Category Archives: Gore

Indianski demon i wampiry w horrorze Krew Manitou – Graham Masterton

krew manitou
Kiedy brytyjski król makabry, Graham Masterton, decyduje się na powrót do swojego flagowego uniwersum, można być pewnym, że będzie ostro. Krew nie będzie sączyć się leniwie, lecz tryśnie wartkim strumieniem prosto w twarz czytelnika. „Krew Manitou” to literacki koktajl. Miesza ze sobą tak skrajne składniki, że w teorii nie miało prawa to zadziałać. A jednak, ta pulpowo-gotycka jazda bez trzymanki wciąga szybciej niż ruchome piaski.



Nowy Jork spływa czerwienią. Metropolię paraliżuje osobliwa epidemia. Zamiast grypy, mieszkańcy łapią nagły, nieodparty apetyt na krew swoich bliźnich. Ludzie podrzynają sobie gardła na ulicach. A wirus przenosi się drogą, którą Masterton opisuje z niemal chirurgiczną (i bardzo zmysłową) lubością, przez namiętny seks. W sam środek tego wampirycznego szaleństwa wkracza stary znajomy, Harry Erskine. Genialny hochsztapler i fircyk, który udaje jasnowidza. Ale kiedy świat staje na głowie, okazuje się jedynym facetem z odpowiednimi chodami w zaświatach. Towarzyszy mu niezawodny indiański szaman, Śpiewająca Skała.
krew manitou
Fabuła pędzi na złamanie karku. Autor ma w nosie subtelne budowanie napięcia. Zamiast tego wrzuca czytelnika w wir wydarzeń, serwując miks teorii spiskowych i historycznej żonglerki. Dowiadujemy się bowiem, że starożytny, mściwy demon Misquamacus sprzymierzył się z… rumuńskimi wampirami, które sprowadzono do Ameryki jeszcze w XIX wieku, a które obudziły się do życia po zamachu z 11 września. Brzmi niedorzecznie? Owszem, ale Masterton pisze to z tak kamienną twarzą i tak lekkim piórem, że kupuje się ten pomysł z całym dobrodziejstwem inwentarza.

Styl pisarza jest bezpośredni, wręcz drapieżny. Krótkie, mięsiste zdania uderzają z siłą obucha, nie pozostawiając miejsca na poetyckie opisy przyrody. Jeśli pojawia się tu poezja, to jest to poezja rozrywanych tkanek i chłeptanej posoki.

Książka nie tyle straszy w klasycznym rozumieniu tego słowa. Nie znajdziecie tu cichego, pełzającego niepokoju, który każe sprawdzać szafy przed snem. Jest to raczej krwawa, widowiskowa apokalipsa. Masterton odpala jeden generator makabry za drugim. Monstra, z którymi mierzą się bohaterowie, to nie blade zmierzchowe nastolatki, lecz drapieżne bestie. Strzygi pełzające po ścianach wieżowców, potwory przenikające przez lustra i krwiożercze widma. Sceny gore są tu podane bez cenzury. Autor rozlewa posokę wiadrami, patroszy postacie z gracją rzeźnika i bawi się fizjologią strachu na całego.

Klimat Nowego Jorku w tej powieści jest duszny, lepki od potu i krwi, przesiąknięty zapachem paniki i rozkładu. Nowoczesna szklana dżungla zostaje brutalnie zderzona z pierwotną, mroczną magią i europejskim, gotyckim mitem. Ten kontrast tworzy niesamowity, niemal surrealistyczny nastrój schyłku cywilizacji.

Czy warto dać się ukąsić? Jeśli szukacie głębokiego traktatu o kondycji ludzkiej, omijajcie tę pozycję szerokim łukiem. Jeśli jednak tęsknicie za bezkompromisowym, mięsistym horrorem klasy B z czasów, gdy strach był po prostu dobrą, makabryczną zabawą – „Krew Manitou” sprawdzi się idealnie jako nocna lektura. Tylko po przeczytaniu dobrze zamknijcie okna. I na wszelki wypadek nie patrzcie za długo w lustra.

Tajne eksperymenty medyczne w horrorze Gen – H.A. Knight

Cześć, mroczne dusze! Przygotujcie się na coś, co sprawi, że Wasze DNA zacznie tańczyć kankana ze strachu. Dzisiaj bierzemy na warsztat książkę, przy której medyczne thrillery Robina Cooka wyglądają jak instrukcja obsługi tostera. Jeśli „Park Jurajski” porzuciłby rodzinne wartości, przedawkował sterydy i zamknął się w ciemnej piwnicy z najbardziej szalonym naukowcem świata, to wynikiem tej toksycznej relacji byłby właśnie „Gen”.

gen horror

Szybki rzut okiem
Krwawe trofeum: Za sceny „przebudowy” ludzkiego ciała, które sprawią, że poczujesz dyskomfort we własnej skórze.

Zgrzyt: Niektóre naukowe wyjaśnienia wymagają lekkiego przymrużenia oka, ale hej – nie przyszliśmy tu po doktorat z biologii, tylko po dreszcze!




„Gen” to jazda bez trzymanki po najciemniejszych zakamarkach inżynierii genetycznej. Knight wziął klasyczny lęk przed tym, co nieznane i „ulepszone”, a potem ubrał to w szaty bilogicznego horroru. Książka jest wciągająca niczym ruchome piaski wypełnione piraniami. To pozycja obowiązkowa dla każdego, kto uważa, że natura czasem potrzebuje… korekty (nawet jeśli ta korekta ma za dużo zębów).

Fabuła to czysty, destylowany dynamit. Mamy odizolowane miejsce opuszczoną platformę wiertniczą, ambitny projekt i eksperyment, który mówi: „Sprawdzam” całej ludzkości. Akcja pędzi na złamanie karku, nie dając czytelnikowi czasu na złapanie oddechu. Co do stylu Knighta – jest konkretny, mięsisty i bardzo wizualny. Autor pisze tak, jakby montował film akcji; krótkie cięcia, mocne obrazy i tempo, które sprawia, że kartki same się przewracają.

Czy książka jest straszna? Tak, ale to strach typu „coś zaraz wyskoczy z mroku”, zmieszany z głębokim niepokojem o to, jak bardzo możemy ingerować w kod życia. Moje serce biło szybciej za każdym razem, gdy bohaterowie wchodzili do kolejnego „zabezpieczonego” sektora. Spoiler: zabezpieczenia w horrorach działają rzadziej niż polskie pociągi w zimie.

Knight nie bawi się w subtelności.

Potwory: Mamy tu do czynienia z istotami, które są kpiną z ewolucji. To hybrydy, które nie powinny istnieć, a jednak są boleśnie realne.

Sceny gore: Krwawe opisy są serwowane z chirurgiczną precyzją. Jeśli widok wywróconych na lewą stronę tkanek i modyfikacji genetycznych idących w bardzo złym kierunku Was kręci, będziecie w niebie. Albo w bardzo stylowym piekle.

Nastrój książki to unikalna mieszanka sterylnego, laboratoryjnego chłodu i pierwotnego, zwierzęcego instynktu przetrwania. Czujesz ten zapach ozonu, metalu i strachu. To klimat absolutnego zagrożenia, gdzie technologia, zamiast nas chronić, staje się naszą klatką.

Licznik Grozy

Body count: 7/10 (jakość zgonów nadrabia ilość!)

Skala mutacji: 10/10

Poziom paranoi: Wysoki

Mój werdykt w jednym zdaniu:
„Gen” to krwawy list miłosny do fanów techno-horroru, który udowadnia, że zabawa w Boga zawsze kończy się wizytą u bardzo złego dentysty.

Dla kogo jest ta książka?

Czytaj, jeśli: Uwielbiasz „Resident Evil”, fascynują Cię mroczne sekrety korporacji i nie boisz się krwi na stronach powieści.

Odpuść sobie, jeśli: Mdlejesz na widok skalpela i wolisz horrory o grzecznych duchach, które tylko przesuwają szklanki po stole.

Czy warto przeczytać? Zdecydowanie tak! To solidna dawka adrenaliny, która przypomni Wam, dlaczego warto czasem zostawić naturę w spokoju. Tylko nie czytajcie tego przed wizytą u lekarza… możecie zacząć podejrzliwie patrzeć na każdą fiolkę z krwią!

Bezlitosne pasożyty w horrorze „Tunel” (oryg. The Worm) – Harry Adam Knight

Jeśli myśleliście, że największym problemem Londynu są korki i deszcz, to Harry Adam Knight (pseudonim Johna Brosnana) wyprowadzi Was z błędu w sposób brutalny i niezwykle satysfakcjonujący. „Tunel” to klasyczny przedstawiciel brytyjskiego horroru lat 80. – jest brudny, szybki i oślizgły. To książka, która nie bawi się w metafory – tu zło jest fizyczne, śluzowate i ma bardzo konkretne plany wobec Twojego układu trawiennego. Czy jest ciekawa? Tak, o ile nie czytacie jej podczas jedzenia spaghetti.

tunel knight

To absolutnie obowiązkowa pozycja dla fanów nurtu creature feature. To literacki odpowiednik filmu klasy B, który włączasz o północy i nie możesz przestać oglądać, mimo że wiesz, że to, co dzieje się na ekranie, jest totalnie szalone. Czy jest ciekawa? Tak, o ile nie macie fobii na punkcie bezkręgowców. Do akcji wkracza Olivia Finch (siostra ofiary) oraz Edward Causey – prywatny detektyw, który czasy świetności ma dawno za sobą, za to długi ma bardzo aktualne. To genialne połączenie kryminału noir z monster-horrorem. Śledzimy dochodzenie w brudnych zaułkach miasta, podczas gdy w podziemiach rośnie potężne, biologiczne zagrożenie.

Wszystko zaczyna się od „chirurgicznego show”, przy którym odcinki „Grey’s Anatomy” wyglądają jak dobranocka. Do szpitala trafia dziewczyna, której brzuch skrywa pasażera na gapę – gigantycznego pasożyta. Dziewczyna umiera, a robal… cóż, robal ma ochotę na zwiedzanie Londynu.

Fabuła jest prosta jak konstrukcja dżdżownicy, ale równie skuteczna. Akcja pędzi jak metro w godzinach szczytu. Knight nie bawi się w długie opisy egzystencjalne. Zamiast tego serwuje nam sceny, w których ludzie są wciągani pod ziemię szybciej niż monety do automatu.
Styl jest konkretny, surowy i pozbawiony zbędnych upiększeń. Autor pisze z lekkością, ale kiedy przychodzi do scen grozy, traktuje sprawę śmiertelnie poważnie. Knight pisze konkretnie, bez owijania w bawełnę. Jego styl jest jak cios w żołądek – szybki, bolesny i zostawia ślad. Potrafi świetnie oddać atmosferę beznadziei upadłego detektywa, by za chwilę wrzucić nas w sam środek biologicznego koszmaru.

Czy książka jest straszna? Powiem tak, po lekturze zaczniesz podejrzliwie patrzeć na każdą rurę kanalizacyjną w swoim domu. Knight gra na naszych najbardziej pierwotnych lękach – strachu przed tym, że coś obcego żyje wewnątrz nas oraz przed klaustrofobią ciemnych tuneli. Napięcie jest budowane mistrzowsko: od tajemniczych zgonów, przez narastające przeczucie, że pod miastem dzieje się coś nieludzkiego, aż po pełnoskalowy horror w finale.

Tytułowy „robak” to majstersztyk obrzydliwości. To nie jest po prostu duża dżdżownica. To ewolucyjny koszmar, który pożera robotników w tunelach z taką łatwością, z jaką Ty wciągasz chipsy przed telewizorem.

Autor z chirurgiczną precyzją opisuje to, co pasożyty robią z ludzkim ciałem od środka. Scena operacji otwierającej książkę to tylko przystawka. Dalej mamy „konsumpcję” w tunelach, która zadowoli każdego fana gore. To horror, w którym krew miesza się z błotem i śluzem w idealnych proporcjach.

Czy warto przeczytać?

TAK, jeśli kochasz horrory retro, klimaty „Crittersów” czy „Wstrząsów” (Tremors) i nie przeraża Cię odrobina kiczu wymieszana z brutalnością.

NIE, jeśli Twój idealny horror to subtelne stukanie w okno, a na widok robaka na haczyku mdlejesz.

„Tunel” to kawał solidnej, mięsistej grozy. Harry Adam Knight stworzył książkę, która jest jak burger z foodtrucka o 3 nad ranem – może i niezbyt wykwintna, ale smakuje genialnie i zostaje w pamięci na długo (czasem jako zgaga, czasem jako koszmar).