Category Archives: Dark Fantasy

Magia, krew i blond pasemka – Pakt milczenia – The Covenant

pakt milczenia

Renny Harlin stworzył dzieło, które idealnie wpisuje się w nurt młodzieżowych horrorów z pogranicza fantasy. Produkcja rzetelnie realizuje założenia kina klasy B, celując w nastoletnią widownię spragnioną mrocznej estetyki i popowych hitów w tle. Reżyser, znany z zamiłowania do dynamicznej akcji, sprawnie żongluje kliszami, choć nie unika przy tym potężnej dawki ekranowego kiczu. Całość ogląda się z niesłabnącym rozbawieniem, głównie dzięki specyficznej, połyskującej stylistyce tamtych lat.




Opowieść skupia się wokół tajemniczego sabatu z Ipswich, zrzeszającego potomków kolonialnych czarownic. Czterej nastoletni przyjaciele z akademii ukrywają przed światem potężne, magiczne dziedzictwo. Sytuacja komplikuje się, gdy w miasteczku pojawia się nowy, podejrzany uczeń. Wokół zaczynają ginąć ludzie. Scenariusz opiera się na klasycznym motywie walki dobra ze złem oraz zgubnego wpływu nieograniczonej władzy. Koncept, choć mało oryginalny, potrafi zaciekawić i oferuje kilka widowiskowych zwrotów akcji.

Trudno szukać tutaj paraliżującego strachu, ponieważ twórcy postawili na widowiskowość kosztem psychologicznego terroru. Zagrożenie ma charakter nadprzyrodzony, manifestując się poprzez mroczną magię, która dosłownie wysysa siły życiowe z młodych czarnoksiężników. Brutalność została mocno ugrzeczniona, dopasowując seans do kategorii wiekowej nastolatków. Krwawe sceny praktycznie nie istnieją, ustępując miejsca efektownym, cyfrowym eksplozjom i demonicznym transformacjom. Napięcie budowane jest dynamicznie, głównie poprzez widowiskowe starcia z użyciem sił natury.

Atmosfera angielskim klimatem, spowitym wieczną mgłą i jesiennym mrokiem. Wizualna strona filmu opiera się na chłodnych, niebieskich tonacjach, które potęgują poczucie tajemnicy oraz izolacji elitarnej szkoły. Paranoja narasta w miarę, jak bohaterowie odkrywają zdradę we własnych szeregach, próbując ustalić tożsamość piątego syna Ipswich. Ten gęsty, komiksowy nastrój idealnie maskuje fabularne niedociągnięcia i stanowi najmocniejszy punkt całej produkcji.

Obsada złożona z wschodzących wówczas gwiazd Hollywood prezentuje się poprawnie, choć aktorzy skupiają się głównie na dumnym prężeniu muskułów. Steven Strait oraz Sebastian Stan nadrabiają braki w warsztacie magnetyczną, ekranową charyzmą i intensywnym spojrzeniem. Zdjęcia i scenografia robią spore wrażenie, zwłaszcza mroczne, surowe plenery prowincjonalnego Massachusetts oraz majestatyczne wnętrza starych posiadłości. Efekty specjalne mocno się zestarzały, jednak posiadają specyficzny, retro urok tamtej epoki.

Czy warto obejrzeć?
Pozycja ta stanowi doskonałą propozycję na luźny, nostalgiczny wieczór dla fanów estetyki lat dwutysięcznych. Wielbiciele bezkompromisowego, brutalnego horroru mogą poczuć się zawiedzeni brakiem prawdziwego strachu i wszechobecną naiwnością. Dzieło ma sporo dziur scenariuszowych, nastawione jest na tani efekt, ale broni się czystą, niezobowiązującą rozrywką. Warto dać mu szansę dla niezapomnianego klimatu i ścieżki dźwiękowej.

Zwiastun filmu Pakt Milczenia

Piekielna podróż przez wieki – „Czarnoksiężnik” (Warlock)

Jeśli „Terminator” zamieniłby karabin na zakazaną czarną magię i zamiast w przeszłość udałby się w przyszłość otrzymalibyśmy „Czarnoksiężnika” (Warlock). Ten film z 1989 roku w reżyserii Steve’a Minera to dla mnie absolutna perła horroru fantasy, która zamiast tanich trików serwuje nam mroczny klimat, od którego do dziś cierpnie skóra. To produkcja z duszą, która udowadnia, że prawdziwe zło nie potrzebuje armii – wystarczy jeden charyzmatyczny syn Szatana.

czarnoksiężnik warlock

Mamy rok 1691, Boston. Potężny czarnoksiężnik zostaje skazany na śmierć, ale w ostatniej chwili sam diabeł wyrywa go z rąk kata i przenosi o 300 lat w przyszłość, do współczesnego Los Angeles. Jego misją jest odnalezienie trzech części „Grand Grimoire” – księgi, która posiada moc… cofnięcia stworzenia świata. Brzmi epicko? Bo takie jest!



Śledziłem fabułę z zapartym tchem, zwłaszcza że w ślad za Warlockiem rusza łowca czarownic, Redferne, a do ich duetu dołącza współczesna dziewczyna, Kassandra, na którą rzucono klątwę starzenia się o 20 lat każdego dnia. Bawiłem się świetnie, patrząc na zderzenie XVII-wiecznego łowcy z technologią lat 80., ale to mroczna, okultystyczna intryga sprawia, że ten scenariusz wciąż uważam za jeden z najciekawszych w gatunku.

Kupiły mnie te zdjęcia – od mrocznych, mglistych lasów Nowej Anglii po słoneczne, a jednak niepokojące ulice Kalifornii. Gra aktorska to prawdziwy aktorski pojedynek: Julian Sands kontra Richard E. Grant (Redferne). Grant jako surowy, zdeterminowany łowca jest niesamowicie wiarygodny, a chemia między nim a Kassandrą (Lori Singer) dodaje historii potrzebnego, ludzkiego wymiaru. Nie mogę też zapomnieć o ścieżce dźwiękowej Jerry’ego Goldsmitha – te niepokojące chóry i mocne uderzenia orkiestry budują poczucie nadchodzącej apokalipsy.

Szybki podgląd

Krwawe trofeum: Za scenę „odmładzania się” Warlocka kosztem małego chłopca – to jeden z tych momentów, który przypomina, że lata 80. nie miały hamulców.

Zgrzyt: Efekty specjalne w scenach lotu zestarzały się dość boleśnie, ale przy tym klimacie łatwo przymknąć na to oko.

Mój werdykt w jednym zdaniu: To mroczna, stylowa i diabelnie inteligentna podróż w świat okultyzmu, która udowadnia, że Julian Sands był stworzony do roli syna ciemności.

Statystyki Magii:
Body count: 6/10 (ale każda śmierć jest rytualnie dopieszczona)

Poziom adrenaliny: Średni, ale napięcie trzyma do ostatniej sekundy

Ilość zużytej soli (ochronnej): Kilogramy

Dla kogo?
Oglądaj, jeśli: Kochasz klimaty starożytnych klątw, mroczne fantasy i szukasz czarnego charakteru, którego nie da się zapomnieć.

Odpuść, jeśli: Szukasz nowoczesnego horroru pełnego szybkich cięć i CGI – tutaj tempo jest klasyczne, a groza budowana jest na atmosferze i charakteryzacji.

Zwiastun „Czarnoksiężnik” (Warlock)

Smętny irlandzki folk horror „The Morrigan” (2025)

Gdyby „The Morrigan” (2025) Columa Eastwooda miała być irlandzką odpowiedzią na „The Witch” Roberta Eggersa, to niestety jest to odpowiedź udzielona szeptem, w dodatku w bardzo ciemnym pokoju, w którym nic nie widać. Zasiadając do seansu tego folk horroru, liczyłem na drapieżną, mitologiczną ucztę, która wgryzie się w moje gardło celtyckim pazurem. Zamiast tego dostałem nużący spacer po lesie, po którym jedyne, co czuję, to rozczarowanie.

morrigan

Mój entuzjazm opadł szybciej niż temperatura w dublińskim porcie. Tematem filmu jest powrót archeolog (Saffron Burrows) do rodzinnych stron w Irlandii, gdzie jej córka staje się celem starożytnej, tytułowej bogini wojny i śmierci. Scenariusz niestety kuleje od pierwszej minuty – fabuła wlecze się niemiłosiernie, a interesujący punkt wyjścia szybko zmienia się w festiwal gatunkowych klisz, które widziałem już dziesiątki razy, tylko w znacznie lepszej formie. Mimo moich szczerych chęci, intryga nie potrafiła mnie zainteresować, a scenariuszowi zwyczajnie zabrakło „mięsa”.




Przyznam szczerze, że moje serce fana horrorów nie zabiło szybciej ani razu. Czy film jest straszny? Absolutnie nie. Reżyser postawił na tzw. slow burn, ale zapomniał o podpaleniu lontu. Oto co mnie najbardziej zabolało:

Niewykorzystany potwór: Sama Morrigan pojawia się rzadko, a jej design to szczyt lenistwa – postać w kapturze z doklejonymi piórami wygląda bardziej jak cosplayer z niskim budżetem niż potężne bóstwo.

Brak napięcia: Sceny, które miały mnie przerażać, są przewidywalne do bólu. Każdy „jump scare” czułem z kilometra, a napięcie ulatywało wraz z kolejnymi minutami pustych kadrów.

Ugrzeczniona rzeź: Jak na opowieść o bogini wojny, film ma konsystencją kiślu. Brakuje tu konkretnych, krwawych scen, które nadałyby tej historii ciężaru. Wszystko jest niedopowiedziane w sposób, który nie intryguje, lecz po prostu nudzi.

Klimat miał być mroczny, a wyszedł po prostu… niedoświetlony. Kupiłbym tę wizję, gdybym cokolwiek widział na ekranie, ale zdjęcia są tak ciemne, że momentami zastanawiałem się, czy mój telewizor się nie wyłączył. Gra aktorska Saffron Burrows wydała mi się sztywna i pozbawiona emocjonalnego nerwu, a ścieżka dźwiękowa to generyczne smyczki, które wyleciały mi z głowy jeszcze przed napisami końcowymi. Scenografia irlandzkiej prowincji miała potencjał, ale została zmarnowana.

Szybki podgląd
Krwawe trofeum: Brak. Serio, nawet klucz do kół z „Sorority Row” miał w sobie więcej charakteru niż cokolwiek w tym filmie.

Zgrzyt: Fatalne oświetlenie i tempo, które sprawia, że 90 minut seansu ciągnie się jak trzygodzinna litania.

Mój werdykt w jednym zdaniu: „The Morrigan” to filmowy odpowiednik mgły – na początku wydaje się klimatyczny, ale ostatecznie okazuje się, że to tylko dużo pary, która zasłania brak jakiejkolwiek treści.

Statystyki seansu:
Body count: 2/10 (emocjonalnie martwy jest głównie widz)

Poziom adrenaliny: Niższy niż przy parzeniu melisy

Ilość zużytego osocza: Symboliczna łyżeczka

Dla kogo?
Oglądaj, jeśli: Cierpisz na bezsenność i potrzebujesz bardzo ciemnego, powolnego wygaszacza ekranu z irlandzkim akcentem w tle.

Odpuść, jeśli: Szukasz w horrorze emocji, sprawnego budowania grozy lub chcesz faktycznie zobaczyć to, co dzieje się na ekranie. Zamiast tego włącz „The Witch” – zaoszczędzisz sobie rozczarowania.

Zwiastun „The Morrigan” (2025)