Piekło w cieniu opuszczonych wieżowców – Zombie express 2: Półwysep (Peninsula)

Betonowe pustkowie spowite gęstą mgłą zapomnienia skrywa tajemnice minionej cywilizacji. Półwysep Koreański stał się gigantycznym grobowcem, gdzie hordy żywych trupów tańczą w blasku pożarów.

Cztery lata po wydarzeniach z Zombie Expressu półwysep pozostaje krainą śmierci. Tym razem zombiaki wracają na ulice zrujnowanego miasta. Korea Południowa przypomina gigantyczny cmentarz, po którym ganiają zgraje żywych trupów. Miasta zarosły roślinnością i obróciły się w ruinę. Dawne, zwyczajne życie przestało istnieć. Pośród zgliszcz wciąż krążą hordy głodnych nieumarłych, które polują na nielicznych ocalałych. Jakby tego było mało ci co przeżyli uznali, że koniec świata jest doskonałą okazją do ujawnienia najgorszych instynktów.

Yeon Sang-ho powraca do swojego zombie uniwersum z filmem Peninsula, znanym w Polsce jako Zombie Express 2: Półwysep. Tym razem nie zamyka bohaterów w pędzącym pociągu razem z rozszalałymi zombie. Umieszcza ich na rozległym, postapokaliptycznym pustkowiu wielkiego miasta. Zamiast klaustrofobicznej walki o każdy wagon dostajemy zrujnowaną metropolie, samochodowe pościgi i widowiskowe starcia z żywymi trupami. Skala zagrożenia rośnie. Podobnie jak apetyt twórców na czystą rozwałkę. Czy taka zmiana wystarczy, by dorównać poprzednikowi? Niestety, nie wszystko poszło zgodnie z planem. Peninsula potrafi dostarczyć sporo rozrywki, ale czasami bardziej przypomina grę komputerową z zombie niż pełnokrwisty horror. A przecież od twórcy filmu, który potrafił wycisnąć tak różnorodne emocje można oczekiwać czegoś więcej niż tylko kolejnej rundy strzelania do umarlaków.

Jung-seok, były żołnierz, zdołał uciec z Korei Południowej podczas wybuchu epidemii. Cztery lata później mieszka w Hongkongu. Przeszłość jednak nie daje mu spokoju, a los podsuwa wyjątkowo ryzykowną propozycję. Ma wrócić na odizolowany półwysep i odzyskać ciężarówkę z dwudziestoma milionami dolarów. Wyprawa przypomina finansową okazję stulecia. Jest tylko jeden drobny problem. Trzeba przetrwać w świecie opanowanym przez zombie. Misja szybko zamienia się w walkę o życie. Na drodze Jung-seoka stają nie tylko hordy nieumarłych, ale również uzbrojeni ludzie ze zdegenerowanego oddziału koreańskiej armii. W zrujnowanej Korei ludzie okazują się równie niebezpieczni jak umarlaki. Były żołnierz spotyka ocalałą Min-jung i jej rodzinę. Wspólnie muszą znaleźć sposób na ucieczkę z przeklętego terytorium.

Pierwsze obrazy filmu wprowadzają nas od razu w świat apokalipsy. Trwa ewakuacja, ludzie uciekają z obszaru pandemii. Młody żołnierz ucieka wraz z siostrą i jej dzieckiem na statek. Niestety zagrożenie dopada ich w chwili, kiedy czują się już bezpieczni. Zarażony przedostaje się na statek. W sali pełnej ludzi dochodzi do jatki. Młody żołnierz otoczony zewsząd przez szalejące zombie opuszcza siostrę i jej dziecko pozwalając im umrzeć straszną śmiercią. Scena jest dobra, ale kończy się typowym dla azjatyckich filmów pokazem przeżywanych intensywnie silnych emocji, które zamiast podkreślać dramaturgię chwili budzą lekkie zażenowanie. I taki będzie już cały ten film dobre sceny przeplatane są wyjątkowo miernymi. Próby pokazania głębi emocjonalnej bohaterów czasem przynoszą odwrotny skutek i nie działają ani trochę tak dobrze jak w pierwszej części filmu.

Punkt wyjścia filmu jest prosty i skuteczny. Wyprawa po pieniądze daje bohaterom konkretny cel. Ograniczona przestrzeń pociągu z pierwszego filmu ustępuje jednak miejsca całemu miastu. Zmienia się przez to charakter opowieści. Zamiast ciągłego uwięzienia w zamkniętym pociągu otrzymujemy historię o przemierzaniu niebezpiecznego terenu i przedzieraniu się przez kolejne przeszkody. Pomysł ma potencjał. Opuszczony Seul mógłby być sceną dla prawdziwie ponurej opowieści o upadku cywilizacji. Puste ulice, zniszczone budynki i resztki dawnego życia tworzą obraz świata, w którym człowiek utracił kontrolę nad własnym losem. Niestety, film dość szybko zaczyna interesować się przede wszystkim tym, jak coraz bardziej spektakularnie zaprezentować wyścigi samochodowe.

Niektóre z nich wyglądają naprawdę efektownie jak choćby scenka, kiedy zombie jak deszcz spadają z budynków na pędzące samochody. Ciekawa jest też scenka jak jedna z młodych bohaterek zdalnie sterowanym modelem samochodzika odciąga całe hordy zombie. Taki „zabawny” motyw w filmie.

I tutaj pojawia się pierwsza poważna rysa na zakrwawionej karoserii.

Największa różnica między Zombie Expressem a filmem Półwysep dotyczy sposobu budowania napięcia. Pierwszy film działał jak śmiertelna pułapka. Bohaterowie nie mieli dokąd uciec. Każde przejście mogło prowadzić do śmierci. Każda kolejna stacja oznaczała nową nadzieję albo następny koszmar. Kamera trzymała widza blisko postaci, a zagrożenie wydawało się niemal namacalne. W Peninsula przestrzeń staje się znacznie większa. Pojawiają się samochody, rozległe ruiny i sceny akcji przypominające widowiskowe kino sensacyjne. Zombie nadal stanowią śmiertelne zagrożenie, lecz coraz częściej są elementem akcji. Zamiast drżeć o bohaterów, obserwujemy kolejne manewry, ucieczki i próby wyjścia z opresji, którym brak natężenia emocji.
Sam pomysł nie jest zły. W końcu apokalipsa zombie może mieć różne oblicze. Nie zawsze trzeba zamykać ludzi w wagonie i czekać, aż ktoś zostanie ugryziony. Problem pojawia się wtedy, gdy akcja zaczyna dominować nad grozą albo całkowitym jej brakiem. bo szczerze mówiąc bać się nie ma czego.

Pościgi samochodowe bywają efektowne. Twórcy próbują nadać im niemal komiksowy rozmach. Zniszczone ulice stają się torem przeszkód, a hordy nieumarłych zmieniają się w kolejne przeszkody na drodze do celu. Niektóre sceny mają energię i rozmach. Inne sprawiają wrażenie, jakby ktoś postanowił nakręcić Mad Maxa w święto zmarłych na cmentarzu.

Warto jednak docenić samą skalę produkcji. Peninsula nie jest skromnym horrorem nakręconym w kilku ciemnych korytarzach. Film próbuje stworzyć pełnowymiarowy obraz świata po katastrofie. Zrujnowane przestrzenie, tłumy nieumarłych i dynamiczne sceny akcji pokazują, że Yeon Sang-ho chciał rozwinąć swoją wizję, zamiast po prostu powtórzyć sprawdzony przepis.

Zombie są przerażające, ale przynajmniej wiadomo, czego się po nich spodziewać. Chcą dopaść człowieka i zaspokoić głód. Nie prowadzą negocjacji. Nie piszą regulaminów. Nie organizują zebrań, na których omawiają strategię przetrwania. Wystarczy nie dać się ugryźć. Z ludźmi sprawa wygląda znacznie gorzej.

Jednym z ciekawszych elementów Peninsula jest obecność oddziału wojska 631. Uzbrojeni członkowie tej formacji pokazują, jak łatwo w świecie pozbawionym normalnych zasad zamienić strach w narzędzie władzy. Dawne struktury społeczne rozpadają się, a ich miejsce zajmuje przemoc. Nie trzeba już udawać przyzwoitego człowieka. Wystarczy mieć broń i grupę ludzi gotowych wykonywać rozkazy. Ten motyw dobrze pasuje do kina postapokaliptycznego. Największe zagrożenie nie zawsze przychodzi z zewnątrz. Zombie mogą rozszarpać ciało, ale to żywi potrafią zbudować cały system oparty na upokorzeniu, strachu i bezwzględności.

Film nie rozwija jednak tego wątku tak przekonująco, jak mógłby. Potencjał jest ogromny. Zamiast pogłębionej opowieści o moralnym rozpadzie dostajemy przede wszystkim kolejne starcia i pościgi. Ludzka brutalność stanowi ważny element świata przedstawionego, lecz rzadko staje się punktem wyjścia do naprawdę przenikliwych obserwacji. Sama obsada zbuntowanego oddziału również jest słaba. Żołnierze są hałastrą, która zachowuje się tak irracjonalnie i żenująco, że raczej mocno zaniżają odbiór filmu. Wszystkie ich zachowania i dialogi są mocno przerysowane i odnoszę wrażenie, że twórcy filmu próbowali stworzyć dla tych postaci jakieś wątki komiczne, które niestety słabo im wyszły.

Nie oznacza to, że w filmie brakuje emocji. Są chwile, w których przeszłość Jung-seoka i jego poczucie winy nadają opowieści bardziej osobisty wymiar. Pojawia się pytanie, czy człowiek może naprawić błędy popełnione w sytuacji skrajnego zagrożenia. Czy ratowanie innych ma sens, jeśli wcześniej zawiodło się najbliższych?

Gang Dong-won jako Jung-seok ma odpowiednią prezencję dla postaci byłego żołnierza. Jest powściągliwy, opanowany i sprawia wrażenie człowieka, który nauczył się ukrywać emocje pod grubą warstwą obojętności. Taka kreacja pasuje do bohatera obciążonego traumą. Nie zawsze jednak wystarcza, by nadać mu wyrazistą osobowość.

Znacznie ciekawiej wypada Lee Jung-hyun jako Min-jung. Jej bohaterka nie jest jedynie osobą czekającą na ratunek. Ma własny cel i potrafi działać w świecie, w którym zawahanie może kosztować życie. Obecność rodziny dodatkowo wprowadza do filmu element walki o bliskich, tak istotny w najlepszych historiach o apokalipsie. Aktorka świetnie odnajduje się w roli przejętej mamusi, a w dodatku całkiem ładna z niej mamuśka.

Warto zwrócić uwagę także na Lee Re, która wciela się w Joon-yi. Jej postać wnosi do opowieści młodzieńczą energię i pewność siebie. W świecie zdominowanym przez przemoc takie cechy mogą być zarówno atutem, jak i przekleństwem. Role dziecięce w filmie są odegrane całkiem przekonywująco. Dwoje rezolutnych dzieci dobrze odnajdujących się w apokalipsie dodaje filmowi trochę kolorytu.

Niestety, relacje między bohaterami nie zawsze mają czas, by odpowiednio wybrzmieć. Film chce jednocześnie opowiadać o traumie, rodzinie, odkupieniu i przetrwaniu. Każdy z tych tematów mógłby udźwignąć osobną historię. Tutaj często musi ustąpić miejsca kolejnej scenie akcji.

W rezultacie emocjonalny wymiar filmu jest nierówny. Niektóre momenty potrafią poruszyć, inne wydają się zbyt mocno podporządkowane potrzebom widowiska. Brakuje mi przede wszystkim tej naturalności, dzięki której w pierwszym Zombie Expressie losy pasażerów naprawdę miały znaczenie.

Czy Półwysep potrafi przestraszyć? Odpowiedź nie jest jednoznaczna. Film ma odpowiednią scenerię, sporo makabry i wystarczająco dużo niebezpieczeństw, by utrzymać uwagę widza. Problem w tym, że częściej stawia na adrenalinę niż na strach.

W dobrym horrorze zombie nie chodzi wyłącznie o liczbę trupów na ekranie. Ważna jest niepewność. Czy bohater zdąży zamknąć drzwi? Czy człowiek stojący obok wciąż jest zdrowy? Czy warto ryzykować życie dla nieznajomego? W Peninsula podobne pytania ustępują miejsca widowiskowym sekwencjom, które niekiedy przypominają kolejne poziomy gry akcji.

Nie znaczy to, że film jest pozbawiony zalet. Miłośnicy kina o końcu świata znajdą tu sporo atrakcji. Hordy zombie potrafią wyglądać groźnie, postapokaliptyczna sceneria robi wrażenie, a niektóre sekwencje dostarczają porządnej dawki napięcia. Film nie nudzi się łatwo, choć jego długość, wynosząca około 116 minut, sprawia, że przydałoby mu się nieco więcej dyscypliny.

Największym problemem pozostaje jednak porównanie z poprzednikiem. Zombie Express łączył horror z emocjonalną historią o poświęceniu i człowieczeństwie. Peninsula zachowuje część tych tematów, ale znacznie mocniej skręca w stronę kina akcji. W efekcie otrzymujemy film efektowny, lecz mniej przejmujący.

Nie oczekiwałem wiernej kopii pierwszej części. Oczekiwałem jednak, że większa skala przyniesie równie mocne emocje. Niestety, więcej zombie, więcej samochodów i więcej eksplozji nie zastąpią dobrze napisanych postaci ani konsekwentnie budowanego napięcia.

Zombie Express 2: Półwysep to przykład filmu, który chciał być większy, głośniejszy i bardziej spektakularny. W kilku aspektach rzeczywiście mu się to udało. Postapokaliptyczny świat ma rozmach, sceny akcji potrafią dostarczyć rozrywki, a pomysł na społeczeństwo rozpadające się pod naporem epidemii nadal ma spory potencjał. Niestety, produkcja Yeon Sang-ho nie dorównuje emocjonalnej sile pierwszej części. Bohaterowie bywają interesujący, ale scenariusz nie zawsze daje im przestrzeń. Zombie nadal są groźne, lecz coraz częściej pełnią funkcję przeszkód w widowiskowej grze o przetrwanie. Film potrafi przykuć do ekranu, ale rzadziej ściska za gardło.

Zombie express 2: Półwysep (Peninsula) jest warty obejrzenia dla fanów kina zombie, postapokaliptycznych pustkowi, dynamicznych pościgów i widowiskowej akcji. Jeśli lubisz filmy, w których świat wali się w gruzy, a bohaterowie muszą przedzierać się przez morze nieumarłych, Peninsula może zapewnić ci udany wieczór.

Osoby oczekujące powtórki z emocjonalnego horroru, jakim był Zombie Express, czy szukający klaustrofobicznej atmosfery, psychologicznej głębi i autentycznego napięcia mogą poczuć niedosyt. Lepiej też nie nastawiać się na realistyczne kino o rozpadzie społeczeństwa. Film zdecydowanie bardziej interesuje się widowiskiem niż społeczną analizą.

Ostatecznie Półwysep jest przyzwoitym filmem akcji z zombie, ale tylko umiarkowanie udanym horrorem. Nie jest katastrofą, choć w konfrontacji z poprzednikiem wypada jak ocalały, który dotarł do schronienia, ale zapomniał zabrać ze sobą klucz do drzwi.

Werdykt końcowy: warto obejrzeć, jeśli lubisz zombie i nie oczekujesz arcydzieła. Jeśli jednak Zombie Express zachwycił cię przede wszystkim emocjami, napięciem i ludzkim dramatem, przygotuj się na spore rozczarowanie. Tym razem nieumarli mają więcej miejsca do biegania, ale sam horror nie zawsze nadąża za nimi.

Zwiastun filmu:

Bateria – The Battery – apokalipsa zombie z kijem baseballowym

Bateria (The Battery 2012) – W świecie, który pochłonęła plaga, najstraszniejsze okazuje się to, co zostało z ludzi, gdy nie mają już dokąd uciekać. Znamy to doskonale. Ekran zalewa fala gnijących ciał, a bohaterowie prują z karabinów maszynowych do wszystkiego, co się rusza. Jeremy Gardner postanowił jednak ugryźć ten zgrzytający w zębach temat z zupełnie innej strony.

Jeremy Gardner wyreżyserował, napisał i zagrał w filmie, który kosztował około sześciu tysięcy dolarów. Zdjęcia trwały szesnaście dni, a ekipa liczyła sześć osób. Kwota wystarczyłaby ledwie na dekorację jednej sceny w typowej hollywoodzkiej superprodukcji. Tutaj wystarczyła na pełnometrażowy film, który zgarnął nagrody na festiwalach.

Fabuła jest tak prosta, że można ją zmieścić na odwrocie biletu autobusowego. Ben i Mickey, dwaj byli baseballiści, wędrują bocznymi drogami Connecticut. Nie mają celu, mają za to siebie nawzajem. Tytułowa „bateria” to w baseballu para: miotacz i łapacz. Można znaleźć jeszcze drugie znaczenie. Baterie do odtwarzacza, który daje odrobinę ucieczki od rzeczywistości. Pasuje jak ulał. Mickey prawie w każdej scenie słucha muzyki, nie akceptuje rzeczywistości, która go otacza, neguje ją, a przez to naraża się nieustannie na niebezpieczeństwo. Scenariusz rezygnuje z szybkiej akcji na rzecz obserwacji psychologicznego tarcia między dwójką skrajnie różnych partnerów niedoli w warunkach końca świata.

Ben, grany przez samego Gardnera, to zarośnięty zabójca zombie, który nie zatrzymuje się nigdzie dłużej niż na jedną noc. Ma w sobie coś z surowego ojca, który uczy syna przetrwania, choć syn tego nie chce. Mickey w interpretacji Adama Cronheima to jego przeciwieństwo. Nosi jaskrawe ubrania, goli się i uparcie chowa w słuchawkach. Tak jakby muzyka potrafiła zatrzymać świat. Kiedy Ben wchodzi do opuszczonych domów, Mickey czeka na zewnątrz. Kiedy trzeba zabić, zabija Ben. Przez cały film napięcie rośnie nie między ludźmi i zombie, lecz między dwoma mężczyznami. Gdy w eterze pojawia się obcy ludzki głos z radia, pierwsze rysy na tej relacji zaczynają pękać jak szyba w starym samochodzie. Mickey pragnie powrotu do cywilizacji, domu na stałe, dziewczyny, z którą mógłby stworzyć relacje. Tęskni za normalnością i tym co minęło.

Dobrą ilustracją relacji łączącej bohaterów i poczucia humoru jakie znajdziemy w filmie jest scena w której Ben sprowadza zombie do pokoju śpiącego przyjaciela i zamyka za sobą drzwi pozostawiając go sam na sam z zagrożeniem. Ben zostawia w pokoju broń, by Mickey wreszcie nauczył się samodzielnie bronić, ale jego metoda wywołuje zrozumiałą furię w niepojętnym uczniu.

Najmocniejsza strona tego filmu to dialogi. Rozmowy Bena i Mickeya brzmią jak ucinane w pół zdania pogaduszki przy ognisku, w których żart miesza się z urazą, a ironia z lękiem. Nieumarli tutaj są raczej tłem, jak mgła nad polem.

Jeremy Gardner wcielił się w jedną z głównych ról i udowodnił wielki talent reżyserski oraz aktorski zarazem. Adam Cronheim partneruje mu z niezwykłą naturalnością. Razem tworzą duet pełen autentycznych tarć, złości, a kiedy trzeba braterskiego oddania. Minimalistyczna ścieżka dźwiękowa idealnie punktuje momenty psychicznego załamania.

Estetyka również jest ciekawa. Zdjęcia Christiana Stelli łapią zielone pejzaże Nowej Anglii. Gardner pokazuje nudę apokalipsy. Wszystko staje się rutyną, nawet przetrwanie. Soundtrack, który skręca w stronę indie i bluegrassu, dodaje filmowi swoistego ciepła. Na tle tych słonecznych pól horror wydaje się jeszcze bardziej niepokojący niż w ciemnej piwnicy.

Teraz czas na podsumowanie wad. „Bateria” jest powolna. Jeśli oczekujesz hord nieumarłych, krwawych starć i nieustannej akcji, wyjdziesz z seansu rozczarowany. Zombie pojawiają się rzadko i pełnią raczej rolę uciążliwego tła niż śmiertelnego zagrożenia. Mickey z kolei bywa irytujący w swoim zaparciu i infantylizmie. Czasem trudno kibicować komuś, kto z uporem odmawia uczestnictwa we własnym przetrwaniu.

Finał jest mocno statyczny, co po całym filmie błąkania się po drogach może zostawić uczucie, że historia zatrzymała się w pół kroku. Ostatnie sceny, które w zamyśle miały być przerażające w mojej ocenie są raczej słabe. Dla widza, który lubi wyraźną kulminację, takie zakończenie okaże się trudne do przełknięcia.

Mimo tych zarzutów mały budżet rzadko przynosi tak duże efekty. Gardner dowodzi, że wystarczą dwie postacie, kij baseballowy i kilka dobrych pomysłów. Humor wyskakuje znienacka, czasem absurdalny, jak scena z zombie za szybą auta, kiedy Mickey podnieca się na widok cycatej laski zombie. Mickey, który pragnie bliskości z kobietą, powrotu do dawnego świata nie może zaakceptować tego, co go otacza. W swoich zachowaniach staje się śmieszny. Odrzucając przetrwanie i niezbędne umiejętności. Jak choćby wtedy gdy nie chce się uczyć łowić ryb, bo przecież wszędzie jest mnóstwo rybnych konserw. Film oscyluje między komedią, absurdem i grozą i przez większość czasu utrzymuje tę równowagę. Wymaga tylko cierpliwości, a w zamian nagradza dziwnym, ciepłym smutkiem.

Gdybym miał opisać ten film jednym obrazem, wybrałbym dwie świece zgaszone przez ten sam podmuch. Jedna pachnie przyjaźnią, druga strachem. Obie dymią jeszcze długo po seansie.

Werdykt: Bateria to film dla fanów kina niezależnego, psychologicznych dramatów w płaszczu horroru oraz wszystkich, którzy cenią dobre dialogi i powolne budowanie relacji między bohaterami. Fani „Zombieland” znajdą tu kuzyna z poważniejszym charakterem. Jeśli szukasz dynamicznej akcji, wybuchowych starć z nieumarłymi i hektolitrów krwi to pomyliłeś adres. Gotowych na spokojny rytm i cichą melancholię czeka pomysłowa zombie-historia.

Przerażający wampir w horrorze Nosferatu (2024)

„Nosferatu” Roberta Eggersa należy do tych horrorów, które odbierasz wszystkimi zmysłami. Każdy skrzyp deski, każdy świst wiatru i każdy chrapliwy oddech z głębi zamku wampira wchodzi pod skórę jak zimny ząb krwiopijcy. Siedzisz w fotelu, a odnosisz wrażenie, jakby ktoś przez cały seans stał tuż za tobą i tylko czekał, aż się obejrzysz.

nosferatu

Eggers podjął się trudnej misji. Odświeżył klasyk Murnaua z 1922 roku, który od dziesięcioleci krąży po kinematografii jak widmo. Eggers wrócił do oryginalnych nazwisk bohaterów. Orlok jest Orlokiem. Hutter jest Hutterem. Knock jest Knockiem. Tak działa szacunek dla przodków, jeśli przodek jest nieumarłym szkieletem w trumnie.

Akcja filmu zaczyna się w 1838 roku w niemieckim Wisborgu. Thomas Hutter, młody agent nieruchomości grany przez Nicholasa Houlta, ledwie zdążył poślubić Ellen, swoją młodą piękną żonę, a życie stawia przed nim trudne zadanie. Jego szef, Herr Knock, wysyła go do Transylwanii, by dopiął umowę sprzedaży posiadłości tajemniczemu hrabiemu Orlokowi. Ellen błaga męża, żeby został. Dręczą ją potworne koszmary. Dawna melancholia czai się w kącie jak kot, który właśnie zdobył klucz do spiżarni. Thomas jedzie wprost do ponurego zamczyska. Gdyby w horrorach mężowie słuchali żon, kino grozy trwałoby dziesięć minut.

W tym momencie zaczyna się wspaniała uczta dla oczu. Bill Skarsgård jako Orlok jest nie do poznania. Przerażający jak sama śmierć. Skarsgård ma głos jak kamień toczony po trumiennym wieku. Postać ma niewiele wspólnego z romantycznym wampirem w czarnej pelerynie z kolekcji gotyckiego sklepu. Orlok pachnie ziemią, zgnilizną i dawnymi wiekami. Gdy pojawia się w kadrze, światło wygląda tak, jakby przygasało, ustępowało mu z szacunku dla władcy ciemności.

Orlok wzbudza grozę zmieszaną z obrzydzeniem. Straszliwa na wpół zgniła postać, istota z pomiędzy światów. Scena w której Thomas znajduje trumnę hrabiego w zamku i otwiera wieko, żeby pozbyć się nieumarłego pozostaje na długo w pamięci. A kiedy wampir otwiera oczy jest w nich tylko otchłań śmierci.

Sercem filmu staje się jednak psychologiczne starcie i psychiczna więź łącząca Orloka z Ellen Hutter (Lily-Rose Depp). Depp koncertowo odgrywa stan uwięzienia między panicznym lękiem, a zniewalającym, niszczycielskim pożądaniem. Uwiedziona przez ducha młoda, wrażliwa dziewczyna nie może wyzwolić się z kajdan żądzy. Nosferatu w ujęciu Eggersa to coś więcej niż film o wampirze. Jest to brutalne studium stłumionej seksualności, traumy i lęku przed nieuchronną anihilacją jaźni. Postać Orloka uosabia metaforę grzechu i epidemii, która wdziera się w zapięty pod szyję, mieszczański świat, rozbijając go od środka.

Lily-Rose Depp jako Ellen niesie ten film na własnych barkach. Gra młodą kobietę rozdartą między strachem, a dziwną, niepokojącą fascynacją. Jej występ jest prawdziwym objawieniem. Sceny opętania, w których jej ciało wygina się i drży, wyglądają tak nienaturalnie, że wielu widzów podejrzewało komputerową manipulację. Według doniesień to czysta fizyczność aktorki, wsparta pracą choreografki. Wiele fragmentów filmu z Ellen zapada w pamięć. Jednak scena, gdy opętana nieludzką żądzą Ellen uprawia miłość ze schorowanym Thomasem, by w jakiś sposób wyzwolić się spod mentalnego wpływu wampira i obietnicy rozkoszy jaką jej oferuje władca ciemności jest wprost doskonała.

Reszta obsady też nie pozostaje w tyle i doskonale sprawdza się w swoich rolach. Willem Dafoe jako profesor von Franz sprawia wrażenie człowieka, który bawi się równie dobrze, co sam diabeł na stypie. Aaron Taylor-Johnson, Emma Corrin, Ralph Ineson i Simon McBurney dorzucają kolejne warstwy gęstego, XIX-wiecznego sosu. Nicholas Hoult pokazuje przemianę nieświadomego męża w zdesperowanego obrońcę i robi to bez przesadnych gestów.

Wizualnie film jest spektaklem najwyższej próby. Eggers od lat słynie z drobiazgowego odtwarzania epoki. Kadry wyglądają jak ożywione ryciny z gotyckich baśni, a kostiumy i scenografia mają zapach starych ksiąg i świec. Film jest tak ciemny, że czasem boisz się mrugnąć, bo nie wiesz, czy za twoimi plecami nie pojawi się dyszący pragnieniem krwi bezlitosny wampir.

W filmie nie brakuje poruszających scen groz głównie związanych z działalnością osławionego nosferatu, który przybywa do miasta jak morowa zaraza. W mojej pamięci szczególnie utkwiła scena jak Orlok pojawia się w pokoju dwóch małych dziewczynek, córek przyjaciela Thomasa. Jest w tej scenie bezlitosna groza, gdy masz pewność, że nikt nie przybędzie z pomocą, a los dziewczynek jest już przesądzony.

Teraz czas na przegląd wad tego obrazu, bo uczciwy recenzent powinien mieć w kieszeni nie tylko kołek, lecz i skalpel. Część krytyków uważa, że Eggers poświęcił zbyt wiele uwagi estetyce, co osłabia obraz Orloka jako wszechmocnego, nadprzyrodzonego zła. Trudno nie dostrzec w tym ziarna prawdy. Film miejscami zdaje się bardziej zakochany w swoim obrazie niż w samej akcji. Tempo bywa leniwe, a napięcie czasem zbyt mocno zwalnia. Eggers trzyma się wiernie oryginału, więc kto zna Murnaua, nie doświadczy wielu zaskoczeń fabularnych. Zmiany akcentów, zwłaszcza silniejsza rola Ellen jako siły napędowej historii, działają na korzyść filmu. Wciąż jednak mówimy o opowieści, której szkielet widziałeś już wcześniej.

Werdykt: Pozycja szczególnie polecana dla miłośników gotyckiego horroru, kina pełnego atmosfery i filmów, w których strach powoli wsącza się pod drzwi jak zapach stęchlizny. Fani klasycznych wampirów, Murnaua i Herzoga powinni usiąść w pierwszym rzędzie. Docenią też widzowie, którzy cenią aktorstwo i dopracowaną warstwę wizualną. Powolny, nastrojowy rytm może cię znużyć, a kto nie lubi horrorów kostiumowych, wyjdzie z seansu z poczuciem, że obejrzał piękny, ale zimny obraz w ramie. Dla mnie to jeden z najlepszych horrorów ostatnich lat, mimo kilku mielizn. Oglądaj nocą, najlepiej bez zapalonego światła w korytarzu, a może poczujesz chropowaty oddech hrabiego Orloka.

Zwiastun Nosferatu z 2024

Sprawdź – Ranking filmów o wampirach

Straszne filmy i książki horror. Mroczne horrory dla fanów filmów i litaratury grozy.