Bateria (The Battery 2012) – W świecie, który pochłonęła plaga, najstraszniejsze okazuje się to, co zostało z ludzi, gdy nie mają już dokąd uciekać. Znamy to doskonale. Ekran zalewa fala gnijących ciał, a bohaterowie prują z karabinów maszynowych do wszystkiego, co się rusza. Jeremy Gardner postanowił jednak ugryźć ten zgrzytający w zębach temat z zupełnie innej strony.
Jeremy Gardner wyreżyserował, napisał i zagrał w filmie, który kosztował około sześciu tysięcy dolarów. Zdjęcia trwały szesnaście dni, a ekipa liczyła sześć osób. Kwota wystarczyłaby ledwie na dekorację jednej sceny w typowej hollywoodzkiej superprodukcji. Tutaj wystarczyła na pełnometrażowy film, który zgarnął nagrody na festiwalach.
Fabuła jest tak prosta, że można ją zmieścić na odwrocie biletu autobusowego. Ben i Mickey, dwaj byli baseballiści, wędrują bocznymi drogami Connecticut. Nie mają celu, mają za to siebie nawzajem. Tytułowa „bateria” to w baseballu para: miotacz i łapacz. Można znaleźć jeszcze drugie znaczenie. Baterie do odtwarzacza, który daje odrobinę ucieczki od rzeczywistości. Pasuje jak ulał. Mickey prawie w każdej scenie słucha muzyki, nie akceptuje rzeczywistości, która go otacza, neguje ją, a przez to naraża się nieustannie na niebezpieczeństwo. Scenariusz rezygnuje z szybkiej akcji na rzecz obserwacji psychologicznego tarcia między dwójką skrajnie różnych partnerów niedoli w warunkach końca świata.
Ben, grany przez samego Gardnera, to zarośnięty zabójca zombie, który nie zatrzymuje się nigdzie dłużej niż na jedną noc. Ma w sobie coś z surowego ojca, który uczy syna przetrwania, choć syn tego nie chce. Mickey w interpretacji Adama Cronheima to jego przeciwieństwo. Nosi jaskrawe ubrania, goli się i uparcie chowa w słuchawkach. Tak jakby muzyka potrafiła zatrzymać świat. Kiedy Ben wchodzi do opuszczonych domów, Mickey czeka na zewnątrz. Kiedy trzeba zabić, zabija Ben. Przez cały film napięcie rośnie nie między ludźmi i zombie, lecz między dwoma mężczyznami. Gdy w eterze pojawia się obcy ludzki głos z radia, pierwsze rysy na tej relacji zaczynają pękać jak szyba w starym samochodzie. Mickey pragnie powrotu do cywilizacji, domu na stałe, dziewczyny, z którą mógłby stworzyć relacje. Tęskni za normalnością i tym co minęło.
Dobrą ilustracją relacji łączącej bohaterów i poczucia humoru jakie znajdziemy w filmie jest scena w której Ben sprowadza zombie do pokoju śpiącego przyjaciela i zamyka za sobą drzwi pozostawiając go sam na sam z zagrożeniem. Ben zostawia w pokoju broń, by Mickey wreszcie nauczył się samodzielnie bronić, ale jego metoda wywołuje zrozumiałą furię w niepojętnym uczniu.
Najmocniejsza strona tego filmu to dialogi. Rozmowy Bena i Mickeya brzmią jak ucinane w pół zdania pogaduszki przy ognisku, w których żart miesza się z urazą, a ironia z lękiem. Nieumarli tutaj są raczej tłem, jak mgła nad polem.
Jeremy Gardner wcielił się w jedną z głównych ról i udowodnił wielki talent reżyserski oraz aktorski zarazem. Adam Cronheim partneruje mu z niezwykłą naturalnością. Razem tworzą duet pełen autentycznych tarć, złości, a kiedy trzeba braterskiego oddania. Minimalistyczna ścieżka dźwiękowa idealnie punktuje momenty psychicznego załamania.
Estetyka również jest ciekawa. Zdjęcia Christiana Stelli łapią zielone pejzaże Nowej Anglii. Gardner pokazuje nudę apokalipsy. Wszystko staje się rutyną, nawet przetrwanie. Soundtrack, który skręca w stronę indie i bluegrassu, dodaje filmowi swoistego ciepła. Na tle tych słonecznych pól horror wydaje się jeszcze bardziej niepokojący niż w ciemnej piwnicy.
Teraz czas na podsumowanie wad. „Bateria” jest powolna. Jeśli oczekujesz hord nieumarłych, krwawych starć i nieustannej akcji, wyjdziesz z seansu rozczarowany. Zombie pojawiają się rzadko i pełnią raczej rolę uciążliwego tła niż śmiertelnego zagrożenia. Mickey z kolei bywa irytujący w swoim zaparciu i infantylizmie. Czasem trudno kibicować komuś, kto z uporem odmawia uczestnictwa we własnym przetrwaniu.
Finał jest mocno statyczny, co po całym filmie błąkania się po drogach może zostawić uczucie, że historia zatrzymała się w pół kroku. Ostatnie sceny, które w zamyśle miały być przerażające w mojej ocenie są raczej słabe. Dla widza, który lubi wyraźną kulminację, takie zakończenie okaże się trudne do przełknięcia.
Mimo tych zarzutów mały budżet rzadko przynosi tak duże efekty. Gardner dowodzi, że wystarczą dwie postacie, kij baseballowy i kilka dobrych pomysłów. Humor wyskakuje znienacka, czasem absurdalny, jak scena z zombie za szybą auta, kiedy Mickey podnieca się na widok cycatej laski zombie. Mickey, który pragnie bliskości z kobietą, powrotu do dawnego świata nie może zaakceptować tego, co go otacza. W swoich zachowaniach staje się śmieszny. Odrzucając przetrwanie i niezbędne umiejętności. Jak choćby wtedy gdy nie chce się uczyć łowić ryb, bo przecież wszędzie jest mnóstwo rybnych konserw. Film oscyluje między komedią, absurdem i grozą i przez większość czasu utrzymuje tę równowagę. Wymaga tylko cierpliwości, a w zamian nagradza dziwnym, ciepłym smutkiem.
Gdybym miał opisać ten film jednym obrazem, wybrałbym dwie świece zgaszone przez ten sam podmuch. Jedna pachnie przyjaźnią, druga strachem. Obie dymią jeszcze długo po seansie.
Werdykt: Bateria to film dla fanów kina niezależnego, psychologicznych dramatów w płaszczu horroru oraz wszystkich, którzy cenią dobre dialogi i powolne budowanie relacji między bohaterami. Fani „Zombieland” znajdą tu kuzyna z poważniejszym charakterem. Jeśli szukasz dynamicznej akcji, wybuchowych starć z nieumarłymi i hektolitrów krwi to pomyliłeś adres. Gotowych na spokojny rytm i cichą melancholię czeka pomysłowa zombie-historia.


