Category Archives: Dark Fantasy

Piekielna podróż przez wieki – „Czarnoksiężnik” (Warlock)

Jeśli „Terminator” zamieniłby karabin na zakazaną czarną magię i zamiast w przeszłość udałby się w przyszłość otrzymalibyśmy „Czarnoksiężnika” (Warlock). Ten film z 1989 roku w reżyserii Steve’a Minera to dla mnie absolutna perła horroru fantasy, która zamiast tanich trików serwuje nam mroczny klimat, od którego do dziś cierpnie skóra. To produkcja z duszą, która udowadnia, że prawdziwe zło nie potrzebuje armii – wystarczy jeden charyzmatyczny syn Szatana.

czarnoksiężnik warlock

Mamy rok 1691, Boston. Potężny czarnoksiężnik zostaje skazany na śmierć, ale w ostatniej chwili sam diabeł wyrywa go z rąk kata i przenosi o 300 lat w przyszłość, do współczesnego Los Angeles. Jego misją jest odnalezienie trzech części „Grand Grimoire” – księgi, która posiada moc… cofnięcia stworzenia świata. Brzmi epicko? Bo takie jest!



Śledziłem fabułę z zapartym tchem, zwłaszcza że w ślad za Warlockiem rusza łowca czarownic, Redferne, a do ich duetu dołącza współczesna dziewczyna, Kassandra, na którą rzucono klątwę starzenia się o 20 lat każdego dnia. Bawiłem się świetnie, patrząc na zderzenie XVII-wiecznego łowcy z technologią lat 80., ale to mroczna, okultystyczna intryga sprawia, że ten scenariusz wciąż uważam za jeden z najciekawszych w gatunku.

Kupiły mnie te zdjęcia – od mrocznych, mglistych lasów Nowej Anglii po słoneczne, a jednak niepokojące ulice Kalifornii. Gra aktorska to prawdziwy aktorski pojedynek: Julian Sands kontra Richard E. Grant (Redferne). Grant jako surowy, zdeterminowany łowca jest niesamowicie wiarygodny, a chemia między nim a Kassandrą (Lori Singer) dodaje historii potrzebnego, ludzkiego wymiaru. Nie mogę też zapomnieć o ścieżce dźwiękowej Jerry’ego Goldsmitha – te niepokojące chóry i mocne uderzenia orkiestry budują poczucie nadchodzącej apokalipsy.

Szybki podgląd

Krwawe trofeum: Za scenę „odmładzania się” Warlocka kosztem małego chłopca – to jeden z tych momentów, który przypomina, że lata 80. nie miały hamulców.

Zgrzyt: Efekty specjalne w scenach lotu zestarzały się dość boleśnie, ale przy tym klimacie łatwo przymknąć na to oko.

Mój werdykt w jednym zdaniu: To mroczna, stylowa i diabelnie inteligentna podróż w świat okultyzmu, która udowadnia, że Julian Sands był stworzony do roli syna ciemności.

Statystyki Magii:
Body count: 6/10 (ale każda śmierć jest rytualnie dopieszczona)

Poziom adrenaliny: Średni, ale napięcie trzyma do ostatniej sekundy

Ilość zużytej soli (ochronnej): Kilogramy

Dla kogo?
Oglądaj, jeśli: Kochasz klimaty starożytnych klątw, mroczne fantasy i szukasz czarnego charakteru, którego nie da się zapomnieć.

Odpuść, jeśli: Szukasz nowoczesnego horroru pełnego szybkich cięć i CGI – tutaj tempo jest klasyczne, a groza budowana jest na atmosferze i charakteryzacji.

Zwiastun „Czarnoksiężnik” (Warlock)

Smętny irlandzki folk horror „The Morrigan” (2025)

Gdyby „The Morrigan” (2025) Columa Eastwooda miała być irlandzką odpowiedzią na „The Witch” Roberta Eggersa, to niestety jest to odpowiedź udzielona szeptem, w dodatku w bardzo ciemnym pokoju, w którym nic nie widać. Zasiadając do seansu tego folk horroru, liczyłem na drapieżną, mitologiczną ucztę, która wgryzie się w moje gardło celtyckim pazurem. Zamiast tego dostałem nużący spacer po lesie, po którym jedyne, co czuję, to rozczarowanie.

morrigan

Mój entuzjazm opadł szybciej niż temperatura w dublińskim porcie. Tematem filmu jest powrót archeolog (Saffron Burrows) do rodzinnych stron w Irlandii, gdzie jej córka staje się celem starożytnej, tytułowej bogini wojny i śmierci. Scenariusz niestety kuleje od pierwszej minuty – fabuła wlecze się niemiłosiernie, a interesujący punkt wyjścia szybko zmienia się w festiwal gatunkowych klisz, które widziałem już dziesiątki razy, tylko w znacznie lepszej formie. Mimo moich szczerych chęci, intryga nie potrafiła mnie zainteresować, a scenariuszowi zwyczajnie zabrakło „mięsa”.




Przyznam szczerze, że moje serce fana horrorów nie zabiło szybciej ani razu. Czy film jest straszny? Absolutnie nie. Reżyser postawił na tzw. slow burn, ale zapomniał o podpaleniu lontu. Oto co mnie najbardziej zabolało:

Niewykorzystany potwór: Sama Morrigan pojawia się rzadko, a jej design to szczyt lenistwa – postać w kapturze z doklejonymi piórami wygląda bardziej jak cosplayer z niskim budżetem niż potężne bóstwo.

Brak napięcia: Sceny, które miały mnie przerażać, są przewidywalne do bólu. Każdy „jump scare” czułem z kilometra, a napięcie ulatywało wraz z kolejnymi minutami pustych kadrów.

Ugrzeczniona rzeź: Jak na opowieść o bogini wojny, film ma konsystencją kiślu. Brakuje tu konkretnych, krwawych scen, które nadałyby tej historii ciężaru. Wszystko jest niedopowiedziane w sposób, który nie intryguje, lecz po prostu nudzi.

Klimat miał być mroczny, a wyszedł po prostu… niedoświetlony. Kupiłbym tę wizję, gdybym cokolwiek widział na ekranie, ale zdjęcia są tak ciemne, że momentami zastanawiałem się, czy mój telewizor się nie wyłączył. Gra aktorska Saffron Burrows wydała mi się sztywna i pozbawiona emocjonalnego nerwu, a ścieżka dźwiękowa to generyczne smyczki, które wyleciały mi z głowy jeszcze przed napisami końcowymi. Scenografia irlandzkiej prowincji miała potencjał, ale została zmarnowana.

Szybki podgląd
Krwawe trofeum: Brak. Serio, nawet klucz do kół z „Sorority Row” miał w sobie więcej charakteru niż cokolwiek w tym filmie.

Zgrzyt: Fatalne oświetlenie i tempo, które sprawia, że 90 minut seansu ciągnie się jak trzygodzinna litania.

Mój werdykt w jednym zdaniu: „The Morrigan” to filmowy odpowiednik mgły – na początku wydaje się klimatyczny, ale ostatecznie okazuje się, że to tylko dużo pary, która zasłania brak jakiejkolwiek treści.

Statystyki seansu:
Body count: 2/10 (emocjonalnie martwy jest głównie widz)

Poziom adrenaliny: Niższy niż przy parzeniu melisy

Ilość zużytego osocza: Symboliczna łyżeczka

Dla kogo?
Oglądaj, jeśli: Cierpisz na bezsenność i potrzebujesz bardzo ciemnego, powolnego wygaszacza ekranu z irlandzkim akcentem w tle.

Odpuść, jeśli: Szukasz w horrorze emocji, sprawnego budowania grozy lub chcesz faktycznie zobaczyć to, co dzieje się na ekranie. Zamiast tego włącz „The Witch” – zaoszczędzisz sobie rozczarowania.

Zwiastun „The Morrigan” (2025)

Polowanie na czarownice – Witch Hunt

Czas na film, który bierze na warsztat klasyczny motyw czarownic, ale zamiast osadzać go w mrocznym średniowieczu, przenosi nas w realia współczesnej Ameryki. „Polowanie na czarownice” (Witch Hunt) z 2021 roku w reżyserii Elle Callahan to fascynująca hybryda horroru i thrillera politycznego. To kino, które używa magii jako potężnej metafory, nie zapominając przy tym o budowaniu niepokojącego nastroju.

polowanie na czarownice

To nie jest typowy horror o rzucaniu uroków przy blasku księżyca. Callahan stworzyła świat alternatywny, w którym magia jest realna, ale surowo zakazana przez rządowe agencje. Film działa najlepiej, gdy uświadamia nam, że najstraszniejszym potworem nie jest kobieta potrafiąca lewitować, lecz system, który z nienawiści i strachu tworzy represyjne prawo. To ambitne kino, które uderza w czułe struny współczesnych lęków społecznych.

Undergroundowa linia kolejowa dla wiedźm
Fabuła skupia się na nastoletniej Claire, której matka prowadzi bezpieczną przystań dla kobiet podejrzanych o uprawianie magii. W tym świecie czarownice są ścigane przez Biuro Śledcze ds. Czarodziejstwa, a ich jedyną szansą na przeżycie jest ucieczka przez granicę do Meksyku. Claire początkowo podchodzi do „gości” z rezerwą, ale wszystko zmienia się, gdy pod ich dach trafiają dwie osierocone siostry.
Scenariusz bardzo sprawnie buduje paralelę między polowaniem na czarownice a współczesnymi kryzysami migracyjnymi. To interesujący i świeży pomysł – oglądamy horror, w którym napięcie nie wynika z tego, co czai się w szafie, ale z tego, kto puka do drzwi z odznaką w ręku. Proces odkrywania własnej tożsamości przez Claire dodaje historii potrzebnej głębi emocjonalnej.

Groza w świetle dnia
Pod kątem elementów grozy film stawia na psychologiczny dyskomfort i narastającą paranoję. Nie ma tu nadmiaru krwawych scen, ale te, które się pojawiają, są niezwykle sugestywne – jak choćby „testy na czarownice” przeprowadzane w szkołach, które budzą skojarzenia z najbardziej mrocznymi momentami w historii ludzkości.

Callahan używa szerokich kadrów i jasnego, pustynnego światła, co paradoksalnie potęguje poczucie osaczenia. Największe napięcie generuje tutaj nieuchronność bycia złapanym oraz bezwzględność agenta Hawthorne’a, który reprezentuje ślepą, urzędniczą nienawiść. To groza systemowa, która boli bardziej niż nagły „jump scare”.

Minimalizm i siła przekazu
Realizacyjnie film jest bardzo spójny. Gra aktorska jest oszczędna, ale bardzo przekonująca. Mitchell w roli kobiety, która ryzykuje wszystko dla wyższego dobra, jest filarem tej opowieści. Efekty specjalne są dawkowane z umiarem – magia w tym filmie jest surowa, pierwotna i niebezpieczna, co tylko dodaje jej realizmu. Ścieżka dźwiękowa subtelnie podkreśla niepokój, nie dominując nad obrazem.

Mój werdykt: To inteligentny, stylowy horror z ważnym przesłaniem. Elle Callahan udowadnia, że stare legendy można opowiedzieć w sposób, który boleśnie komentuje naszą rzeczywistość.

Szybki podgląd:
Body count: Niski, ale każda śmierć jest wynikiem bezlitosnego systemu, co nadaje jej tragiczny wydźwięk.

Klimat: Nowoczesna dystopia przemieszana z dawnymi zabobonami. Pustynny, duszny i pełen paranoi.

Elementy grozy: Brutalne przesłuchania, testy wodne, lęk przed denuncjacją i magia, która wymyka się spod kontroli.

Największy atut: Oryginalny koncept „współczesnego polowania” i mocny podtekst społeczny.

Oglądaj, jeśli: Lubisz horrory z „drugim dnem”, cenisz estetykę indie i interesują Cię współczesne interpretacje klasycznych motywów grozy.
Odpuść, jeśli: Oczekujesz dynamicznej jatki, epickich pojedynków na różdżki i tradycyjnej, leśnej estetyki wiedźmiej. To kino cichsze, ale bardziej drapieżne.