Tag Archives: Zdolności Paranormalne

Doktor Sen – Stephen King

Okej, muszę to powiedzieć na głos na samym początku. Powroty do klasyków po latach to zawsze jest stąpanie po polu minowym. Kiedy brałem się za Doktor Sen, w głowie miałem jedno wielkie: „King, chłopie, po co ty to ruszasz?”. Lśnienie to przecież absolutny święty Graal, horror totalny, gdzie klaustrofobia i szaleństwo w hotelu Panorama wgryzały się w mózg. Kontynuacja po ponad trzech dekadach pachniała mi po prostu bezpiecznym skokiem na kasę.

doktor sen

Ale dobra, otwieram książkę. I moje pierwsze skojarzenie? To nie jest Lśnienie 2. I całe szczęście.

Zamiast zimowego, odciętego od świata hotelu dostajemy coś w rodzaju drogowego urban fantasy zmiksowanego z dramatem psychologicznym. Dorosły Dan Torrance to wrak człowieka. King genialnie, bez zbędnego patosu pokazuje, jak genetyczne brzemię alkoholizmu ojca dopadło syna. Te pierwsze rozdziały, gdzie Danny stacza się na samo dno, pije, żeby zagłuszyć „lśnienie” i budzi się obok obcych ludzi, były dla mnie mocniejsze niż niejedna scena z duchami. Czuć tu ten stary, dobry styl Kinga, który potrafi pisać o ludzkich upadkach tak, że aż bolą zęby.



Potem jednak wjeżdża główny wątek i tu miałem lekki moment ziewnięcia. Prawdziwy Węzeł. No kurczę, ekipa wampirów energetycznych jeżdżących kamperami po Ameryce i wysysających z dzieci „parę” (czyli esencję lśnienia), żeby zachować nieśmiertelność? Brzmiało to potwornie kiczowato. Przez pierwsze sto stron, za każdym razem, gdy pojawiała się Rose Kapelusz (tak, nosi na głowie cylinder, bo czemu by nie), miałem takie: „Serio, Stephen? To mają być ci wielcy, straszni antagoniści?”.

I tu nastąpiło zaskoczenie, bo King jakimś cudem to obronił. Może nie tym, że Prawdziwy Węzeł jest przerażający w taki czysty, namacalny sposób – bo nie jest, bliżej im do podstarzałych hippisów z piekła rodem. Obronił to klimatem prowincjonalnej, zapomnianej Ameryki. Scena, w której torturują i mordują małego chłopca, gracza baseballu, żeby zdobyć jego parę… Chryste. To było niesamowicie brudne, ciężkie i autentycznie złe. King potrafi jedną sceną sprawić, że przestajesz się śmiać z cylindra Rose, a zaczynasz czuć realny niepokój.

W trakcie czytania miałem zresztą całą masę teorii. Kiedy pojawia się Abra – dziewczynka, która lśni tak potężnie, że Danny przy niej wygląda jak ledwo żarząca się żarówka – byłem pewien, że King pójdzie w totalną destrukcję. Myślałem: „Dobra, mała straci kontrolę, Prawdziwy Węzeł ją dopadnie, a Dan będzie musiał poświęcić swoje życie w jakimś spektakularnym, odkupieńczym akcie, niszcząc ich wszystkich”. Projektowałem sobie w głowie krwawą łaźnię w finale.

A jak wyszło? Finał w miejscu, gdzie kiedyś stał hotel Panorama, to był czysty fan service, ale – o dziwo – zadziałał. Reakcja po zamknięciu książki? Domknięcie, spokój. To nie jest horror, po którym boisz się zasnąć przy zgaszonym świetle. King przesunął akcenty. Tam, gdzie w Lśnieniu była rozpacz i rozpad rodziny, w Doktorze Śnie dostajemy opowieść o przepracowywaniu traumy, o trzeźwieniu i o przekazywaniu pałeczki.

Czy to wybitna książka? Nie, ma swoje przestoje, a Prawdziwy Węzeł momentami wydaje się dziwnie mało zaradny jak na kilkusetletnie potwory. Ale jako portret dorosłego, poobijanego przez życie Danny’ego Torrance’a? Kupuję to w całości. Dobrze się wraca do tych starych demonów, nawet jeśli tym razem noszą cylindry.

Postapokaliptyczna wojna z zombie w filmie Resident Evil 3 Zagłada

Resident Evil: Zagłada (Resident Evil: Extinction) z 2007 roku w reżyserii Russella Mulcahy’ego to bezwstydna jazda bez trzymanki, która z grami ma wspólnego już niewiele, ale jako kino rozrywkowe sprawdza się zaskakująco dobrze.

resident evil 3

Quick Look
Krwawe trofeum: Za genialną i niesamowicie klimatyczną sekwencję ataku zmutowanych, krwiożerczych kruków. Wizualny majstersztyk!

Zgrzyt: Sklonowane wątki i absurdalne supermoce Alice, przez które kompletnie przestajemy drżeć o jej życie. Dziewczyna jest po prostu nie do zatrzymania.




Zapomnijcie o mrocznych korytarzach laboratorium pod Raccoon City. Tym razem wirus T wymknął się spod kontroli na skalę globalną, zamieniając całą Ziemię w gigantyczną pustynię.
Fabuła kręci się wokół Alice, która przemierza bezdroża Nevady i trafia na konwój ocalałych (prowadzony przez znaną z gier Claire Redfield). Razem próbują przetrwać i znaleźć bezpieczną przystań na Alasce. W tym samym czasie złowroga korporacja Umbrella, z dr. Isaacsem na czele, wciąż poluje na krew Alice, próbując okiełznać wirusa i stworzyć “nowego, lepszego” mutanta.
Scenariusz nie grzeszy głębią, ale szczerze? Kupuję tę prostotę. Film nie udaje traktatu filozoficznego – od początku do końca wie, czym chce być.

Czy ten film potrafi przerazić? Jeśli szukacie gęsiej skórki i wysublimowanego horroru psychologicznego, to zły adres. Resident Evil 3 stawia na akcję i brutalną grozę przetrwania (survival horror zmiksowany z postapokalipsą).
Mnie osobiście urzekł klimat. Przeniesienie akcji w pełne, palące słońce Nevady było genialnym ruchem. Zamiast ciemności mamy wszechobecny, duszący piasek i spaloną słońcem ziemię, co buduje świetny, przygnębiający nastrój beznadziei.
Jeśli chodzi o bestiariusz, dostajemy podrasowane, szybsze zombiaki, zmutowane psy (klasyka!) oraz wspomniane stado kruków, które robi potężne wrażenie. Gore? O tak, krew leje się gęsto, ciała rozrywane są na strzępy, a sceny akcji są bezkompromisowe i mięsiste.

Milla Jovovich jako Alice to już ikona – biega, skacze i sieka potwory z taką gracją, że nie da się jej nie lubić. Bardzo ucieszył mnie też powrót Odeda Fehra w roli Carlosa oraz debiut Ali Larter jako Claire Redfield, która wnosi do filmu sporo charakteru.
Zdjęcia autorstwa Davida Armstronga są niesamowicie surowe, przepełnione żółtymi, pustynnymi filtrami, co idealnie współgra z klimatem końca świata. Całość dopełnia ciężka, industrialno-rockowa ścieżka dźwiękowa, która podkręca tętno w momentach starć.

Unikalne statystyki filmu
Body count: 7/10 (Zombiaków nikt nie zliczy, ale i po stronie ludzi straty są bolesne)

Poziom adrenaliny: Wysoki

Ilość zużytego sztucznego osocza: Całe cysterny

Mój werdykt w jednym zdaniu
To stylowy i pełen akcji horror, który idealnie odcina się od poprzednich części, oferując świetną, bezkompromisową rozrywkę w klimacie postapo.

Dla kogo jest ten film?
Oglądaj, jeśli: Lubisz estetykę Mad Maxa, krwawe slashery/horrory akcji i nie przeszkadza ci, gdy główna bohaterka robi rozróbę za pomocą telekinezy.

Odpuść, jeśli: Szukasz wiernej adaptacji gier wideo, zamkniętych przestrzeni pełnych mroku i głębokiego klimatu rodem z pierwszej części Resident Evil.

Zwiastun Resident Evil 3 Zagłada

Piekielna zemsta nastolatki w powieści Carrie – Stephen King

Zapraszam na powrót do roku 1974, kiedy to narodził się Król Horroru, a wraz z nim dziewczyna w zakrwawionej sukni balowej. „Carrie” to książka, od której wszystko się zaczęło. Czy po ponad pięćdziesięciu latach od premiery ta krótka powieść wciąż potrafi zjeżyć włos na głowie? Czy może trąci już myszką i literacką naftaliną? Sprawdźmy!

carrie king

Quick Look: Plusy i Minusy
Krwawe trofeum: Za bezwzględne, mistrzowskie przedstawienie szkolnego prześladowania, które boli bardziej niż finałowa rzeź.

Zgrzyt: Styl udokumentowanego reportażu (wycinki z gazet, przesłuchania) na początku potrafi wybić z rytmu. Trzeba się przyzwyczaić do tej rwanej narracji.




Poznajemy Carriettę „Carrie” White – nastolatkę z miasteczka Chamberlain. Dziewczyna w szkole przechodzi przez prawdziwy czyściec, a w domu czeka na nią religijne piekło zgotowane przez matkę. Carrie jest idealnym celem dla rówieśników. Wycofana, niemodnie ubrana, przerażona własną fizycznością (słynna, dramatyczna scena pod prysznicem, otwierająca książkę).
Splot wydarzeń, wyrzuty sumienia jednej z dziewcząt oraz czysta złośliwość drugiej doprowadzają do tego, że Carrie trafia na bal maturalny. I gdy wydaje się, że dziewczyna w końcu dotknęła normalności… na scenę wkracza wiadro pełne świńskiej krwi. Potworny błąd ze strony jej prześladowców. Carrie odkrywa w sobie niszczycielską moc telekinezy. Chamberlain zamienia się w płonące krematorium.

W „Carrie” nie ma wampirów ani demonów. Najstraszniejszym potworem jest tutaj ludzkie okrucieństwo oraz fanatyzm religijny Margaret White.
Klimat książki jest niesamowicie duszny, lepki od potu i toksycznego wstydu. King genialnie buduje napięcie. Przez formę fikcyjnego reportażu od początku wiemy, że dojdzie do tragedii. Autor rzuca nam przed oczy zeznania świadków katastrofy, zanim ta w ogóle się wydarzy! Czytając, czułem się, jakbym oglądał powolny wypadek pociągu. Doskonale wiesz, że zaraz dojdzie do zderzenia, ale nie potrafisz odwrócić wzroku.
Finałowa rzeź na balu i następująca po niej demolka miasta to czysty, krwawy slasher w wersji makro. Sceny, w których Carrie zamyka drzwi sali gimnastycznej i zamienia system przeciwpożarowy oraz instalację elektryczną w narzędzia tortur, są bezlitosne i potwornie obrazowe.

Wskaźnik strachu
Licznik trupów (Body Count): 9/10 (Carrie dosłownie wymazała miasteczko z mapy)
Ilość zużytego osocza (Gore): Bardzo wysoka (Świńska krew to dopiero początek)
Poziom adrenaliny: Wysoki (Finał czyta się na jednym wdechu)

Mój werdykt w jednym zdaniu: Brutalny, genialnie skomponowany i bolesny portret nastoletniego odrzucenia, który udowadnia, że najgorsze potwory rodzą się w szkolnych ławkach i domowych sypialniach.

Dla kogo jest ta książka?
Przeczytaj, jeśli: Chcesz zobaczyć, jak rodził się talent Kinga. Uwielbiasz motyw krwawej zemsty i szukasz horroru, który zamiast tanich straszaków oferuje potężny ładunek emocjonalny.

Odpuść sobie, jeśli: Nie tolerujesz nieliniowej narracji (wstawki dokumentalne potrafią zmęczyć) lub szukasz subtelnej, gotyckiej opowieści o duchach bez wszechobecnej brutalności.