Category Archives: Horror Psychologiczny

Upiorny talent w horrorze Ręka Mistrza – Stephen King

Są tacy autorzy, do których wraca się jak do starego, nieco zagraconego domu z dzieciństwa. Wiesz, gdzie skrzypi podłoga, w której szufladzie leżą zardzewiałe gwoździe i że w piwnicy pachnie stęchłym tynkiem. Stephen King ma już na liczniku tyle stron, że mógłby nimi wytapetować małe miasteczko w Maine. Złapałem się na tym, że od kilku lat czytam jego nowe rzeczy głównie z obowiązku. Albo z sentymentu. Aż w końcu wziąłem do ręki Rękę Mistrza i coś w końcu kliknęło. Tak po staremu.

ręka mistrza

Zaczęło się bez fajerwerków. Pierwsze kilkadziesiąt stron to klasyczny, powolny King, który nigdzie się nie spieszy. Facet traci rękę w makabrycznym wypadku. Rozpada mu się małżeństwo, a on sam ucieka na piaszczystą, odizolowaną od świata wyspę na Florydzie, żeby malować obrazy. I szczerze? Na początku pomyślałem: „Oho, znowu to samo”. King kocha mechanizm autoterapii przez sztukę, przerabiał to w Lśnieniu, Worku kości czy Mrocznej Połowie. Pisarze, malarze, faceci z przeszłością – ile można?



Ale Floryda w tej książce nie ma nic wspólnego z pocztówkowym kurortem dla emerytów. Jest w niej coś chorobliwego.

Szybko poczułem ten specyficzny, lepki niepokój. King genialnie dawkuje tu atmosferę. Ten facet potrafi sprawić, że zwykłe rzeczy zaczynają autentycznie uwierać w mózg. Nie jest to horror oparty na tanich zrywach, gdzie potwór wyskakuje z szafy co trzy rozdziały. Tutaj zło sączy się powoli, jak podskórna wilgoć, która niszczy fundamenty domu.

Wizualnie ta książka potrafi obrzydzić i przerazić, ale nie robi tego przez tani gore. Najbardziej zapadły mi w pamięć nie krwawe sceny. Bardziej te momenty, w których główny bohater zaczyna zdawać sobie sprawę, że jego nowo odkryty talent malarski ma potworną, sprawczą moc. Czujesz, że coś jest bardzo „nie tak”, zanim jeszcze autor w ogóle nazwie zagrożenie.
King zatrzymuje się o krok przed granicą kiczu. Skupia się na samotności i na tym, jak łatwo człowiek daje się omamić obietnicy uzdrowienia. Zdecydowanie jest to bardziej horror psychologiczny. Choć w trzecim akcie – kiedy na scenę wkracza przeszłość wyspy i stare, zapomniane statki – robi się już całkiem namacalnie i potwornie.

Zakończenie? Byłem przygotowany na rozczarowanie, bo umówmy się – King ma problem z finałami. Często buduje genialną konstrukcję, którą na końcu podpala za pomocą wielkiego, metafizycznego pająka albo innego bóstwa z kosmosu. Potrafi tym zepsuć całą historię. Tutaj na szczęście tak się nie stało. Finał jest satysfakcjonujący, gorzki i cholernie konsekwentny. Nie ma tu taniego happy endu. Ale nie ma też poczucia, że autor pisał ostatnie rozdziały na kolanie, bo gonił go termin u wydawcy.

Kiedy zamknąłem tę grubą cegłę, poczułem przede wszystkim ulgę, że Król wciąż potrafi ugryźć. Książka nie jest dla kogoś, kto szuka szybkiego strzału dopaminy i hektolitrów krwi. Ale jeśli lubisz, gdy historia powoli oplata cię wokół palca, a po zgaszeniu światła zaczynasz dokładniej wsłuchiwać się w dźwięki za oknem – Ręka Mistrza przypomni ci, dlaczego w ogóle zaczęliśmy czytać horrory.

Thriller science fiction Pod Kopułą – Stephen King

Gdyby William Golding pisząc „Władcę Much” zamiast bezludnej wyspy użył gigantycznej, niewidzialnej szklanki z Ikei, a zamiast dzieci zamknął w niej bandę dorosłych Amerykanów z prowincji, to myślę, że wynik tego eksperymentu wyglądałby dokładnie jak w powieści„Pod Kopułą” Stephena Kinga.

pod kopułą

„Pod Kopułą” to ponad tysiącstronicowa, literacka wiwisekcja małego miasteczka. Król Horroru postanowił sprawdzić, jak szybko nowoczesne społeczeństwo potrafi zdziczeć, gdy odetnie mu się dopływ świeżego powietrza i prawa.

Szybki rzut oka na tę cegłę
Krwawe trofeum: Za bezlitosną, makabryczną i absolutnie genialną scenę opadnięcia Kopuły. Moment, w którym niczego niespodziewający się świstak zostaje przecięty na pół, a przelatujący samolot rozbija się o barierę, to czysta, chirurgiczna groza.

Zgrzyt: Samo wyjaśnienie pochodzenia Kopuły w finale. Kiedy po 900 stronach budowania genialnego napięcia dowiadujesz się, kto za tym stoi, masz ochotę cisnąć tą grubą cegłą w okno. Nie robisz tego tylko dlatego, że książka kosztowała fortunę, a okno mogłoby nie wytrzymać.



Wyobraź sobie piękny, jesienny dzień w stanie Maine. Nagle na miasteczko Chester’s Mill spada niewidzialna, niezniszczalna i półprzepuszczalna bariera. Według oficjalnych opisów fabuły akcja zamyka się w zaledwie ośmiu dniach, ale dzieje się tam tyle, ile w przeciętnym kraju trzeciego świata podczas rewolucji. Samoloty rozbijają się o niewidoczną ścianę, samochody eksplodują, a szefowi policji na dzień dobry wybucha rozrusznik serca.

King nie bawi się w powolne podchody. Wrzuca nas w sam środek chaosu, gdzie główny bohater, Dale „Barbie” Barbara (były wojskowy, a obecnie kucharz), próbuje zachować resztki zdrowego rozsądku w świecie, który właśnie oszalał. Naprzeciw niego staje James „Big Jim” Rennie – lokalny politykier, handlarz amfetaminą i podręcznikowy psychopata. W zaistniałej katastrofie widzi on idealną okazję, by ogłosić się absolutnym dyktatorem miasteczka.

Styl Kinga przypomina stary, dobry amerykański krążownik szos: jest potężny i momentami sunie niespiesznie przez obyczajowe niuanse, ale jak już przyspieszy, to wgniata w fotel. Dialogi iskrzą, a wielowątkowa konstrukcja sprawia, że przez te tysiąc stron płynie się jak na fali adrenaliny.

Jeśli szukasz tu klasycznych potworów z bagien, wampirów czy zębatych klaunów z kanałów – zapomnij. Największym potworem w tej powieści jest człowiek.

King po mistrzowsku buduje klimat osaczenia. Powietrze pod Kopułą staje się coraz bardziej stęchłe, spaliny z aut nie mają dokąd uciec, a zasoby powoli się kończą. Ten ekologiczno-socjologiczny thriller mocno trzyma za gardło od pierwszej do ostatniej strony.

Oczywiście fani czystej grozy i gore też dostaną coś dla siebie. Syn Big Jima, Junior Rennie, cierpiący na potworne migreny spowodowane guzem mózgu, to chodzący koszmar. Sceny z jego udziałem – zwłaszcza te w mrocznej spiżarni z ciałami ofiar – są tak makabryczne i pełne chorego napięcia, że potrafią zepsuć apetyt na resztę dnia. Autor nie szczędzi nam brutalności: od pękających czaszek po brutalne morderstwa i masakryczną, toksyczną burzę ogniową w finale.

Statystyki Grozy
Prawdziwe monstrum nie potrzebuje kłów. Wystarczy mu odrobina władzy i odcięcie od reszty świata.

Body count: 9.5/10 (Pod koniec lektury populacja miasteczka kurczy się szybciej niż zapasy masła w dyskoncie przed niedzielą niehandlową).

Poziom adrenaliny: Wysoki (Zwłaszcza w drugiej połowie, gdy zaczyna brakować tlenu).

Ilość zużytej sztucznej krwi: Całe cysterny (Finałowa katastrofa to absolutne, krwawe piekło).

Mój werdykt w jednym zdaniu
To monumentalne, bezlitosne studium ludzkiego upadku, które pomimo lekko rozczarowującego, kosmicznego finału bawi i przeraża z intensywnością najlepszego thrillera survivalowego w historii.

Dla kogo jest ta powieść?
Czytaj, jeśli: Uwielbiasz wielowątkowe opowieści, fascynuje Cię psychologia tłumu w momentach kryzysu i chcesz zobaczyć, jak genialnie King potrafi rozpisać portrety kilkudziesięciu różnych bohaterów.

Odpuść, jeśli: Cierpisz na ciężką klaustrofobię, masz uczulenie na grube, tysiącstronicowe tomiszcza lub oczekujesz od horroru wyłącznie zjawisk nadprzyrodzonych i logicznego, satysfakcjonującego zakończenia sci-fi.

Historia Lisey – Stephen King

Jeśli „Lśnienie” było koszmarnym snem alkoholika, a „Misery” najgorszym koszmarem pisarza uwięzionego przez psychofankę, to „Historia Lisey” Stephena Kinga jest czymś zupełnie innym. King zabiera nas w podróż, która jest jednocześnie intymna jak czytanie cudzego pamiętnika i przerażająca jak samotny spacer po lesie o trzeciej nad ranem. Absolutnie unikalna, czasem genialna, choć momentami wymagająca pozycja.

historia lisey

Quick Look: Plusy i Minusy

Krwawe trofeum: Za stworzenie Boo’ya Moon – alternatywnego świata, który jest jednocześnie tak piękny i tak potworny, że chętnie kupiłbym tam działkę budowlaną (gdyby nie to, co wyłazi tam po zmroku).

Zgrzyt: Język małżeński Lisey i Scotta. Te wszystkie ich prywatne słówka i wewnętrzne żarty bywają w pierwszej ćwierci książki tak słodkie, że aż bolą zęby. Trzeba przez to przebrnąć.



Lisey Landon to wdowa po Scotcie – genialnym pisarzu, który był magnesem na nagrody literackie i… psychopatów. Mijają dwa lata od jego śmierci, a Lisey w końcu postanawia ogarnąć jego zostawione dokumenty. I tu zaczyna się jazda bez trzymanki. Na jej drodze staje Zack McCool, fanatyk, przy którym bohaterka z „Misery” wygląda jak grzeczne dzieci z chóru kościelnego.
Kupiła mnie ta narracja. King nie gna na złamanie karku. Snuje tę opowieść jak pająk sieć – powoli, precyzyjnie, splatając retrospekcje z teraźniejszością.
Styl pisania jest tu gęsty i niesamowicie literacki. Nie jest to prosty pulpowy straszak. Król horroru bawi się słowami, tworzy intymny, wręcz klaustrofobiczny portret małżeństwa, które miało swoje bardzo mroczne sekrety. Akcja nie pędzi jak szalona, ale kiedy już rusza z kopyta, to z siłą taranu.

Jeśli lubicie, gdy lodowaty palec strachu powoli przesuwa się po Waszym kręgosłupie – trafiliście idealnie. Klimat tej książki jest lepki, duszny i przesiąknięty melancholią przełamaną czystym obłędem.

Gęstość klimatu 9/10 – (Można kosić kosą)
Licznik trupów – Niski, ale jakość nadrabia ilość
Poziom niepokoju – Bardzo wysoki
Ilość zużytego osocza – Wiadro, ale bardzo gęstego

Mój werdykt
Chyba najbardziej osobista, do bólu szczera i niesamowicie klimatyczna powieść Kinga, która pod maską horroru fantasy skrywa przejmujący traktat o radzeniu sobie ze stratą. Bawiłem się świetnie, nawet jeśli King czasem za bardzo odpływał w swoje językowe gierki.

Dla kogo jest ta książka?
Czytaj, jeśli: Uwielbiasz „Mroczną Wieżę”, kochasz psychologiczne głębie u Kinga i szukasz horroru, który nie tylko przerazi, ale też głęboko poruszy.

Odpuść, jeśli: Oczekujesz szybkiej akcji, potworów wyskakujących zza każdego rogu i drażnią Cię książki, w których bohaterowie posługują się swoim własnym, dziwnym językiem.