Category Archives: Horror Psychologiczny

Piekło przemocy domowej – Rose Madder – Stephen King

Stephen King rzadko pisze horror bez potwora z krwi i kości. Tym razem horrorem jest życie małżeńskie, a najgorszym potworem jest mąż. Powieść otwiera jedna z najbardziej przerażających scen, jakie King kiedykolwiek napisał. Dwudziestotrzyletnia Rose Daniels traci ciążę po brutalnym pobiciu przez męża Normana. Od pierwszych stron wiadomo, że to nie będzie kolejna opowieść o klaunach w kanałach ani o nawiedzonych hotelach. Tylko coś dużo bardziej przyziemnego i przez to jeszcze bardziej nieprzyjemnego.

rose madder

Właściwa akcja zaczyna się dziewięć lat później. Kropla krwi z nosa Normana, która ląduje na dłoni Rosie, wywołuje u niej nagłe, przerażające przeczucie, że mąż w końcu ją zabije, tak jak niegdyś zabił ich nienarodzone dziecko. Ta scena działa jak zapłon. Rosie postanawia uciec, zabierając ze sobą tylko torbę i kartę kredytową Normana. Złodziejka roku, ale w tym wypadku kibicujemy jej całym sercem.

W nowym mieście Rosie zaczyna się odbudowywać. Poznaje Billa Steinera, znajduje też obraz z lombardu, który — choć nie jest wielką sztuką — pasuje idealnie do jej nowego mieszkania i wydaje się chcieć jej równie mocno, jak ona chce jego. Ten obraz, zatytułowany „Rose Madder”, staje się sercem powieści. Rosie zauważa, że obraz zdaje się okresowo zmieniać, a w końcu udaje jej się do niego wejść. Portal do innego świata w środku antykwarycznego malowidła brzmi jak coś wyjętego z bajki dla dzieci. King, rzecz jasna, nie zamierza pozwolić, żeby ta bajka skończyła się słodko.

Po drugiej stronie płótna czeka kobieta w szacie koloru różu. Rosie nazywa ją Rose Madder, a tytułowa postać prosi bohaterkę o uratowanie swojego dziecka z podziemnego labiryntu strzeżonego przez jednookiego byka imieniem. Mitologiczny labirynt w środku horroru o przemocy domowej — brzmi jak zderzenie dwóch zupełnie różnych książek, i szczerze mówiąc, czasem tak to właśnie czyta się na papierze.

Tymczasem w realnym świecie Norman nie odpuszcza. Sadystyczny gliniarz z instynktem myśliwego tropi żonę z uporem, który przeraża bardziej niż niejeden nadprzyrodzony antagonista w dorobku Kinga. Norman jest nie tylko skłonny ścigać Rosie bez końca, ale wręcz zmuszony to robić, bo cała jego tożsamość opiera się na kontroli nad nią. King przełącza narrację między perspektywą Rosie a perspektywą Normana, i to właśnie te fragmenty z głową kata są najbardziej nie do zniesienia. Nie dlatego, że są nudne. Dlatego, że są przerażająco wiarygodne.

Ostatecznie te dwa światy — mitologiczny i policyjny — muszą się zderzyć. Norman morduje jedną z przyjaciółek Rosie ze schroniska Daughters and Sisters, po czym dociera do jej mieszkania, gdzie Rosie zwabia go w głąb obrazu, a Rose Madder go zabija. Sprawiedliwość poetycka podana na tacy pomalowanej krwią. Satysfakcjonująca, choć trzeba przyznać — nieco zbyt wygodna, jakby King sam nie do końca wiedział, jak inaczej zamknąć historię, którą sam sobie skomplikował.

Tu leży największy problem tej książki. Realistyczna, druzgocąca opowieść o przemocy domowej i mozolnym odzyskiwaniu własnego życia zderza się z fantastycznym wątkiem labiryntu, byka i magicznego obrazu, i te dwie połówki nie zawsze trzymają się razem jak należy. Część czytelników pokocha tę mieszankę mitu i realizmu. Inni poczują, że najsilniejsze rozdziały książki to te bez żadnej magii — te, w których Rosie uczy się po prostu żyć bez strachu w oczach.

Postacie drugoplanowe ratują sprawę tam, gdzie fabuła się chwieje. Kobiety ze schroniska, Bill, Anna — wszyscy są napisani z czułością, jakiej King czasem skąpi swoim bohaterom. Kontrast między Normanem a Rosie działa jak dobrze naostrzony nóż: on twardy i drapieżny, ona z pozoru krucha, ale z każdym rozdziałem coraz twardsza. Ich rozwój jest tym, co trzyma tę książkę razem, nawet gdy magiczny obraz zaczyna trzeszczeć w szwach logicznych.

Sam autor podobno nie darzył tej powieści wielką sympatią, uznając ją za jedną ze swoich słabszych pozycji. Trudno się z tym całkowicie zgodzić, ale trudno też się całkiem nie zgodzić. Rose Madder to książka nierówna, czasem przegadana, czasem zbyt dosłowna w swoich metaforach. A jednocześnie to jedna z najbardziej ludzkich rzeczy, jakie King kiedykolwiek napisał.

Werdykt

Rose Madder to pozycja obowiązkowa dla czytelników, którzy cenią sobie w horrorze psychologię, oraz dla fanów Kinga. Kobiety szukające literackiej reprezentacji ucieczki z przemocowego związku znajdą tu portret bolesny, ale pełen nadziei.
Kto powinien omijać tę książkę? Czytelnicy wrażliwi na drastyczne opisy przemocy domowej i psychicznego znęcania się powinni podchodzić do tej lektury z dużą ostrożnością. Fani czystego, spójnego horroru nadprzyrodzonego bez wątków społecznych mogą poczuć się zawiedzeni tym, jak bardzo książka skręca w stronę mitologicznej fantastyki. A jeśli ktoś oczekuje po Kingu klasycznego potwora czającego się w piwnicy — cóż, tym razem potwór siedzi przy stole, je śniadanie i nosi odznakę policjanta.

Elektryzujący koszmar, czyli co czeka nas po drugiej stronie Przebudzenie – Stephen King

Stephen King powraca w formie, która potrafi zmrozić krew w żyłach skuteczniej niż otwarty zamrażalnik w środku lipca. Powieść „Przebudzenie” wrzuca czytelnika w mroczną otchłań, z której trudno uciec bez gęsiej skórki. King po mistrzowsku buduje niepokój, podając go w porcjach dawkowanych precyzyjnie jak strzykawka szalonego naukowca.

przebudzenie king

Wszystko zaczyna się w małomiasteczkowej sielance stanu Maine. Młody chłopiec Jamie Morton poznaje nowego kaznodzieję, fascynującego Charlesa Jacobsa. Duchowny skrywa wielką pasję do doświadczeń z elektrycznością. Niestety, po tragicznej śmierci żony i syna, pastor wygłasza skrajnie heretyckie kazanie i znika w atmosferze skandalu.

Ścieżki bohaterów przecinają się ponownie po latach. Dorosły Jamie staje się wrakiem człowieka uzależnionym od heroiny, a dawny duchowny objawia się jako objazdowy uzdrowiciel. Jacobs leczy chłopaka przy użyciu tajemniczej „tajnej elektryczności”, jednak ten cudowny ratunek niesie za sobą przerażającą cenę.

Akcja płynie początkowo niespiesznie. Autor poświęca mnóstwo miejsca na budowanie relacji oraz sentymentalny portret minionych lat, ale gdy machina wreszcie rusza, nie ma już gdzie uciekać. Styl pisania Kinga zachwyca dojrzałością, niesamowitym wyczuciem detalu i lekkością, z jaką przechodzi od zwyczajnego życia do koszmaru.

Czy ta powieść rzeczywiście potrafi przerazić? Z pewnością nie wyrwie Cię z kapci w trakcie lektury. Napięcie gęstnieje tu krok po kroku, niczym trująca mgła nad cmentarzem. Prawdziwa groza uderza w czytelnika w finale, rozrywając spokój ducha na drobne kawałki i zostawiając z przejmującym poczuciem beznadziei.

Miłośnicy flaków na ścianie mogą poczuć lekki niedosyt, ponieważ krwawe rzeźnie ustępują miejsca głębokiej traumie psychologicznej. Największym potworem bywa tu ludzka obsesja, która pcha człowieka ku zakazanemu poznaniu. Pojawiają się tu jednak wizje rodem z najgorszych koszmarów H.P. Lovecrafta. Znajdziesz tu przerażające, gigantyczne stworzenia z innego wymiaru oraz sceny, po których zrobisz głośne „uuu” w środku nocy i włączysz światło w korytarzu.

Nastrojowo dzieło przypomina mroczną mieszankę „Frankensteina” z prozą H.P. Lovecrafta. W powietrzu unosi się zapach dymu papierosowego, taniego alkoholu i ozonu wyładowań elektrycznych. Otacza nas duszny, posępny klimat nieuchronnego fatalizmu. Po prostu czujesz, że ta historia nie może skończyć się dobrze.

Czy warto sięgnąć po tę książkę?
Zdecydowanie warto zaryzykować zarwaną noc! Otrzymujesz niezwykle poruszającą historię o dorastaniu, stracie, uzależnieniu oraz o tym, co może czekać ludzkość po drugiej stronie. Zakończenie jest jednym z najbardziej przygnębiających i przerażających w całej karierze Króla Grozy. Zostawia ślad w głowie na długie tygodnie.

Upiorny talent w horrorze Ręka Mistrza – Stephen King

Są tacy autorzy, do których wraca się jak do starego, nieco zagraconego domu z dzieciństwa. Wiesz, gdzie skrzypi podłoga, w której szufladzie leżą zardzewiałe gwoździe i że w piwnicy pachnie stęchłym tynkiem. Stephen King ma już na liczniku tyle stron, że mógłby nimi wytapetować małe miasteczko w Maine. Złapałem się na tym, że od kilku lat czytam jego nowe rzeczy głównie z obowiązku. Albo z sentymentu. Aż w końcu wziąłem do ręki Rękę Mistrza i coś w końcu kliknęło. Tak po staremu.

ręka mistrza

Zaczęło się bez fajerwerków. Pierwsze kilkadziesiąt stron to klasyczny, powolny King, który nigdzie się nie spieszy. Facet traci rękę w makabrycznym wypadku. Rozpada mu się małżeństwo, a on sam ucieka na piaszczystą, odizolowaną od świata wyspę na Florydzie, żeby malować obrazy. I szczerze? Na początku pomyślałem: „Oho, znowu to samo”. King kocha mechanizm autoterapii przez sztukę, przerabiał to w Lśnieniu, Worku kości czy Mrocznej Połowie. Pisarze, malarze, faceci z przeszłością – ile można?



Ale Floryda w tej książce nie ma nic wspólnego z pocztówkowym kurortem dla emerytów. Jest w niej coś chorobliwego.

Szybko poczułem ten specyficzny, lepki niepokój. King genialnie dawkuje tu atmosferę. Ten facet potrafi sprawić, że zwykłe rzeczy zaczynają autentycznie uwierać w mózg. Nie jest to horror oparty na tanich zrywach, gdzie potwór wyskakuje z szafy co trzy rozdziały. Tutaj zło sączy się powoli, jak podskórna wilgoć, która niszczy fundamenty domu.

Wizualnie ta książka potrafi obrzydzić i przerazić, ale nie robi tego przez tani gore. Najbardziej zapadły mi w pamięć nie krwawe sceny. Bardziej te momenty, w których główny bohater zaczyna zdawać sobie sprawę, że jego nowo odkryty talent malarski ma potworną, sprawczą moc. Czujesz, że coś jest bardzo „nie tak”, zanim jeszcze autor w ogóle nazwie zagrożenie.
King zatrzymuje się o krok przed granicą kiczu. Skupia się na samotności i na tym, jak łatwo człowiek daje się omamić obietnicy uzdrowienia. Zdecydowanie jest to bardziej horror psychologiczny. Choć w trzecim akcie – kiedy na scenę wkracza przeszłość wyspy i stare, zapomniane statki – robi się już całkiem namacalnie i potwornie.

Zakończenie? Byłem przygotowany na rozczarowanie, bo umówmy się – King ma problem z finałami. Często buduje genialną konstrukcję, którą na końcu podpala za pomocą wielkiego, metafizycznego pająka albo innego bóstwa z kosmosu. Potrafi tym zepsuć całą historię. Tutaj na szczęście tak się nie stało. Finał jest satysfakcjonujący, gorzki i cholernie konsekwentny. Nie ma tu taniego happy endu. Ale nie ma też poczucia, że autor pisał ostatnie rozdziały na kolanie, bo gonił go termin u wydawcy.

Kiedy zamknąłem tę grubą cegłę, poczułem przede wszystkim ulgę, że Król wciąż potrafi ugryźć. Książka nie jest dla kogoś, kto szuka szybkiego strzału dopaminy i hektolitrów krwi. Ale jeśli lubisz, gdy historia powoli oplata cię wokół palca, a po zgaszeniu światła zaczynasz dokładniej wsłuchiwać się w dźwięki za oknem – Ręka Mistrza przypomni ci, dlaczego w ogóle zaczęliśmy czytać horrory.