. Na drodze tej fali potworności staje detektyw Dan Fisher – cyniczny glina i zadeklarowany sceptyk. Los zmusza go do porzucenia racjonalnego myślenia. W walce z piekielnymi siłami pomagają mu ekscentryczny ojciec (emerytowany iluzjonista) oraz tajemnicza, urocza sąsiadka Annie Conjure, która o czarach wie zdecydowanie za dużo.
Masterton pisze lekko, niezwykle potoczyście. Stawia na krótkie, mięsiste zdania, które tną powietrze niczym rzeźnicki tasak. Dialogi bywają sarkastyczne, co zgrabnie rozładowuje wszechobecny horror.

piąta czarownica

Książka potrafi zjeżyć włos na głowie, choć zamiast subtelnego, psychologicznego niepokoju, autor serwuje nam czysty terror. Napięcie pulsuje w rytmie przyspieszonego bicia serca. Pisarz nie bawi się w podchody. Każda kolejna strona przynosi zagrożenie, przed którym nie chroni ani policyjna odznaka, ani kamizelka kuloodporna. Czytelnik szybko zaczyna współczuć bohaterom, bo konfrontacja ze starożytną magią przypomina walkę z huraganem za pomocą papierowego wachlarza.

Zapomnijcie o potulnych babuniach z wielkimi nosami i latających miotłach. Czarownice w tej powieści – na czele z bezwzględną Rebeccą Greensmith – są amoralnymi, demonicznymi istotami, które szafują ludzkim życiem bez mrugnięcia okiem. Pisarz miesza widowiskowe, hollywoodzkie eksplozje z intymnym, obrzydliwym gore. Sznury flaków i tryskająca posoka niemal kapią z kartek.

Klimat opowieści gęstnieje z każdym rozdziałem. Złote plaże i luksusowe dzielnice Los Angeles zostają zalane przez mrok i krew. Nastrój książki przypomina senny koszmar, w którym nowoczesna technologia okazuje się bezużyteczna w starciu z pierwotnym, bezwzględnym złem.

Czy warto wejść do tego koszmaru?
Warto, bez dwóch zdań. Pod warunkiem, że lubicie literacką jazdę bez trzymanki i nie mdlejecie na widok krwi. Miłośnicy krwawych opowieści niesamowitych dostaną dokładnie to, za co uwielbia się brytyjskiego autora. Książka zapewnia kilka godzin doskonałej, choć makabrycznej i podszytej czarnym humorem rozrywki.

Doktor Sen – Stephen King

Okej, muszę to powiedzieć na głos na samym początku. Powroty do klasyków po latach to zawsze jest stąpanie po polu minowym. Kiedy brałem się za Doktor Sen, w głowie miałem jedno wielkie: „King, chłopie, po co ty to ruszasz?”. Lśnienie to przecież absolutny święty Graal, horror totalny, gdzie klaustrofobia i szaleństwo w hotelu Panorama wgryzały się w mózg. Kontynuacja po ponad trzech dekadach pachniała mi po prostu bezpiecznym skokiem na kasę.

doktor sen

Ale dobra, otwieram książkę. I moje pierwsze skojarzenie? To nie jest Lśnienie 2. I całe szczęście.

Zamiast zimowego, odciętego od świata hotelu dostajemy coś w rodzaju drogowego urban fantasy zmiksowanego z dramatem psychologicznym. Dorosły Dan Torrance to wrak człowieka. King genialnie, bez zbędnego patosu pokazuje, jak genetyczne brzemię alkoholizmu ojca dopadło syna. Te pierwsze rozdziały, gdzie Danny stacza się na samo dno, pije, żeby zagłuszyć „lśnienie” i budzi się obok obcych ludzi, były dla mnie mocniejsze niż niejedna scena z duchami. Czuć tu ten stary, dobry styl Kinga, który potrafi pisać o ludzkich upadkach tak, że aż bolą zęby.



Potem jednak wjeżdża główny wątek i tu miałem lekki moment ziewnięcia. Prawdziwy Węzeł. No kurczę, ekipa wampirów energetycznych jeżdżących kamperami po Ameryce i wysysających z dzieci „parę” (czyli esencję lśnienia), żeby zachować nieśmiertelność? Brzmiało to potwornie kiczowato. Przez pierwsze sto stron, za każdym razem, gdy pojawiała się Rose Kapelusz (tak, nosi na głowie cylinder, bo czemu by nie), miałem takie: „Serio, Stephen? To mają być ci wielcy, straszni antagoniści?”.

I tu nastąpiło zaskoczenie, bo King jakimś cudem to obronił. Może nie tym, że Prawdziwy Węzeł jest przerażający w taki czysty, namacalny sposób – bo nie jest, bliżej im do podstarzałych hippisów z piekła rodem. Obronił to klimatem prowincjonalnej, zapomnianej Ameryki. Scena, w której torturują i mordują małego chłopca, gracza baseballu, żeby zdobyć jego parę… Chryste. To było niesamowicie brudne, ciężkie i autentycznie złe. King potrafi jedną sceną sprawić, że przestajesz się śmiać z cylindra Rose, a zaczynasz czuć realny niepokój.

W trakcie czytania miałem zresztą całą masę teorii. Kiedy pojawia się Abra – dziewczynka, która lśni tak potężnie, że Danny przy niej wygląda jak ledwo żarząca się żarówka – byłem pewien, że King pójdzie w totalną destrukcję. Myślałem: „Dobra, mała straci kontrolę, Prawdziwy Węzeł ją dopadnie, a Dan będzie musiał poświęcić swoje życie w jakimś spektakularnym, odkupieńczym akcie, niszcząc ich wszystkich”. Projektowałem sobie w głowie krwawą łaźnię w finale.

A jak wyszło? Finał w miejscu, gdzie kiedyś stał hotel Panorama, to był czysty fan service, ale – o dziwo – zadziałał. Reakcja po zamknięciu książki? Domknięcie, spokój. To nie jest horror, po którym boisz się zasnąć przy zgaszonym świetle. King przesunął akcenty. Tam, gdzie w Lśnieniu była rozpacz i rozpad rodziny, w Doktorze Śnie dostajemy opowieść o przepracowywaniu traumy, o trzeźwieniu i o przekazywaniu pałeczki.

Czy to wybitna książka? Nie, ma swoje przestoje, a Prawdziwy Węzeł momentami wydaje się dziwnie mało zaradny jak na kilkusetletnie potwory. Ale jako portret dorosłego, poobijanego przez życie Danny’ego Torrance’a? Kupuję to w całości. Dobrze się wraca do tych starych demonów, nawet jeśli tym razem noszą cylindry.