Tag Archives: Diabeł

Koszmarne sny – Powrót Wojowników Nocy – Graham Masterton

Powrót Wojowników Nocy – Brytyjski mistrz suspensu po raz kolejny serwuje czytelnikom bezkompromisową jazdę bez trzymanki. Otrzymujemy powieść, który nie tylko dotrzymuje kroku swoim słynnym poprzednikom, ale w kilku miejscach potrafi zaskoczyć. Powieść trzyma w napięciu od pierwszych stron, udowadniając, że autor wciąż ma głowę pełną makabrycznych pomysłów. Całość sprawia wrażenie doskonale naoliwionej maszyny do straszenia, idealnie skrojonej pod fanów klasycznej, bezkompromisowej grozy z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Masterton bez problemu udźwignął ciężar własnej legendy i dostarczył rozrywkę na najwyższym, pulpowym poziomie.

powrót wojowników nocy

Historia ponownie rzuca nas w sam środek metafizycznego konfliktu, gdzie ludzkie sny stają się polem krwawej bitwy. Dawne, uśpione zło budzi się do życia z potężniejszą siłą, zmuszając strażników ludzkiej psychiki do ponownego zjednoczenia sił. Obserwujemy misternie utkaną intrygę, w której granica między jawą a koszmarną wizją ulega całkowitemu zatarciu. Fabuła gna do przodu w zawrotnym tempie, oferując dynamiczne zwroty akcji i nie pozwalając na ani chwilę nudy.



Makabra wylewa się z kartek gęstymi strumieniami, a autor nie bierze żadnych jeńców. Wizualne opisy deformacji ludzkiego ciała oraz surrealistyczne tortury potrafią zszokować nawet najbardziej odpornych miłośników gatunku. Zagrożenie ma twarz bezwzględnych, onirycznych bytów, które karmią się ludzkim strachem i bólem. Sceny gore są niezwykle surowe, plastyczne i momentami wręcz perwersyjnie pomysłowe. Napięcie nie opuszcza czytelnika nawet na moment, ponieważ niebezpieczeństwo czai się wewnątrz umysłów bohaterów, czyniąc ucieczkę niemal niemożliwą.

Atmosfera poraża wszechobecnym poczuciem osaczenia. Każda sypialnia staje się potencjalną pułapką, a zmrok przynosi jedynie paranoję oraz lęk przed zamknięciem oczu. Twórca genialnie kreuje nastrój zbiorowej histerii i bezsilności wobec potęgi, która wymyka się racjonalnemu poznaniu. Świat przedstawiony tonie w mroku, a oniryczna, surrealistyczna aura miesza się z szarą, brutalną rzeczywistością. Czytelnik błyskawicznie zaraża się niepokojem postaci, nerwowo wyczekując nieuchronnego nadejścia nocy.

Czy warto przeczytać?
Miłośnicy krwawych, bezkompromisowych opowieści z dreszczykiem będą absolutnie zachwyceni tym horrorem. Książka stanowi pozycję obowiązkową dla każdego, kto wychował się na klasyce literatury grozy i tęskni za bezwzględną masakrą. Osoby o słabszych nerwach lub poszukujące subtelnego, wyciszonego dramatu mogą poczuć się nieco przytłoczone dawką ekranowej wręcz przemocy. To kawał solidnego, krwawego rzemiosła, który udowadnia, że prawdziwe potwory nigdy nie zasypiają na dobre.

Diabelski sprzedawca w powieści Sklepik z Marzeniami – Stephen King

Jeśli kultowe „Wredne dziewczyny” zamiast uganiać się za chłopakami, zaczęłyby handlować z samym diabłem, a ceną za idealne życie byłoby podpalenie domu sąsiada, wynik tego starcia wyglądałby dokładnie jak „Sklepik z marzeniami” Stephena Kinga.

sklepik z marzeniami
W sennym miasteczku Castle Rock pojawia się tajemniczy nieznajomy, Leland Gaunt, i otwiera sklep o nazwie „Coś unikalnego”. Co tam znajdziesz? Wszystko, o czym skrycie marzysz. Unikalna karta baseballowa? Jest. Przedwojenna szklana szafka? Proszę bardzo.
Cena? Śmiesznie niska… plus mały, niewinny psikus, który musisz spłatać jednemu z sąsiadów.
Moje wewnętrzne poczucie moralności krzyczało: „Uciekaj stamtąd!”, ale styl pisania Kinga jest w tej powieści jak najlepszy hipnotyzer. Autor z chirurgiczną precyzją, a zarazem z niesamowitym, czarnym humorem tka sieć intryg.
Akcja rozwija się niespiesznie, ale z narastającym napięciem. King nie bawi się w tanie straszenie – on pozwala nam patrzeć, jak mali, zawistni ludzie z sąsiedztwa sami kręcą na siebie bicz. Styl jest lekki, potoczysty, pełen ironii i genialnych metafor, dzięki którym przez te kilkaset stron dosłownie się płynie.



Szybki rzut okiem

Krwawe trofeum: Za genialny, wręcz chirurgiczny portret psychologiczny małego miasteczka, które rozpada się na kawałki jak domek z kart.

Zgrzyt: Początkowe wprowadzanie tabunów mieszkańców Castle Rock bywa tak gęste, że musiałem momentami sprawdzać, kto jest kim – ale gdy machina rusza, wszystko układa się w idealną całość.

Czy ta książka jest przerażająca? O rany, i to jak, choć w zupełnie inny sposób niż klasyczne opowieści o duchach.

Nie znajdziecie tu zamaskowanego mordercy z piłą łańcuchową (choć krew i flaki też się poleją!). Najgorszym potworem w „Sklepiku z marzeniami” jest… ludzka chciwość i skrywana nienawiść. Leland Gaunt to demon w garniturze skrojonym na miarę – manipuluje ludźmi jak marionetkami, grając na ich najniższych instynktach.

Atmosfera zagęszcza się z każdym rozdziałem. Początkowy sielankowy nastrój małego miasteczka powoli ustępuje miejsca paranoi, obłędowi i krwawej anarchii. Scena starcia dwóch nienawidzących się gospodyń domowych, uzbrojonych w tasak i nóż rzeźnicki, trzymała mnie w takim napięciu, że zapomniałem o mruganiu. King tworzy tu prawdziwy, duszny taniec śmierci.

Horror w liczbach (Skala Sklepiku)

Body count (Licznik trupów): 7/10 (ale za to jak spektakularnych!)

Poziom paranoi: 10/10

Ilość zużytego czarnego humoru: Litry (mocniejsze niż podwójne espresso)

Mój werdykt w jednym zdaniu: To genialnie przemyślana, bezlitosna i cudownie satyryczna opowieść o tym, jak łatwo można kupić ludzką duszę za parę błyskotek – King w swojej szczytowej formie społecznego obserwatora.

Bawiłem się świetnie, obserwując ten epicki pożar burdelu, jaki Gaunt zgotował mieszkańcom Castle Rock. To absolutnie genialna pozycja, którą po prostu trzeba znać

Dla kogo jest ta książka?
Przeczytaj, jeśli: Uwielbiasz powolne budowanie napięcia, małomiasteczkowy klimat, czarny humor i horrory, w których to ludzka psychika odgrywa główną rolę.

Odpuść sobie, jeśli: Oczekujesz straszenia na co drugiej stronie i nie masz cierpliwości do poznawania sekretów kilkunastu różnych bohaterów.

Piekielna podróż przez wieki – „Czarnoksiężnik” (Warlock)

Jeśli „Terminator” zamieniłby karabin na zakazaną czarną magię i zamiast w przeszłość udałby się w przyszłość otrzymalibyśmy „Czarnoksiężnika” (Warlock). Ten film z 1989 roku w reżyserii Steve’a Minera to dla mnie absolutna perła horroru fantasy, która zamiast tanich trików serwuje nam mroczny klimat, od którego do dziś cierpnie skóra. To produkcja z duszą, która udowadnia, że prawdziwe zło nie potrzebuje armii – wystarczy jeden charyzmatyczny syn Szatana.

czarnoksiężnik warlock

Mamy rok 1691, Boston. Potężny czarnoksiężnik zostaje skazany na śmierć, ale w ostatniej chwili sam diabeł wyrywa go z rąk kata i przenosi o 300 lat w przyszłość, do współczesnego Los Angeles. Jego misją jest odnalezienie trzech części „Grand Grimoire” – księgi, która posiada moc… cofnięcia stworzenia świata. Brzmi epicko? Bo takie jest!



Śledziłem fabułę z zapartym tchem, zwłaszcza że w ślad za Warlockiem rusza łowca czarownic, Redferne, a do ich duetu dołącza współczesna dziewczyna, Kassandra, na którą rzucono klątwę starzenia się o 20 lat każdego dnia. Bawiłem się świetnie, patrząc na zderzenie XVII-wiecznego łowcy z technologią lat 80., ale to mroczna, okultystyczna intryga sprawia, że ten scenariusz wciąż uważam za jeden z najciekawszych w gatunku.

Kupiły mnie te zdjęcia – od mrocznych, mglistych lasów Nowej Anglii po słoneczne, a jednak niepokojące ulice Kalifornii. Gra aktorska to prawdziwy aktorski pojedynek: Julian Sands kontra Richard E. Grant (Redferne). Grant jako surowy, zdeterminowany łowca jest niesamowicie wiarygodny, a chemia między nim a Kassandrą (Lori Singer) dodaje historii potrzebnego, ludzkiego wymiaru. Nie mogę też zapomnieć o ścieżce dźwiękowej Jerry’ego Goldsmitha – te niepokojące chóry i mocne uderzenia orkiestry budują poczucie nadchodzącej apokalipsy.

Szybki podgląd

Krwawe trofeum: Za scenę „odmładzania się” Warlocka kosztem małego chłopca – to jeden z tych momentów, który przypomina, że lata 80. nie miały hamulców.

Zgrzyt: Efekty specjalne w scenach lotu zestarzały się dość boleśnie, ale przy tym klimacie łatwo przymknąć na to oko.

Mój werdykt w jednym zdaniu: To mroczna, stylowa i diabelnie inteligentna podróż w świat okultyzmu, która udowadnia, że Julian Sands był stworzony do roli syna ciemności.

Statystyki Magii:
Body count: 6/10 (ale każda śmierć jest rytualnie dopieszczona)

Poziom adrenaliny: Średni, ale napięcie trzyma do ostatniej sekundy

Ilość zużytej soli (ochronnej): Kilogramy

Dla kogo?
Oglądaj, jeśli: Kochasz klimaty starożytnych klątw, mroczne fantasy i szukasz czarnego charakteru, którego nie da się zapomnieć.

Odpuść, jeśli: Szukasz nowoczesnego horroru pełnego szybkich cięć i CGI – tutaj tempo jest klasyczne, a groza budowana jest na atmosferze i charakteryzacji.

Zwiastun „Czarnoksiężnik” (Warlock)