Category Archives: Graham Masterton

Nienasycony Belial i krwawa jatka – Czarny anioł – Graham Masterton

Czarny Anioł mistrza horroru Grahama Mastertona wprowadza czytelnika w mroczny świat diabelskich rytuałów, które zmierzają do zapoznania nas z prastarym upadłym aniołem Belialem. Masterton lubi zaczynać z przytupem, ale rzadko robi to tak dosłownie jak tutaj. Powieść otwiera trzęsienie ziemi, które wstrząsa miastem równie mocno, jak później wstrząśnie żołądkiem czytelnika. Pierwszy rozdział to majstersztyk grozy pierwotnej — taki, który zdaje się sięgać prosto do najstarszych lęków człowieka i podawać je bez znieczulenia. Szkoda tylko, że autor strzela z najlepszej broni na samym początku, zamiast oszczędzać amunicję na później.

San Francisco pogrąża się w fali brutalnych mordów. Pięć rodzin ginie w sposób, który przeraża nawet najbardziej doświadczonych śledczych, a prasa szybko nadaje sprawcy przydomek Szatan z Mgły. Ładne imię jak na kogoś, kto przybija ludzi gwoździami i podpala dzieci. Masterton nigdy nie oszczędzał czytelnikowi anatomicznych szczegółów, a tutaj też nie robi wyjątku. Śledztwo trafia w ręce porucznika Larry’ego Foggii. dDoświadczony gliniarz włoskiego pochodzenia szybko orientuje się, że ma do czynienia z czymś poważniejszym niż standardowa seryjna zbrodnia.

Zbrodnie okazują się elementem starannie zaplanowanego rytuału, którego celem jest przywołanie upadłego anioła Beliala, jednego z książąt piekielnych. Trop prowadzi do Czarnego Bractwa. Sekta, która podobną próbę podjęła już wiele lat wcześniej i najwyraźniej nie do końca z niej zrezygnowała. Foggia, próbując rozwikłać sprawę, zaczyna spotykać duchy, spirytystów, demoniczne istoty oraz ekspertów od czarnej magii, co zamienia klasyczny kryminał policyjny w coraz bardziej mroczną i nadprzyrodzoną jazdę bez trzymanki. Śledztwo przestaje przypominać pracę detektywa, a wygląda jak egzorcyzm prowadzony metodą prób i błędów.

Problem w tym, że po tym piorunującym otwarciu napięcie zamiast rosnąć, zaczyna opadać jak balon przebity szpilką. Fabuła, choć wciąż wartka, robi się miejscami zaskakująco prosta i odrobinę naiwna, a nawet psychologia postaci zaczyna szwankować. Główny bohater bywa mało przekonujący w swoich decyzjach. Fanatyczny morderca — paradoksalnie — wypada na kartach powieści jako osoba miła, grzeczna i dobrze wychowana. Wychodzi trochę jak zbrodniarz, który przeprasza za spóźnienie na własną ceremonię przywołania demona.

Dialogi bywają toporne, co część czytelników przypisuje jakości polskiego przekładu, a nie oryginałowi. Trudno to jednoznacznie zweryfikować bez porównania z angielskim wydaniem. Kiedy jednak Masterton przestaje pisać dialogi, a zaczyna opisywać rytuały, ofiary i grozę czającą się w cieniu Czarnego Bractwa, wraca dawna forma i czytelnik znów czuje ten charakterystyczny dreszcz.

Warto podkreślić, że przemoc w tej książce nie jest subtelna ani sugerowana. Sceny tortur i mordów opisane są z takim realizmem, że część czytelników rezygnowała z lektury już w pierwszym rozdziale, nie mogąc znieść opisów przybijania ludzi gwoździami czy podpalania dzieci. To nie jest horror dla osób o słabych nerwach, ani dla tych, którzy oczekują subtelnej sugestii zamiast dosadnego obrazu. Masterton nigdy nie należał do autorów delikatnych, a Czarny anioł zdaje się być tego dobitnym potwierdzeniem.

Krytycy autora słusznie zauważają, że fabuła, choć wciągająca, jest w gruncie rzeczy wtórna względem innych powieści Mastertona. Motywy sekt, demonów i rytualnych mordów pojawiają się w jego twórczości regularnie, a wierny czytelnik może odczuć déjà vu, śledząc kolejny wariant znanego już schematu. Nie oznacza to jednak, że książka jest nieudana — po prostu nie oferuje niczego przełomowego dla kogoś, kto zna bibliografię autora na wylot.

Na plus zdecydowanie trzeba zaliczyć zakończenie, które według wielu czytelników jest równie mocnym punktem powieści co jej otwarcie. Bez zdradzania szczegółów — warto dotrwać do ostatnich stron, bo autor potrafi jeszcze zaskoczyć, nawet gdy środek książki traci nieco pary.

Werdykt

Czarny anioł to pozycja obowiązkowa dla fanów brutalnego horroru okultystycznego, którzy cenią sobie mocne otwarcie, wyraziste sceny grozy i klimat starcia sił niebiańskich z piekielnymi. Miłośnicy twórczości Mastertona, gotowi wybaczyć mu pewną powtarzalność motywów, znajdą tu solidną, choć nierówną rozrywkę.

Bazyliszek – Graham Masterton

Bazyliszek – Graham Masterton przez dekady udowadniał, że groza potrafi wyrosnąć z każdego zakątka rzeczywistości. Z lustra, ze snu, z indiańskiego demona uwięzionego pod fundamentami szpitala. Tym razem postanawia połączyć skalpel z mitologią i sprawdzić, co się stanie. Naukowiec Nathan Underhill prowadzi przełomowe badania nad komórkami macierzystymi, próbując odtworzyć mityczne stworzenia, takie jak gryfy i gargulce, w celu leczenia poważnych schorzeń. Ambitne. Szalone. Dokładnie tak, jak lubi Masterton.

bazyliszek

Niestety ambicja Nathana zderza się z biologią, która nie chce współpracować. Jego nowo narodzony gryf okazuje się zdeformowany i gnijący, a brakującym ogniwem, potrzebnym do sukcesu, wydaje się być ludzka energia życiowa. Coś jak przepis kulinarny, w którym zabrakło jednego składnika. Tyle że zamiast niedopieczonego ciasta dostajemy poczwarę cuchnącą rozkładem prosto z laboratoryjnej kadzi.

Kiedy jedna z pacjentek Grace umiera w niewyjaśnionych okolicznościach, Nathan zaczyna podejrzewać, że ktoś inny prowadzi podobne eksperymenty, tyle że z dużo większym powodzeniem. Trop prowadzi do lokalnego domu spokojnej starości. Nathan odkrywa, że doktor Zauber, właściciel pobliskiego ośrodka opieki, zdołał ożywić bazyliszka — stworzenie, które według legend zabija samym spojrzeniem. Bazyliszek żerujący po cichu na starcach w domu opieki to pomysł tak makabrycznie praktyczny, że aż chce się zapytać, dlaczego nikt wcześniej na to nie wpadł. Emerytura okazuje się bardziej niebezpieczna, niż ktokolwiek mógł przypuszczać.

Napięcie rośnie, gdy sprawa przestaje być akademicka i staje się osobista. Grace zostaje ciężko ranna i zapada w śpiączkę, co stawia Nathana przed niemożliwym wyborem. Stracić żonę na zawsze albo zawrzeć niesamowity sojusz z Zauberem i pomóc mu hodować kolejne mityczne bestie, płacąc za to kolejnymi ludzkimi istnieniami. To jest właśnie ten moment, w którym Masterton przestaje bawić się w kreaturę tygodnia, a zaczyna pisać o czymś znacznie bardziej ludzkim. O tym, na co ktoś jest w stanie się zgodzić, kiedy miłość i strach zaczynają dyktować warunki.

Trzeba jednak przyznać uczciwie: Bazyliszek nie trzyma tempa równo od początku do końca. Fabuła przemieszcza się dość niespiesznie między scenami. W pewnym momencie szalony niemiecki naukowiec przenosi się nawet do Polski, co dodaje książce nieco podróżniczego kolorytu, ale niewiele wnosi do samej grozy. Jak na standardy autora, który potrafił przyprawić o dreszcze samym opisem tapety, ta powieść jest zaskakująco łagodna i pozbawiona pazura. Bazyliszek bywa określany jako horror lekkostrawny, bliższy klimatom starych filmów Hammer Horror z chwiejnymi dekoracjami niż współczesnej, mrocznej grozie.

Nie oznacza to jednak, że książka nie ma nic do zaoferowania. Masterton wciąż potrafi pisać dialogi, które brzmią naturalnie, nawet gdy bohaterowie dyskutują o hodowli mitologicznych bestii przy porannej kawie. Autor ma świetny talent do dialogów i realistycznie zarysowanych postaci, które stanowią solidny fundament dla skądinąd karkołomnej fabuły opartej na kryptozoologii. Właśnie te ludzkie momenty — strach Nathana, desperacja, powolne odsłanianie tego, jak daleko jest gotów się posunąć — trzymają całość w ryzach, kiedy sam bazyliszek zaczyna przypominać rekwizyt z niskobudżetowego serialu.

Warto też wspomnieć, że koncept „stwórz mitycznego potwora metodami naukowymi” nie jest dla Mastertona nowy. Autor już wcześniej bawił się podobnym pomysłem, więc czytelnicy dobrze znający jego twórczość mogą odnieść wrażenie déjà vu, tyle że tym razem zamiast egipskich lwic mamy gryfy i bazyliszki w brytyjskim domu spokojnej starości. Powtarzalność motywu nie jest zbrodnią, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że autor sięga do sprawdzonej szuflady zamiast otworzyć nową.

Bazyliszek to książka, która obiecuje więcej, niż w rzeczywistości dowozi. Zapowiada krwawą ucztę wyobraźni, a w środku czeka raczej spokojna, poukładana opowieść z odrobiną grozy rozsianą tu i tam, jak przyprawa dodana zbyt oszczędnie do zupy, która miała być pikantna.

Werdykt

Bazyliszek to pozycja dla wiernych fanów Mastertona, którzy chcą prześledzić całą jego twórczość i nie boją się słabszych momentów w bogatym dorobku autora. Dla miłośników kryptozoologii i pomysłu na horror osadzony w świecie nauki, ta książka oferuje przyjemną, choć niezbyt straszną rozrywkę.

Kto powinien ją omijać? Czytelnicy szukający intensywnej, brutalnej grozy w stylu wczesnych powieści Mastertona, takich jak Manitou czy Charnel House, poczują się rozczarowani tempem i łagodnością tej historii. Osoby niecierpliwe wobec wolno rozwijającej się fabuły również mogą się zniechęcić, zanim bazyliszek w ogóle zdąży kogoś spojrzeniem zabić. To lektura na spokojny wieczór, nie na bezsenną noc.

Drzwi, do których nie powinieneś pukać: Strażnicy piekła – Graham Masterton

„Strażnicy piekła” (oryg. The Doorkeepers) autorstwa Grahama Mastertona to powieść zaskakująca, nietypowa i wykraczająca poza ramy zwykłego horroru. Brytyjski mistrz grozy zamiast klasycznej grozy serwuje mroczne urban fantasy połączone z thrillerem i koncepcją światów równoległych. Książka od pierwszych stron wciąga czytelnika w wir wydarzeń. Niezwykle udana, warta uwagi, pozycja dla każdego, kto szuka szalonej przygody z dreszczykiem.

strażnicy piekła

Mroczna historia zaczyna się dramatycznie. Z fal Tamizy zostają wyłowione makabrycznie okaleczone zwłoki młodej Amerykanki, Julii Winward. Jej brat Joshua – weterynarz z Kalifornii – rzuca wszystko i wyrusza do Londynu razem ze swoją partnerką Nancy. Chce zrozumieć, co stało się z jego siostrą.

Tyle że na miejscu nic nie układa się w logiczną całość. Mieszkanie, które wynajmowała Julia, znajduje się przy ulicy wymazanej z map od czasów II wojny światowej. Firma, w której pracowała, zbankrutowała kilkadziesiąt lat temu. Joshua trafia na ślad alternatywnej metropolii. Odkrywa, że tuż obok naszej rzeczywistości istnieją równoległe wersje wymiarów, w których rządzi terror, a wejść do nich pilnują tajemnicze, zakapturzone istoty.

Masterton pisze niezwykle lekko, dynamicznie i bez zbędnego lania wody. Prowadzi akcję z szybkością uciekającego pociągu. Krótkie zdania dodają rytmu, a plastyczne opisy potrafią wręcz namacalnie odmalować brudne uliczki alternatywnego Londynu.

Klimat książki przypomina senny koszmar, z którego nie można się wybudzić. Londyn w wykonaniu Mastertona nie ma w sobie nic z pocztówkowego uroku. Duszna, obca i niepokojąca przestrzeń, w której znane zasady fizyki oraz logiki przestają obowiązywać. Napięcie rośnie z każdym otwarciem kolejnych drzwi. Czytelnik czuje stały chłód na karku, zastanawiając się, jaka nowa, spaczona wersja rzeczywistości czeka za kolejnym rogiem.

Tytułowi Strażnicy to zakapturzeni, bezwzględni oprawcy, którzy tropią ludzi przekraczających granice światów. Szerzą swoją ideologię ogniem i mieczem. Nie brakuje tu opisów okrucieństwa i wymyślnych narzędzi tortur, takich jak chociażby mrożąca krew w żyłach „Święta Harfa”. Choć nie jest to festiwal gore nawiązujący do klasycznego demonizmu, elementy grozy i krwawe sceny są intensywne, wyraziste i potrafią wywołać dreszcz przerażenia.

Czy warto dać się wciągnąć?
Zdecydowanie warto. „Strażnicy piekła” to jedna z najbardziej oryginalnych i niesłusznie zapomnianych powieści w dorobku Mastertona. Jeśli lubisz historie z motywem światów równoległych, mroczne tajemnice i ciągłą akcję, będziesz bawić się wyśmienicie.