Tag Archives: body horror

Klątwa idealnego gniazda – Pisklę – Pahanhautoja (2022)

Wyobraź sobie idealny dom. Pastelowe ściany, lśniące kieliszki, kandelabr jak z katalogu. Wyobraź sobie też matkę z kijkiem do selfie, która nagrywa każdy uśmiech i sprzedaje go światu jak pudełko lukrowanych ciastek. Teraz wrzuć do tego salonu wrzeszczącą wronę, jajo wielkości sporej dyni i dwunastolatkę, która nosi w sobie więcej żalu niż cały cmentarz w Zaduszki. Tak właśnie zaczyna się fińska perła grozy, której tytuł po polsku brzmi mniej więcej jak „wylęgacz zła”. Nazwa to zresztą gra słów z fińskim powiedzeniem o chowaniu urazy. Można by dodać, że tutaj uraza wylęga się dosłownie. Fińska reżyserka bezbłędnie balansuje na granicy psychologicznego dramatu rodzinnego oraz bezkompromisowego body horroru. Otrzymujemy produkcję przemyślaną w każdym detalu, daleką od taniej, przewidywalnej rozrywki. Twórcy udowodnili, że skandynawska wrażliwość doskonale nadaje się do opowiadania o potworach rodzących się w ludzkich sercach.

Hanna Bergholm debiutuje pełnometrażowo i robi to z butnym wdziękiem kogoś, kto przyszedł na przyjęcie z siekierą schowaną w torebce. Scenariusz napisał Ilja Rautsi, a film miał premierę na festiwalu Sundance w styczniu 2022 roku. Bohaterką jest Tinja, dwunastoletnia gimnastyczka. Gra ją Siiri Solalinna. Dziewczynka z całych sił próbuje zadowolić matkę. Kobietę, dla której rodzina jest przede wszystkim marką. Matka prowadzi popularnego bloga o „pięknej codzienności” i dba o to, by wszystko pasowało do zdjęcia. Nawet córka.

Zaczyna się od wrony, która rozbija okno i demoluje salon. Tinja chce ją uratować. Matka skręca ptakowi kark. Bez dramatu, z promiennym spojrzeniem, jakby zdusiła niedopałek. Później Tinja znajduje w lesie jajo, zabiera je do domu i troskliwie grzeje. Z jaja wylęga się coś, co nie jest ani ładne, ani przytulne. Stworzenie dostaje imię Alli i szybko zostaje najlepszą przyjaciółką osamotnionej dziewczynki. Ale Alli rośnie, zmienia się i staje się koszmarnym lustrem mrocznych instynktów Tinji.

W filmie nie brakuje obrzydliwych scen. Największy niesmak wywołuje jednak sposób karmienia pisklaka, dla którego Tinja staje się przybraną matką. Sceny w których dziewczynka wymiotuje do miski, by nakarmić wygłodniałego stwora wywołują dreszcz obrzydzenia. Prawdopodobnie twórcy filmu chcieli w ten sposób pokazać problem bulimii jako odpowiedzi na rosnącą presję i wymagania ze strony rodziców.

Napięcie sączy się powoli, niczym czarna smoła wsiąkająca w pastelowe wnętrza nowoczesnego domu. Reżyserka rezygnuje z tanich sztuczek i głośnych dźwięków, stawiając na dyskomfort psychiczny oraz niepokojącą przemianę fizyczną. Zagrożenie przyjmuje formę groteskowego doppelgängera, który bezwzględnie materializuje skrywane przez Tinję lęki oraz agresję. Makabra miesza się tu z mistrzowskim body horrorem.

Największą zaletą filmu jest właśnie ta zmiana tonu. Zaczyna się jak mroczna bajka braci Grimm, a potem skręca w stronę body horroru. Film wciska widza w fotel jak lepka, ciepła dłoń w ciemności. Twórcy sami wskazują na inspiracje: baśnie, Tima Burtona i prozę Angeli Carter. Widać je w każdym kadrze. Pastelowa scenografia Päivi Kettunen i kostiumy Ulriki Sjölin pasują do siebie tak idealnie, że nawet cienie wyglądają, jakby miały wykupiony pakiet stylisty. Kontrast z krwawymi scenami działa jak łyżka dziegciu w misce bitej śmietany.

Stwór zasługuje na osobny akapit. Za animatronikę odpowiadał Gustav Hoegen, za charakteryzację efektów Conor O’Sullivan. Alli wygląda jak coś, co naprawdę mogłoby wykluć się z jaja pod pierzyną. Lepkie, kościste, niepokojące, a czasem nawet rozbrajająco kruche. Film nagrodzono na festiwalu w Sitges za efekty wizualne i trudno się dziwić. Gdy patrzysz, jak Alli oddycha, ma się wrażenie, że ktoś pożyczył ci własny żołądek i kazał go trzymać w dłoni.

Nie da się nie zauważyć jednak, że matka dziewczynki jest w rzeczywistości bardziej przerażającym monstrum niż stwór, który wykluł się z jaja. Jej bezwzględność i okrucieństwo kryjące się za fasadą uśmiechu są wręcz przerażające. Scena w której z bezsilnej złości uderza twarzą w kierownicę samochodu, a później jedzie z zakrwawioną twarzą do domu i jakby nigdy nic całuje męża na powitanie sprawia, że w trakcie seansu widzowie mimowolnie wstrzymują odddech.

Siiri Solalinna w roli Tinji jest rewelacją. Gra dziewczynkę zawieszoną między lękiem a fascynacją. Raz patrzy na swoje dzieło z przerażeniem, raz ze skrywaną satysfakcją, jakby ktoś w niej po cichu zacierał ręce. Sophia Heikkilä jako matka tworzy z kolei postać zbudowaną z lukru i szkła. Pod porcelanową fasadą widać rysy, a każda z nich błyszczy złowrogo.

Czas na nacięcie, bo uczciwa recenzja musi czasem boleć. Film jest gęsty od metafor. Bergholm tak bardzo chce powiedzieć coś o dorastaniu, tłumionych emocjach i toksycznej relacji matki z córką, że część wątków gubi się po drodze jak skarpetka w pralce. Fabuła jest dosyć przewidywalna, a finał mniej satysfakcjonujący, niż obiecywał początek. Reżyserka mogła pójść dalej i mocniej zaznaczyć swój własny styl. Film bywa niczym świetnie naostrzony nóż, który ktoś zawahał się wbić do końca.

Mimo to Pahanhautoja ma w sobie rzadki urok. Porównania do „E.T.” nie są przypadkowe. Mamy tu dziecko, tajemniczą istotę i więź, która z czasem staje się bardziej empatyczna niż rozsądna. Tylko że zamiast „phone home” tutaj częściej słychać „hide the body”. Komu bliskie są „Pozwól mi wejść” i „Babadook”, ten znajdzie tu pokrewny nastrój.

Werdykt: Dobry film dla miłośników psychologicznego body horroru, historii o dorastaniu i mrocznych baśni dla dorosłych. Jeśli lubisz horror, który pod warstwą krwi i śluzu ma coś do powiedzenia o rodzinie, presji i wstydzie, wskakuj bez wahania. Film ma około półtorej godziny i nie zamierza ci niczego prosto tłumaczyć. Dla mnie to jeden z ciekawszych debiutów horrorowych ostatnich lat, mimo kilku niedociągnięć. Oglądaj z zapaloną lampką i nie zostawiaj jajek na kaloryferze.

Zwariowana antologia horroru – Creepshow

Moje serce fana grozy zabiło szybciej, gdy po raz kolejny zanurzyłem się w tym kultowym koszmarze. Dziś biorę na warsztat bezkompromisową antologię horror Creepshow z 1982 roku w reżyserii mistrza George’a A. Romero, ze scenariuszem samego Stephena Kinga. Świetna podszyta nostalgicznym jadem fuzja body horroru, slashera i czarnej komedii.

creepshow

Quick Look
Krwawe trofeum: Za bezczelnie kreatywne wykorzystanie skrzyneczki z narzędziami i stworzenie sekwencji z robactwem, po której poczujesz swędzenie na całym ciele.

Zgrzyt: Przerysowana do granic możliwości gra aktorska i komiksowe przerywniki – choć dla mnie to czysty czar lat 80., niektórzy mogą zgrzytać zębami na tę dozą kiczu.

Film nie traci czasu na długie wstępy – dostajemy pięć opowieści powiązanych klamrą komiksową. Z kart wyrzuconego do śmietnika komiksu ożywają najbardziej absurdalne i przerażające koszmary: od zmartwychwstałych zmarłych żądających swojego tortu urodzinowego, przez kosmiczny porost zamieniający pechowego farmera w roślinę, aż po odwieczną bestię uwięzioną w starej skrzyni pod schodami. Scenariusz Kinga to majstersztyk krótkiej formy – każda nowela ma wyrazistego bohatera, jasny motyw przewodni i absolutnie satysfakcjonującą (oraz krwawą) puentę.

Bezlitosny, obłędnie stylizowany i cudownie makabryczny hołd dla groszowych komiksów grozy, który dawkuje strach z uśmiechem na zakrwawionej twarzy.

Niezwykły, wręcz teatralny klimat budują wyraziste barwy. Niebieskie i czerwone światła zalewające plan w momentach najwyższego przerażenia sprawiają, że czujesz się, jakbyś naprawdę przewracał kadry komiksu. Gra aktorska (z genialnym, wręcz przerysowanym występem samego Stephena Kinga oraz kapitalnym Halem Holbrookiem) idealnie trafia w punkt między powagą a groteską. Do tego niepokojąca, syntetyczna ścieżka dźwiękowa Johna Harrisona, która po prostu wgryza się w czaszkę.

Statystyki Koszmaru
Body count: 7/10

Poziom adrenaliny: Wysoki

Ilość zużytego sztucznego osocza: Galony (plus hektolitry mazi i tysiące żywych karaluchów!)

Dla kogo jest ta produkcja?
Oglądaj, jeśli: Tęsknisz za efektami specjalnymi lat 80., kochasz twórczość Stephena Kinga i uwielbiasz czarny humor zmieszany z bezkompromisową makabrą.

Odpuść, jeśli: Szukasz nowoczesnego, powolnego horroru psychologicznego i brzydzisz się robactwem lub przerysowaną, komiksową stylistyką.

Tajne eksperymenty medyczne w horrorze Gen – H.A. Knight

Cześć, mroczne dusze! Przygotujcie się na coś, co sprawi, że Wasze DNA zacznie tańczyć kankana ze strachu. Dzisiaj bierzemy na warsztat książkę, przy której medyczne thrillery Robina Cooka wyglądają jak instrukcja obsługi tostera. Jeśli „Park Jurajski” porzuciłby rodzinne wartości, przedawkował sterydy i zamknął się w ciemnej piwnicy z najbardziej szalonym naukowcem świata, to wynikiem tej toksycznej relacji byłby właśnie „Gen”.

gen horror

Szybki rzut okiem
Krwawe trofeum: Za sceny „przebudowy” ludzkiego ciała, które sprawią, że poczujesz dyskomfort we własnej skórze.

Zgrzyt: Niektóre naukowe wyjaśnienia wymagają lekkiego przymrużenia oka, ale hej – nie przyszliśmy tu po doktorat z biologii, tylko po dreszcze!




„Gen” to jazda bez trzymanki po najciemniejszych zakamarkach inżynierii genetycznej. Knight wziął klasyczny lęk przed tym, co nieznane i „ulepszone”, a potem ubrał to w szaty bilogicznego horroru. Książka jest wciągająca niczym ruchome piaski wypełnione piraniami. To pozycja obowiązkowa dla każdego, kto uważa, że natura czasem potrzebuje… korekty (nawet jeśli ta korekta ma za dużo zębów).

Fabuła to czysty, destylowany dynamit. Mamy odizolowane miejsce opuszczoną platformę wiertniczą, ambitny projekt i eksperyment, który mówi: „Sprawdzam” całej ludzkości. Akcja pędzi na złamanie karku, nie dając czytelnikowi czasu na złapanie oddechu. Co do stylu Knighta – jest konkretny, mięsisty i bardzo wizualny. Autor pisze tak, jakby montował film akcji; krótkie cięcia, mocne obrazy i tempo, które sprawia, że kartki same się przewracają.

Czy książka jest straszna? Tak, ale to strach typu „coś zaraz wyskoczy z mroku”, zmieszany z głębokim niepokojem o to, jak bardzo możemy ingerować w kod życia. Moje serce biło szybciej za każdym razem, gdy bohaterowie wchodzili do kolejnego „zabezpieczonego” sektora. Spoiler: zabezpieczenia w horrorach działają rzadziej niż polskie pociągi w zimie.

Knight nie bawi się w subtelności.

Potwory: Mamy tu do czynienia z istotami, które są kpiną z ewolucji. To hybrydy, które nie powinny istnieć, a jednak są boleśnie realne.

Sceny gore: Krwawe opisy są serwowane z chirurgiczną precyzją. Jeśli widok wywróconych na lewą stronę tkanek i modyfikacji genetycznych idących w bardzo złym kierunku Was kręci, będziecie w niebie. Albo w bardzo stylowym piekle.

Nastrój książki to unikalna mieszanka sterylnego, laboratoryjnego chłodu i pierwotnego, zwierzęcego instynktu przetrwania. Czujesz ten zapach ozonu, metalu i strachu. To klimat absolutnego zagrożenia, gdzie technologia, zamiast nas chronić, staje się naszą klatką.

Licznik Grozy

Body count: 7/10 (jakość zgonów nadrabia ilość!)

Skala mutacji: 10/10

Poziom paranoi: Wysoki

Mój werdykt w jednym zdaniu:
„Gen” to krwawy list miłosny do fanów techno-horroru, który udowadnia, że zabawa w Boga zawsze kończy się wizytą u bardzo złego dentysty.

Dla kogo jest ta książka?

Czytaj, jeśli: Uwielbiasz „Resident Evil”, fascynują Cię mroczne sekrety korporacji i nie boisz się krwi na stronach powieści.

Odpuść sobie, jeśli: Mdlejesz na widok skalpela i wolisz horrory o grzecznych duchach, które tylko przesuwają szklanki po stole.

Czy warto przeczytać? Zdecydowanie tak! To solidna dawka adrenaliny, która przypomni Wam, dlaczego warto czasem zostawić naturę w spokoju. Tylko nie czytajcie tego przed wizytą u lekarza… możecie zacząć podejrzliwie patrzeć na każdą fiolkę z krwią!