Category Archives: Wampiry

Krew to życie czyli Dracula – Bram Stoker

Transylwańskie mgły, ponure zamczyska i wiecznie żywy mit, który ukształtował współczesne oblicze grozy. Dracula, klasyka Brama Stokera od ponad stulecia rzuca cień na literaturę gotycką, nie pozwalając czytelnikom o sobie zapomnieć.

drakula

Powieść Stokera to rzetelnie skrojone, ponadczasowe arcydzieło, które mimo upływu lat wciąż potrafi poruszyć najczulsze struny w ludzkiej psychice. Irlandzki pisarz stworzył dzieło monumentalne, genialnie łączące dziewiętnastowieczny racjonalizm z pierwotnym, mitycznym strachem. Obcowanie z tą lekturą przypomina spacer po starym, pełnym sekretów cmentarzu.



Opowieść zyskuje unikalny charakter dzięki epistolarnej formie, złożonej z dzienników, listów i wycinków prasowych. Młody prawnik Jonathan Harker wyrusza w karpackie ostępy, aby sfinalizować zakup posiadłości w Londynie przez ekscentrycznego hrabiego. Na miejscu odkrywa mroczną prawdę o swoim gospodarzu, co uruchamia lawinę dramatycznych zdarzeń sięgających samej stolicy Imperium Brytyjskiego. Stoker genialnie zderza nowoczesną technologię tamtych lat, jak fonograf czy maszyna do pisania, z pradawnym, nieokiełznanym złem, które karmi się życiem śmiertelników.

Pisarz dawkuje niepokój z chirurgiczną precyzją, rezygnując z tanich chwytów na rzecz gęstniejącej paranoi. Zagrożenie ma tutaj twarz hrabiego, który uosabia drapieżny, magnetyczny i bezwzględny podgatunek potwora. Sekwencje w zamku Transylwanii oraz późniejsze łowy w Londynie epatują surowym, momentami wręcz fizjologicznym lękiem. Autor nie stroni od subtelnego body horroru i krwawych, makabrycznych akcentów, które w XIX wieku musiały wywoływać prawdziwy szok, a dziś zachwycają swoją gotycką bezwzględnością. Bram Stoker mistrzowsko operuje motywem polowania, w którym role łowcy i ofiary nieustannie się odwracają.

dracula

Atmosfera gęstnieje z każdą przewracaną stroną, wywołując u czytelnika narastające poczucie osaczenia. Londyńskie mgły, mroczne krypty w Whitby oraz wilgotne, zamkowe korytarze budują aurę niesamowitości i nieuchronnego fatum. Bohaterowie funkcjonują w stanie permanentnej izolacji, odcięci od pomocy, skazani na walkę z siłą przekraczającą ludzkie pojęcie. Ta melancholijna, a zarazem drapieżna aura sprawia, że podczas lektury mimowolnie naciąga się koc wyżej na ramiona.

Wielogłosowa narracja pozwala spojrzeć na koszmar z różnych perspektyw, co nadaje całości niesamowitego realizmu. Język Stokera jest niezwykle sugestywny, bogaty w detale i plastyczne opisy, które bez problemu materializują się pod powiekami. Kreacja świata zachwyca dbałością o detale topograficzne i kulturowe, a sam profil psychologiczny postaci, z charyzmatycznym Van Helsingiem na czele, do dziś stanowi wzór dla twórców literatury grozy.

Czy warto przeczytać?
Wizyta w świecie hrabiego to absolutny obowiązek dla każdego, kto mieni się fanem literatury z dreszczykiem. Powieść może momentami nużyć współczesnego odbiorcę rozwlekłymi opisami obyczajowymi, jednak te drobne przestoje całkowicie rekompensuje genialny finał i niepodrabialny klimat. Nie znajdziecie tu współczesnego, szybkiego tempa, ale dostaniecie w zamian lekcję czystego, gotyckiego niepokoju w najlepszym wydaniu.

Indianski demon i wampiry w horrorze Krew Manitou – Graham Masterton

krew manitou
Kiedy brytyjski król makabry, Graham Masterton, decyduje się na powrót do swojego flagowego uniwersum, można być pewnym, że będzie ostro. Krew nie będzie sączyć się leniwie, lecz tryśnie wartkim strumieniem prosto w twarz czytelnika. „Krew Manitou” to literacki koktajl. Miesza ze sobą tak skrajne składniki, że w teorii nie miało prawa to zadziałać. A jednak, ta pulpowo-gotycka jazda bez trzymanki wciąga szybciej niż ruchome piaski.



Nowy Jork spływa czerwienią. Metropolię paraliżuje osobliwa epidemia. Zamiast grypy, mieszkańcy łapią nagły, nieodparty apetyt na krew swoich bliźnich. Ludzie podrzynają sobie gardła na ulicach. A wirus przenosi się drogą, którą Masterton opisuje z niemal chirurgiczną (i bardzo zmysłową) lubością, przez namiętny seks. W sam środek tego wampirycznego szaleństwa wkracza stary znajomy, Harry Erskine. Genialny hochsztapler i fircyk, który udaje jasnowidza. Ale kiedy świat staje na głowie, okazuje się jedynym facetem z odpowiednimi chodami w zaświatach. Towarzyszy mu niezawodny indiański szaman, Śpiewająca Skała.
krew manitou
Fabuła pędzi na złamanie karku. Autor ma w nosie subtelne budowanie napięcia. Zamiast tego wrzuca czytelnika w wir wydarzeń, serwując miks teorii spiskowych i historycznej żonglerki. Dowiadujemy się bowiem, że starożytny, mściwy demon Misquamacus sprzymierzył się z… rumuńskimi wampirami, które sprowadzono do Ameryki jeszcze w XIX wieku, a które obudziły się do życia po zamachu z 11 września. Brzmi niedorzecznie? Owszem, ale Masterton pisze to z tak kamienną twarzą i tak lekkim piórem, że kupuje się ten pomysł z całym dobrodziejstwem inwentarza.

Styl pisarza jest bezpośredni, wręcz drapieżny. Krótkie, mięsiste zdania uderzają z siłą obucha, nie pozostawiając miejsca na poetyckie opisy przyrody. Jeśli pojawia się tu poezja, to jest to poezja rozrywanych tkanek i chłeptanej posoki.

Książka nie tyle straszy w klasycznym rozumieniu tego słowa. Nie znajdziecie tu cichego, pełzającego niepokoju, który każe sprawdzać szafy przed snem. Jest to raczej krwawa, widowiskowa apokalipsa. Masterton odpala jeden generator makabry za drugim. Monstra, z którymi mierzą się bohaterowie, to nie blade zmierzchowe nastolatki, lecz drapieżne bestie. Strzygi pełzające po ścianach wieżowców, potwory przenikające przez lustra i krwiożercze widma. Sceny gore są tu podane bez cenzury. Autor rozlewa posokę wiadrami, patroszy postacie z gracją rzeźnika i bawi się fizjologią strachu na całego.

Klimat Nowego Jorku w tej powieści jest duszny, lepki od potu i krwi, przesiąknięty zapachem paniki i rozkładu. Nowoczesna szklana dżungla zostaje brutalnie zderzona z pierwotną, mroczną magią i europejskim, gotyckim mitem. Ten kontrast tworzy niesamowity, niemal surrealistyczny nastrój schyłku cywilizacji.

Czy warto dać się ukąsić? Jeśli szukacie głębokiego traktatu o kondycji ludzkiej, omijajcie tę pozycję szerokim łukiem. Jeśli jednak tęsknicie za bezkompromisowym, mięsistym horrorem klasy B z czasów, gdy strach był po prostu dobrą, makabryczną zabawą – „Krew Manitou” sprawdzi się idealnie jako nocna lektura. Tylko po przeczytaniu dobrze zamknijcie okna. I na wszelki wypadek nie patrzcie za długo w lustra.

Mordercze wampiry w powieści Miasteczko Salem – Stephen King

Dzisiaj na tapetę bierzemy absolutny fundament, biblię wampiryzmu literackiego i książkę, która sprawiła, że co drugie dziecko w latach 70. spało z czosnkiem pod poduszką.
Jeśli myślisz, że wampiry to błyszczący w słońcu modele ze “Zmierzchu” albo eleganccy arystokraci z “Pamiętników Wampirów”, to “Miasteczko Salem” Stephena Kinga uderzy cię w twarz z siłą rozpędzonego karawanu. To nie jest romans. To nekroza wchodząca do Twojego domu przez okno.

miasteczko salem

Szybki rzut oka
Krwawe trofeum: Za postać Barlowa – gościa, który sprawia, że Dracula wygląda przy nim jak uroczy starszy pan z sąsiedztwa.
Zgrzyt: King w pewnym momencie tak bardzo skupia się na drzewie genealogicznym każdego mieszkańca, że przez chwilę czułem się, jakbym czytał książkę telefoniczną… ale taką, w której każdy abonent zaraz zginie.



Wyobraźcie sobie Bena Mearsa – pisarza (klasyka u Kinga!), który wraca do rodzinnego Jerusalem’s Lot, by zmierzyć się z traumą z dzieciństwa związaną z upiorną posiadłością Marstenów. W tym samym czasie do miasteczka sprowadza się tajemniczy pan Straker i jego “wspólnik”, pan Barlow.

Nagle dzieci zaczynają znikać, dorośli chorują na dziwną “anemię”, a słońce zaczyna zachodzić jakby szybciej. Styl Kinga to czysta, rzemieślnicza magia: potrafi opisać parzenie kawy tak, że czujesz niepokój, a potem przejść do sceny, po której boisz się spojrzeć w stronę okna.
Napięcie w tej książce nie wynika z “jump scare’ów”. To lęk typu: “Coś drapie w szybę na drugim piętrze”. Sceny, w których martwe dzieci pukają w okna swoich kolegów, prosząc o wpuszczenie do środka, to absolutne mistrzostwo grozy. Moje serce zabiło szybciej (i niemal stanęło), gdy zdałem sobie sprawę, że King nie oszczędza nikogo. Tu nie ma “bezpiecznych” bohaterów.

Zapomnijcie o nowoczesnych interpretacjach. Potwory w Salem to klasyczne wampiry. Brudne, cuchną ziemią i starością. To drapieżniki, a nie kochankowie.
Nie jest to rzeźnia w stylu “Piły”, ale sceny przebijania kołkiem są opisane z taką anatomiczną precyzją, że niemal słyszysz ten mokry dźwięk. Dom Marstenów, posiadłość to osobny bohater. Zły, gnijący monument, który promieniuje mrokiem na całą okolicę.
Klimat to najmocniejsza strona tej pozycji. To gęsta, lepka atmosfera małego amerykańskiego miasteczka, gdzie pod warstwą uprzejmości kryją się brudy, zdrady i alkoholizm. King genialnie pokazuje, że wampiry wcale nie musiały bardzo się starać – Salem już wcześniej było martwe od środka. Nastrój przypomina powolne gnicie jesiennego liścia.

Mój “Licznik Zła”
Body count: 7/10 (Całe miasto idzie pod nóż… lub pod kły)
Poziom adrenaliny: Wysoki (szczególnie w nocy)
Ilość zużytej święconej wody: Cysterna

Czy warto przeczytać?
Mój werdykt w jednym zdaniu: To absolutny klasyk, który udowadnia, że najstraszniejsze rzeczy dzieją się tuż obok nas, w domach, które mijamy codziennie.

Czytaj, jeśli:

– Chcesz poczuć prawdziwy lęk.

– Kochasz klimat małych, odizolowanych społeczności.

– Uważasz, że King to król (bo tutaj nim jest).

Odpuść, jeśli:

– Masz fobię na punkcie pukania w okno po zmroku.

– Nie lubisz długich ekspozycji i opisów tła społecznego.