Category Archives: Książki Horror

Klasyka postapokalipsy – Bastion – Stephen King

Gdyby Flintstonowie spotkali Mad Maxa na zlocie fanów biblijnej Apokalipsy, a całość podkręciłby na maksa rzeźnik z sąsiedztwa – dostalibyśmy właśnie to opus magnum. Przed Wami monumentalne starcie dobra ze złem, gdzie superwirus o uroczej nazwie „Kapitan Trips” kosi 99% ludzkości szybciej, niż zdążysz powiedzieć „kichnięcie”.
Dzisiaj przedstawiam absolutną legendę: „Bastion” (The Stand), którego autorem jest nie kto inny, jak Król Horroru – Stephen King. Czy ta cegła (ponad 1100 stron!) wciąż potrafi wgryźć się w gardło, czy może pokryła się już kurzem? Sprawdźmy.

bastion king

Quick Look: Plusy i Minusy

Krwawe trofeum: Za wykreowanie Randall Flagga – gościa, który sprawia, że masz ochotę sprawdzić trzy razy, czy zamknąłeś drzwi na klucz, a potem i tak zostawiasz włączone światło.
Zgrzyt: Rozwlekłość niektórych opisów. King potrafi poświęcić trzy strony na opisanie zardzewiałego roweru w rowie. No i to legendarne, lekko „błogosławione” zakończenie – jedni je kochają, inni chcą rzucać książką w ścianę.



Wyobraźcie sobie, że wojskowym znowu coś uciekło z laboratorium. Tym razem to grypa na sterydach. King z chirurgiczną precyzją, dom po domu, rozkłada na łopatki całą cywilizację. Kupiła mnie ta bezwzględność autora – nie ma tu taryfy ulgowej dla nikogo.
Gdy świat zamienia się w gigantyczne cmentarzysko, ocaleni zaczynają mieć sny. Jedni śnią o sędziwej, 108-letniej Matce Abigail, która bawi się w rzecznika prasowego Boga w Nebrasce. Inni… cóż, inni widzą faceta bez twarzy w dżinsowej kurtce, kolesia o czerwonych oczach – Randalla Flagga. Ludzkość dzieli się na dwa obozy i zaczyna marsz przez zrujnowaną Amerykę.
Styl Kinga w „Bastionie” to czysta, epicka amerykańska gawęda. Gość pisze tak naturalnie, że wsiąka się w ten świat bez popitki. Dialogi bywają potoczne, czasem wręcz szorstkie, ale dzięki temu bohaterowie – jak muzyk Larry Underwood czy zamknięty w sobie Stu Redman – stają się Twoimi kumplami.

Czy to w ogóle straszy?
Mój werdykt w jednym zdaniu: „Bastion” to potężne, klimatyczne studium upadku ludzkości, które przeraża realizmem i magnetycznym, mrocznym klimatem.

Czy książka jest straszna? To zależy, czego się boisz. Nastrój paranoi i osaczenia jest tak gęsty, że można go kroić nożem. King mistrzowsko buduje napięcie. Najbardziej przerażające nie są nadprzyrodzone moce, ale wizja pustych, gnijących megapolis i to, jak szybko człowiek potrafi zamienić się w bestię, gdy znikają zasady i policja.

Elementy grozy i potwory:
Kapitan Trips: Niewidzialny morderca. Sceny, w których ludzie uświadamiają sobie, że zwykłe przeziębienie to wyrok śmierci, autentycznie mrożą krew w żyłach (szczególnie po doświadczeniach z prawdziwymi pandemiami!).

Randall Flagg (Mroczny Maniak): To nie jest typowy potwór z bagien. To chodzący demon, ucieleśnienie czystego zła, chaosu i tyranii. Facet ma w sobie coś tak magnetycznego, że aż ci głupio, kiedy czytasz jego rozdziały z zapartym tchem.

Tunel Lincolna: Jeśli macie klaustrofobię, scena ucieczki z Nowego Jorku przez kompletnie zaciemniony, wypełniony trupami tunel sprawi, że zapomnicie o oddychaniu. To jedna z najbardziej krwawych, dusznych i makabrycznych sekwencji w historii literatury grozy.

Raport z Przetrwania
Body count: 99.4% ludzkości (globalny reset w wersji hardcore)

Poziom adrenaliny: Falujący – od powolnego budowania napięcia po totalną jazdę bez trzymanki

Ilość zużytego osocza: Ocean (głównie z pękających węzłów chłonnych)

Dla kogo jest ta książka?

Czytaj, jeśli:

– Uwielbiasz motywy postapokaliptyczne i powolne budowanie świata.

– Chcesz zobaczyć, jak wygląda literacki pojedynek stulecia między Dobrem a Złem.

– Nie przeraża Cię książka, którą w razie ataku zombiaka możesz wykorzystać jako broń obuchową.

Odpuść, jeśli:

– Dostajesz gęsiej skórki na samą myśl o 30-stronnicowych opisach psychiki postaci pobocznych, które i tak zaraz umrą.

– Szukasz szybkiej, lekkiej lektury na jeden wieczór do poduszki.

Bawiłem się świetnie, mimo że niektóre wątki King mógłby spokojnie skrócić o połowę bez straty dla fabuły. To absolutny klasyk, który po prostu TRZEBA znać.

A Ty? Wybrałbyś bezpieczną chatkę u Matki Abigail czy rzuciłbyś wszystko, żeby robić rozróbę w Vegas u boku Flagga?

Mordercze wampiry w powieści Miasteczko Salem – Stephen King

Dzisiaj na tapetę bierzemy absolutny fundament, biblię wampiryzmu literackiego i książkę, która sprawiła, że co drugie dziecko w latach 70. spało z czosnkiem pod poduszką.
Jeśli myślisz, że wampiry to błyszczący w słońcu modele ze “Zmierzchu” albo eleganccy arystokraci z “Pamiętników Wampirów”, to “Miasteczko Salem” Stephena Kinga uderzy cię w twarz z siłą rozpędzonego karawanu. To nie jest romans. To nekroza wchodząca do Twojego domu przez okno.

miasteczko salem

Szybki rzut oka
Krwawe trofeum: Za postać Barlowa – gościa, który sprawia, że Dracula wygląda przy nim jak uroczy starszy pan z sąsiedztwa.
Zgrzyt: King w pewnym momencie tak bardzo skupia się na drzewie genealogicznym każdego mieszkańca, że przez chwilę czułem się, jakbym czytał książkę telefoniczną… ale taką, w której każdy abonent zaraz zginie.

Wyobraźcie sobie Bena Mearsa – pisarza (klasyka u Kinga!), który wraca do rodzinnego Jerusalem’s Lot, by zmierzyć się z traumą z dzieciństwa związaną z upiorną posiadłością Marstenów. W tym samym czasie do miasteczka sprowadza się tajemniczy pan Straker i jego “wspólnik”, pan Barlow.

Nagle dzieci zaczynają znikać, dorośli chorują na dziwną “anemię”, a słońce zaczyna zachodzić jakby szybciej. Styl Kinga to czysta, rzemieślnicza magia: potrafi opisać parzenie kawy tak, że czujesz niepokój, a potem przejść do sceny, po której boisz się spojrzeć w stronę okna.
Napięcie w tej książce nie wynika z “jump scare’ów”. To lęk typu: “Coś drapie w szybę na drugim piętrze”. Sceny, w których martwe dzieci pukają w okna swoich kolegów, prosząc o wpuszczenie do środka, to absolutne mistrzostwo grozy. Moje serce zabiło szybciej (i niemal stanęło), gdy zdałem sobie sprawę, że King nie oszczędza nikogo. Tu nie ma “bezpiecznych” bohaterów.

Zapomnijcie o nowoczesnych interpretacjach. Potwory w Salem to klasyczne wampiry. Brudne, cuchną ziemią i starością. To drapieżniki, a nie kochankowie.
Nie jest to rzeźnia w stylu “Piły”, ale sceny przebijania kołkiem są opisane z taką anatomiczną precyzją, że niemal słyszysz ten mokry dźwięk. Dom Marstenów, posiadłość to osobny bohater. Zły, gnijący monument, który promieniuje mrokiem na całą okolicę.
Klimat to najmocniejsza strona tej pozycji. To gęsta, lepka atmosfera małego amerykańskiego miasteczka, gdzie pod warstwą uprzejmości kryją się brudy, zdrady i alkoholizm. King genialnie pokazuje, że wampiry wcale nie musiały bardzo się starać – Salem już wcześniej było martwe od środka. Nastrój przypomina powolne gnicie jesiennego liścia.

Mój “Licznik Zła”
Body count: 7/10 (Całe miasto idzie pod nóż… lub pod kły)
Poziom adrenaliny: Wysoki (szczególnie w nocy)
Ilość zużytej święconej wody: Cysterna

Czy warto przeczytać?
Mój werdykt w jednym zdaniu: To absolutny klasyk, który udowadnia, że najstraszniejsze rzeczy dzieją się tuż obok nas, w domach, które mijamy codziennie.

Czytaj, jeśli:

– Chcesz poczuć prawdziwy lęk.

– Kochasz klimat małych, odizolowanych społeczności.

– Uważasz, że King to król (bo tutaj nim jest).

Odpuść, jeśli:

– Masz fobię na punkcie pukania w okno po zmroku.

– Nie lubisz długich ekspozycji i opisów tła społecznego.

Morderczy samochód w książce Christine – Stephen King

Miłość od pierwszego… warkotu? Recenzja „Christine” Stephena Kinga.
Witamy w garażu, gdzie zapach spalonej gumy miesza się z aromatem świeżej krwi! Dzisiaj bierzemy na warsztat klasyka, który udowadnia, że pierwsza miłość bywa zabójcza – dosłownie. Jeśli myśleliście, że Wasza toksyczna eks była zazdrosna, to znaczy, że nie poznaliście jeszcze Christine. Wyobraźcie sobie, że Garbi przechodzi załamanie nerwowe, zaczyna słuchać mrocznego rock’n’rolla i postanawia rozjechać każdego, kto krzywo spojrzy na właściciela. Tak w skrócie wygląda ta literacka przejażdżka bez trzymanki.

christine

Szybki przegląd
Krwawe trofeum: Za scenę „regeneracji” auta. To literackie CGI, które działa na wyobraźnię lepiej niż niejeden współczesny film.
Zgrzyt: King momentami tak bardzo odpływa w opisy techniczne i nostalgiczne wspomnienia lat 50., że można odnieść wrażenie, iż czytamy instrukcję obsługi Plymoutha napisaną przez poetę na dopingu.

Arnie Cunningham to typowy szkolny popychadło, pryszczaty chłopak z kompleksami. Wszystko zmienia się, gdy kupuje wrak Plymoutha Fury z 1958 roku o imieniu Christine.
Nagle Arnie pięknieje, cera mu się wygładza, a pewność siebie szybuje pod sufit. Brzmi jak reklama kosmetyków? Może, ale cena za ten lifting jest wysoka. Christine to nie jest zwykły metal i chrom – to zazdrosna, mściwa bestia z własną duszą (i to wyjątkowo czarną). Kiedy Arnie znajduje dziewczynę, auto zaczyna pokazywać, co potrafi zrobić z konkurencją.

Kiedy słyszysz w nocy ryk silnika na pustej ulicy i widzisz dwa jasne reflektory zbliżające się w Twoją stronę, wiesz, że nie masz gdzie uciec. King po mistrzowsku buduje napięcie poprzez zmianę osobowości Arniego – obserwowanie, jak przyjaciel zmienia się w kogoś obcego i groźnego, przerażało mnie bardziej niż same sceny morderstw.

Głównym antagonistą jest, no cóż… samochód. Ale jaki! Christine sama się naprawia, potrafi jeździć bez kierowcy i ma upodobanie do miażdżenia kości.

Sceny gore: Są mięsiste. King nie szczędzi opisów tego, co dzieje się z ludzkim ciałem w starciu z dwoma tonami stali.

Elementy nadprzyrodzone: Duch poprzedniego właściciela, zgorzkniałego Rolanda LeBaya, unosi się nad maską niczym smog nad Krakowem. To połączenie opętania z mechaniczną furią.

Klimat tej książki to czysta nostalgia skąpana w benzynie. King serwuje nam playlistę starych hitów rock’n’rollowych, które pojawiają się na radiowej skali Christine, zapowiadając nadchodzącą śmierć. Jest duszno, jest brudno i czuć zapach Ameryki lat 70., która wciąż nie może się otrząsnąć po niewinności lat 50.

Kupiły mnie te opisy nocnych łowów Christine. Jest w tym coś pierwotnego – drapieżnik na czterech kołach, który nigdy nie potrzebuje tankowania, by dopaść swoją ofiarę.

Statystyki Grozy
Body count: 7/10 (Christine jest bardzo dokładna w sprzątaniu okolicy).

Poziom adrenaliny: Wysokie obroty, zwłaszcza w finale.

Ilość zużytego oleju silnikowego: Całe jezioro.

Werdykt: Czy warto przeczytać?
Mój werdykt w jednym zdaniu: To jedna z najbardziej „charakternych” książek Kinga – opowieść o tym, że przedmioty, które kochamy, mogą nas ostatecznie posiąść na własność.

Czytaj, jeśli:

Kochasz stare samochody i klimat amerykańskich przedmieść. Lubisz horrory, gdzie zagrożenie jest namacalne i ciężkie. Chcesz zobaczyć, jak King genialnie portretuje rozpad przyjaźni.

Odpuść, jeśli:

Szukasz subtelnego horroru psychologicznego bez grama fantastyki. Uważasz, że straszenie „samochodzikiem” jest dziecinne (gwarantuję, po 100 stronach zmienisz zdanie).