Tag Archives: Złe Duchy

Lodowaty koszmar na pustkowiu w dreszczowcu Mroźny wiatr (Wind Chill 2007)

Biały puch rzadko kiedy kojarzy się z bezwzględnym terrorem, ale w tym przypadku staje się grobowym całunem. Śnieżyca, odcięta od świata boczna droga i dwoje nieznajomych zamkniętych w metalowej pułapce na czterech kółkach. Gregory Jacobs serwuje nam minimalistyczny, mroźny dreszczowiec, który potrafi zmrozić krew w żyłach.

mrozny wiatr

Mroźny wiatr to kameralna, niszowa produkcja z 2007 roku, która okazuje się niezwykle miłym zaskoczeniem dla każdego poszukiwacza nieoczywistych perełek. Reżyser doskonale rozumie zasady budowania napięcia przy użyciu minimalnych środków wyrazu. Unika tanich chwytów, stawiając na psychologiczny autentyzm. Choć momentami film ociera się o schematy kina klasy B, ostatecznie broni się gęstą, niepokojącą atmosferą i świetnie poprowadzoną narracją.



Scenariusz skupia się wokół dwójki studentów wracających do domów na święta Bożego Narodzenia. Dziewczyna korzysta z ogłoszenia na tablicy studenckiej i wsiada do grata nieznajomego chłopaka, który wydaje się nieco zbyt mocno nią zainteresowany. Sytuacja drastycznie eskaluje, gdy kierowca decyduje się na skrót przez malowniczą, leśną trasę. Wypadek na zaśnieżonym pustkowiu unieruchamia pojazd, a z mroku zaczynają wyłaniać się upiorne widma z przeszłości tej zapomnianej drogi. Koncept opiera się na klasycznym motywie miejskiej legendy, przetwarzając go w klaustrofobiczną opowieść o przetrwaniu.

Początkowy niepokój związany z podejrzanym zachowaniem współpasażera płynnie ustępuje miejsca klasycznej opowieści o duchach. Zjawiska paranormalne i widmowe postacie majaczące na granicy wzroku generują ciarki na plecach. Reżyser rezygnuje z przesadnej brutalności oraz epatowania krwią na rzecz psychologicznego terroru. Sekwencje gore praktycznie nie istnieją, a nieliczne surowe, drastyczne momenty wynikają bezpośrednio z bezwzględnych praw natury, co potęguje realizm sytuacji.

Atmosfera osaczenia jest wręcz namacalna. Widz niemal fizycznie odczuwa przenikliwe zimno i gęstniejący z każdą minutą klimat panujący wewnątrz zepsutego auta. Twórcy genialnie operują motywem izolacji, gdzie ujemna temperatura za oknem staje się tak samo śmiertelnym wrogiem, jak nawiedzające to miejsce zjawy. Paranoja bohaterów udziela się oglądającemu, a ciemność lasu zlewa się z beznadzieją ich położenia.

Emily Blunt w jednej ze swoich wczesnych ról udowadnia ogromny talent, tworząc postać inteligentną, sceptyczną i waleczną. Partnerujący jej Ashton Holmes świetnie balansuje na granicy neurotycznego dziwaka i zagubionego chłopaka. Zdjęcia są surowe, zdominowane przez chłodną, niebieskawo-szarą paletę barw, co potęguje wrażenie lodowatego więzienia. Ograniczona scenografia, sprowadzona niemal w całości do wnętrza starego samochodu i zaśnieżonego pobocza, wymusiła na operatorze kreatywność, która zaowocowała klaustrofobicznymi, świetnymi kadrami.

Czy warto obejrzeć?
Seans z pewnością usatysfakcjonuje miłośników powolnych, nastrojowych ghost stories. Fani dynamicznych slasherów mogą poczuć się znużeni niespiesznym tempem pierwszej połowy filmu. Mimo drobnych potknięć logicznych w finale, to wciąż niezwykle solidne, klimatyczne kino na zimowy, ciemny wieczór pod ciepłym kocem.

Brama do piekielnego wymiaru w horrorze Zwierciadło piekieł – Graham Masterton

Zwierciadło piekieł (oryg. Mirror) Grahama Mastertona to klasyczny, nieokiełznany Masterton w szczytowej formie. Czy to dobra pozycja? Absolutnie tak, jeśli lubicie, gdy autor bez ostrzeżenia wrzuca Was do maszynki do mięsa . Książka wciąga od pierwszych stron. Jest jak stary rollercoaster w wesołym miasteczku. Trzeszczy, momentami przeraża tandetą, ale prędkość i nagłe zwroty akcji nie pozwalają wysiąść aż do samego końca.

zwierciadło piekieł

Wyobraźcie sobie, że kupujecie piękne, zabytkowe lustro, żeby dodać salonowi odrobiny szyku. Martin Williams, scenarzysta z Hollywood, wpada na dokładnie taki pomysł. Kupuje gigantyczne, bogato zdobione zwierciadło, które należało kiedyś do nieszczęsnego aktora dziecięcego z lat 30. Szybko okazuje się, że ta tafla nie służy do poprawiania fryzury. Lutro to przeklęta brama wprost do piekła.

zwierciadło piekieł

Masterton nie bawi się w powolne budowanie napięcia. Akcja rusza z kopyta. Przypomina to lawinę – najpierw spada mały kamyk, a chwilę później walczycie o życie pod toną śniegu (i krwi).
Autor pisze krótko, dosadnie, filmowo. Masterton tworzy tak, jakby kręcił horror klasy B z gigantycznym budżetem. Nie ma tu miejsca na głębokie filozoficzne dyskusje. Jest czysta, rzemieślnicza rozrywka. No i te jego kultowe, czasem absurdalne dialogi – czyste złoto.





Książka nie tyle straszy subtelnym szeptem z szafy, ile raczej wyskakuje z niej z głośnym krzykiem i piłą łańcuchową. Czy jest przerażająca? Dla ludzi o słabych nerwach – zdecydowanie. Napięcie rośnie w parze z poczuciem bezsilności bohaterów. Masterton doskonale operuje lękiem przed tym, co nieznane, a co widzimy tylko kątem oka w odbiciu.
Po tej lekturze wieczorne mycie zębów przed lustrem w łazience zyska zupełnie nowy, mało komfortowy wymiar.

Jeśli szukacie subtelnych metafor grozy, pomyliliście adresy. Masterton to król gore i nie wstydzi się tego. Co kryje się po drugiej stronie? Czyste, pierwotne zło, które karmi się ludzkim cierpieniem i próżnością. Istoty z pogranicza koszmaru i czarnej magii.
Są krwawe, mięsne i bardzo plastyczne. Autor opisuje makabryczne deformacje ciała z chirurgiczną precyzją. Krew leje się gęsto, a ludzka anatomia traktowana jest tu z dużą dozą kreatywności. Czasem te opisy są tak przesadzone, że człowiek łapie się na nerwowym śmieszku. Taki to urok lat 80. i 90. w horrorze!

Klimat tej powieści to genialny miks. Z jednej strony mamy słoneczne, powierzchowne, pełne egoistycznych ludzi Hollywood. Z drugiej – mroczną, gęstą atmosferę starego okultyzmu, klątw i rozkładu. Ten kontrast działa idealnie. Jak picie ekskluzywnego drinka z palemką, w którym ktoś dla żartu rozpuścił jad skorpiona. Czuć tu zapach starego drewna, strachu i… zaschniętej krwi.

Werdykt: Warto wskoczyć w tę otchłań?
Zdecydowanie warto. Zwierciadło piekieł to idealna pozycja na dwa, trzy intensywne wieczory. Masterton w pigułce – bezkompromisowy, brutalny, momentami niedorzeczny, ale cholernie magnetyczny. Jeśli chcecie poczuć ciarki na plecach i zobaczyć, jak wygląda prawdziwy, mięsisty horror retro, kupujcie bilet na ten seans. Tylko pamiętajcie: nie patrzcie za siebie, kiedy przechodzicie obok przedpokoju.

Upiorny talent w horrorze Ręka Mistrza – Stephen King

Są tacy autorzy, do których wraca się jak do starego, nieco zagraconego domu z dzieciństwa. Wiesz, gdzie skrzypi podłoga, w której szufladzie leżą zardzewiałe gwoździe i że w piwnicy pachnie stęchłym tynkiem. Stephen King ma już na liczniku tyle stron, że mógłby nimi wytapetować małe miasteczko w Maine. Złapałem się na tym, że od kilku lat czytam jego nowe rzeczy głównie z obowiązku. Albo z sentymentu. Aż w końcu wziąłem do ręki Rękę Mistrza i coś w końcu kliknęło. Tak po staremu.

ręka mistrza

Zaczęło się bez fajerwerków. Pierwsze kilkadziesiąt stron to klasyczny, powolny King, który nigdzie się nie spieszy. Facet traci rękę w makabrycznym wypadku. Rozpada mu się małżeństwo, a on sam ucieka na piaszczystą, odizolowaną od świata wyspę na Florydzie, żeby malować obrazy. I szczerze? Na początku pomyślałem: „Oho, znowu to samo”. King kocha mechanizm autoterapii przez sztukę, przerabiał to w Lśnieniu, Worku kości czy Mrocznej Połowie. Pisarze, malarze, faceci z przeszłością – ile można?



Ale Floryda w tej książce nie ma nic wspólnego z pocztówkowym kurortem dla emerytów. Jest w niej coś chorobliwego.

Szybko poczułem ten specyficzny, lepki niepokój. King genialnie dawkuje tu atmosferę. Ten facet potrafi sprawić, że zwykłe rzeczy zaczynają autentycznie uwierać w mózg. Nie jest to horror oparty na tanich zrywach, gdzie potwór wyskakuje z szafy co trzy rozdziały. Tutaj zło sączy się powoli, jak podskórna wilgoć, która niszczy fundamenty domu.

Wizualnie ta książka potrafi obrzydzić i przerazić, ale nie robi tego przez tani gore. Najbardziej zapadły mi w pamięć nie krwawe sceny. Bardziej te momenty, w których główny bohater zaczyna zdawać sobie sprawę, że jego nowo odkryty talent malarski ma potworną, sprawczą moc. Czujesz, że coś jest bardzo „nie tak”, zanim jeszcze autor w ogóle nazwie zagrożenie.
King zatrzymuje się o krok przed granicą kiczu. Skupia się na samotności i na tym, jak łatwo człowiek daje się omamić obietnicy uzdrowienia. Zdecydowanie jest to bardziej horror psychologiczny. Choć w trzecim akcie – kiedy na scenę wkracza przeszłość wyspy i stare, zapomniane statki – robi się już całkiem namacalnie i potwornie.

Zakończenie? Byłem przygotowany na rozczarowanie, bo umówmy się – King ma problem z finałami. Często buduje genialną konstrukcję, którą na końcu podpala za pomocą wielkiego, metafizycznego pająka albo innego bóstwa z kosmosu. Potrafi tym zepsuć całą historię. Tutaj na szczęście tak się nie stało. Finał jest satysfakcjonujący, gorzki i cholernie konsekwentny. Nie ma tu taniego happy endu. Ale nie ma też poczucia, że autor pisał ostatnie rozdziały na kolanie, bo gonił go termin u wydawcy.

Kiedy zamknąłem tę grubą cegłę, poczułem przede wszystkim ulgę, że Król wciąż potrafi ugryźć. Książka nie jest dla kogoś, kto szuka szybkiego strzału dopaminy i hektolitrów krwi. Ale jeśli lubisz, gdy historia powoli oplata cię wokół palca, a po zgaszeniu światła zaczynasz dokładniej wsłuchiwać się w dźwięki za oknem – Ręka Mistrza przypomni ci, dlaczego w ogóle zaczęliśmy czytać horrory.