Horror postapokaliptyczny – Tuż po zmroku – Arcadian (2024)

Tuż po zmroku – Arcadian – Wyobraź sobie, że absolutny koniec świata nie przychodzi z hukiem atomowych eksplozji, ale w złowrogiej ciszy, która zapada w momencie, gdy słońce chowa się za horyzontem. Jeśli dorzucisz do tego Nicolasa Cage’a w roli zdeterminowanego ojca walczącego o przetrwanie synów, dostajesz miks, który jest całkiem strawny, szczególnie dla fanów filmów postapokaliptycznych. Tuż po zmroku (Arcadian, reż. Benjamin Brewer) to horror, który wziął mnie z zaskoczenia i trzymał w napięciu znacznie mocniej, niż się spodziewałem.

Plusy i Minusy
Krwawe trofeum: Za fenomenalny, unikalny i wyjątkowo przerażający design potworów oraz absolutnie genialnie zrealizowaną scenę oblężenia wiejskiego domu.

Zgrzyt: Nieprzemyślane, głupiutkie decyzje nastoletnich bohaterów w drugim akcie.

Fabuła wrzuca nas w sam środek rozpadającego się świata. Paul (Nicolas Cage) wychowuje dwóch nastoletnich synów, Josepha i Thomasa na odosobnionej farmie. Gdy zapada zmrok, drzwi muszą być zabite deskami, a wszyscy mają znajdować się wewnątrz. Za progiem czekają bowiem tajemnicze, drapieżne bestie, które wychodzą na żer wyłącznie nocą. Problem pojawia się w momencie, gdy jeden z chłopców nie wraca do domu przed zachodem słońca. Ojciec musi opuścić bezpieczną kryjówkę, by go odnaleźć. Od tego momentu ustabilizowane życie rodziny rozpada się jak domek z kart.

Tuż po zmroku nie cacka się z widzami – napięcie jest gęste, a sceny walki o przetrwanie potrafią wywołać szybkie kołatanie serca. Ale prawdziwą gwiazdą są tu same potwory. Benjamin Brewer zaserwował nam stwory, które wyglądają jak wyciągnięte z surrealistycznego, sennego koszmaru. O nienaturalnie długich kończynach, przerażającej anatomii i wręcz hipnotyzująco-niepokojących ruchach. Kiedy te stwory próbują taranować drzwi lub drapać w okiennice, poziom adrenaliny szybuje w górę. Chociaż film operuje głównie klimatem i lękiem przed tym co czai się w ciemnościach, nie brakuje tu krwawych i brutalnych momentów.

Gęstniejący z każdą chwilą i oszczędny w środkach klimat to potężna zaleta tej produkcji. Zdjęcia są surowe, utrzymane w chłodnych, naturalnych barwach, co świetnie podkreśla beznadziejność sytuacji, w jakiej znaleźli się bohaterowie. Kamera bardzo blisko trzyma się postaci, potęgując uczucie klaustrofobii i osaczenia. Do tego dochodzi oszczędna, ale niezwykle efektywna ścieżka dźwiękowa – zgrzyty, pukania i organiczne odgłosy wydawane przez bestie robią dobrą robotę.

Aktorsko film stoi na naprawdę wysokim poziomie. Nicolas Cage nie szarżuje tak, jak ma to w zwyczaju. Gra powściągliwie, dojrzałe i z dużą dawką emocjonalnej prawdy jako ojciec gotowy do największych poświęceń. Młodzi aktorzy (Jaeden Martell oraz Maxwell Jenkins) dotrzymują mu kroku, tworząc przekonującą relację braci o zupełnie odmiennych charakterach.

Licznik Trupów & Skala Gore

Ciała poległych: 6/10

Poziom adrenaliny: Wysoki (szczególnie podczas nocnych sekwencji)

Ilość zużytego sztucznego osocza: Sporo, ale z klasą – bez zbędnego epatowania obrzydliwością, za to z mocnym uderzeniem w kluczowych momentach.

Dla kogo ten film ?

Oglądaj, jeśli:

Uwielbiasz motyw survivalu i nastrojowe kino postapokaliptyczne w stylu Cichego miejsca. Szukasz horroru z naprawdę unikalnym, przerażającym wyglądem potworów.

Odpuść, jeśli:

Denerwują Cię sytuacje, w których nastoletni bohaterowie podejmują nierozsądne decyzje, a w ich zachowaniu trudno o logikę. Oczekujesz dynamiki taniego slashera i ciągłej akcji od pierwszej do ostatniej minuty.

28 lat później – Część 2 – Świątynia kości (2026)

28 lat później – Część 2 – Świątynia kości (2026) – Nia DaCosta przejmuje stery po Dannym Boyle’u i robi to z gracją kata, który wie, że gilotyna nie musi być brzydka, żeby zabijać skutecznie. „Świątynia kości” podejmuje historię tam, gdzie poprzednia część rzuciła widza na kolana. Młody Spike trafia pod skrzydła szalonego kultu Sir Jimmy’ego Crystala, przywódcy sekty satanistycznej. Crystal i jego świta, nazywani Jimmymi, noszą dresy i koszmarne blond peruki, wierząc, że ich lider jest synem istoty zwanej Starym Nickiem.

Spike zostaje zmuszony do walki na noże z jednym z Jimmych. Starcie otwiera drzwi do świata, w którym przemoc jest rytuałem, a wiara przypomina chorobę zakaźną. Równolegle poznajemy dalsze losy doktora Iana Kelsona, granego przez Ralpha Fiennesa, który zamiast uciekać od zarażonych, zbliża się do nich z ciekawością entomologa badającego mrowisko. Kelson zbiera kości ofiar wirusa i buduje z nich monumentalną świątynię-pomnik, zaprzyjaźniając się przy okazji z lokalnym zarażonym imieniem Samson. Obie linie fabularne zderzają się w finale, prowadząc bohaterów do wyborów, po których nikt nie wychodzi bez blizny, dosłownej lub psychicznej.

Ralph Fiennes kradnie ten film z bezczelnością złodzieja, który nawet nie próbuje uciekać z łupem. Jego Kelson to postać zbudowana z paradoksów. Czuły wobec potworów, obojętny wobec żywych. Poetycki w każdej wypowiedzi, jakby recytował Szekspira nad świeżo wykopanym grobem. Fiennes gra tak, jakby ktoś dał mu klucz do najbardziej ponurej piaskownicy świata i powiedział – baw się, ile chcesz.

Jack O’Connell jako Jimmy Crystal to osobny rozdział szaleństwa. Postać balansuje na granicy komizmu i przerażenia z gracją linoskoczka. Sekta Jimmych, ich rytuały i wewnętrzna hierarchia oparta na przemocy sprawiają, że czujesz obrzydzenie. Przesiąknięta przemocą grupa i jej okrutne postępowanie jest jakby odbiciem szalonego świata w którym toczy się akcja filmu.

Warstwa wizualna nie zawodzi. DaCosta wykorzystuje dynamiczne ujęcia, które przypominają gorączkowy oddech kogoś biegnącego przez las w środku nocy. Sama Świątynia Kości jako scenografia zasługuje na osobne brawa. Monumentalna, niepokojąca, zbudowana z ludzkich szczątków instalacja. Wygląda jak coś pomiędzy katedrą gotycką, a wystawą sztuki współczesnej urządzoną przez szaleńca z dobrym gustem.

Warto też wspomnieć, że zarażeni schodzą w tej części nieco na dalszy plan, ustępując miejsca tematom wiary, kontroli i traumy. Dla fanów klasycznego Zombie horroru może to być rozczarowanie. Tutaj prawdziwym potworem jest człowiek, ideologia, ludzkie okrucieństwo, a nie wirus. Niektórzy odbiorą to jako odważną ewolucję serii, inni jako zdradę pierwotnych fundamentów, na których stał „28 dni później”.

Werdykt: dobry film dla widzów, którzy pokochali pierwszą część nowej trylogii i chcą zobaczyć, jak historia Spike’a splata się z coraz bardziej osobliwym uniwersum. Miłośnicy aktorstwa najwyższej próby powinni oglądać choćby dla samego Fiennesa, którego rola zostanie zapamiętana na długo. Fani klasycznego kina o zombie, oczekujący przede wszystkim pościgów i krwawych starć z zarażonymi, mogą poczuć się nieco zagubieni wśród satanistycznej otoczki i teologicznych dywagacji. Ten film to nie tyle horror o wirusie, co studium tego, jak ludzie budują nowe bóstwa z gruzów starego świata. Jeśli taka perspektywa cię intryguje, warto zasiąść w fotelu i wytrzymać do samego końca, nawet gdy trzeci akt zacznie się nieco zataczać.

Zwiastun filmu 28 lat później – Część 2 – Świątynia kości (2026):

Cień legendarnego łowcy – Synowie Van Helsinga (Abraham’s boys 2025)

Pomysł jest smakowity jak świeża krew o północy. Znamy Van Helsinga jako szlachetnego pogromcę nieumarłych, który wbija kołki i wychodzi z opresji w rozwianym płaszczu. Demony przeszłości potrafią ścigać człowieka przez oceany, a legendarni łowcy wampirów rzadko bywają idealnymi ojcami. Film Natashy Kermani, oparty na opowiadaniu Joego Hilla, zagląda tam, gdzie kończą się legendy, a zaczyna rodzinny dramat.

Obiecujący koncept wyjściowy zderza się w filmie ze słabym wykonaniem. Produkcja próbuje balansować między dramatem rodzinnym a horrorem psychologicznym, jednak gubi rytm i ostatecznie nuży. Potencjał prozy syna Stephena Kinga zostaje sprowadzony do męczącego snucia się po ekranie. Seans przypomina kino klasy B bez charakterystycznego uroku takich produkcji.

Słynny Abraham Van Helsing zaszywa się z rodziną na amerykańskiej prowincji. Próbuje uciec przed traumą po walce z hrabią Drakulą. Wychowuje synów w żelaznej dyscyplinie, faszerując ich opowieściami o potworach czyhających w ciemności. Młodzi bohaterowie zaczynają kwestionować poczytalność ojca. Sam scenariusz ma spory potencjał, ale cierpi na przewidywalność. Przełomowy zwrot akcji staje się czytelny na długo przed finałem. Motyw dziedziczenia traumy działa tu jak zatruta studnia. Dzieci piją z niej, choć nie znają jej smaku. Kermani i Hill grają na tej strunie, a zestawienie gotyckiego mitu z nowoczesną opowieścią o cieniu, jaki rzuca ojciec, to pomysł godny pochwały. Wyobraź sobie „Drakulę” Stokera opowiedzianego przez terapeutę rodzinnego. Brzmi jak żart, ale w dobrych rękach mogło stać się czymś naprawdę niepokojącym.

Twórcy rezygnują z tradycyjnych kłów i powiewających peleryn na rzecz paranoi oraz domowego terroru. Napięcie budowane jest niezwykle powoli, wręcz ślamazarnie. Sama forma zagrożenia ma wymiar psychologiczny, źródłem strachu staje się nieobliczalna postać ojca. Zamiast gęstniejącego mroku otrzymujemy jednak sporo nudy. Sceny brutalności pojawiają się rzadko, a kiedy już goszczą na ekranie, brak im surowego ciężaru czy artystycznego wyrazu.

Titus Welliver w roli ogarniętego obsesją Abrahama stara się ciągnąć cały spektakl na własnych barkach. Młodzi aktorzy wcielający się w jego synów dotrzymują mu kroku, choć ich postacie skrojono dosyć płasko. Zdjęcia ładnie przedstawiają wiejski krajobraz i mroczne zakamarki starego domu. Efekty specjalne występują w ilościach śladowych, co przy ograniczonym budżecie wyszło akurat na dobre.

Film polecam wyłącznie zagorzałym fankom i fanom prozy Joe Hilla oraz osobie szukającej powolnych historii o rodzinnych traumach. Miłośnicy dynamicznego kina grozy z wyrazistymi potworami będą mocno zawiedzeni. Całość pozostawia po sobie posmak zmarnowanej szansy. Warto obejrzeć z umiarkowanymi oczekiwaniami i ciekawością, zamiast liczyć na klasykę. Nie każdy łowca wampirów musi wygrywać, ale każdy powinien przynajmniej mieć w kołku odrobinę więcej ostrza.

Straszne filmy i książki horror. Mroczne horrory dla fanów filmów i litaratury grozy.