Indiański demon w horrorze Manitou – Graham Masterton

„Manitou” Grahama Mastertona to legendarny horror z 1975 roku, który zdefiniował literacką grozę tamtych lat i zapoczątkował najsłynniejszy cykl brytyjskiego pisarza. Czy po ponad pół wieku ta historia wciąż potrafi podnieść ciśnienie? Czy może trąci już myszką i kiczem? Sprawdźmy to!

manitou masterton

Quick Look: Plusy i Minusy
Krwawe trofeum: Za bezbłędny, gęsty klimat Nowego Jorku z lat 70. i odwagę w serwowaniu tak absurdalnego, a zarazem genialnego pomysłu wyjściowego.

Zgrzyt: Finałowe starcie zamiast gęsiej skórki wywołuje uśmiech politowania. No i niektóre dialogi… są tak drewniane, że można by z nich zbudować indiański wigwam.




Poznajemy Karen Tandy, młodą kobietę, która zgłasza się do szpitala w Nowym Jorku z powodu rzekomego guza rosnącego na jej plecach i szyi. Lekarze są bezradni – prześwietlenia pokazują, że tkanka zaczyna przypominać… ludzki płód. Guz to w rzeczywistości reinkarnacja Misquamacusa – potężnego, bezwzględnego czarownika, który powraca z zaświatów, aby dokonać krwawej zemsty na białych ludziach za krzywdy wyrządzone jego narodowi przed wiekami. Do akcji wkracza Harry Erskine – absolutnie genialny bohater. Harry nie jest żadnym Van Helsingiem. Harry to facet, który zarabia na życie jako fałszywy jasnowidz. Przepowiada przyszłość bogatym, znudzonym staruszkom. Kiedy jednak sprawa staje się śmiertelnie poważna, Erskine musi połączyć siły z nowoczesną medycyną oraz prawdziwym indiańskim szamanem, Śpiewającą Skałą. Tylko oni mogą zatrzymać nadchodzącą katastrofę.
Masterton pisze niezwykle dynamicznie. Nie ma tu miejsca na nudę czy przydługie, Kingowskie opisy krajobrazów. Akcja pędzi na złamanie karku. Styl jest surowy, bezpośredni i nastawiony na czystą rozrywkę.

Czy Manitou może przestraszyć? Zależy, czego szukasz. Jeśli liczyłeś na subtelny horror psychologiczny pełen egzystencjalnego lęku, źle trafiłeś. Masterton gra grubymi kartami. Przerażenie buduje czysty, namacalny niepokój związany z deformacją ludzkiego ciała (body horror w najczystszej postaci). Wizja istoty, która dosłownie przejmuje kontrolę nad organizmem bezbronnej kobiety, autentycznie potrafi wywołać dreszcze.
Co do potworów – głównym antagonistą jest sam Misquamacus. Zanim jednak w pełni się narodzi, Masterton serwuje nam całą galerię manifestacji jego mocy. Mamy tu demoniczne siły paraliżujące szpitalne korytarze, lodowaty wiatr wiejący wewnątrz zamkniętych pomieszczeń i przywoływanie starożytnych, indiańskich bóstw. Krwawych scen nie brakuje. Autor nie patyczkuje się z czytelnikiem i przedstawia całe spektrum makabry.

Nowojorski krajobraz lat 70., przesiąknięty dymem papierosowym, neonami i rodzącą się nowoczesną technologią, zderza się tu z pierwotną, mistyczną magią natury. Masterton świetnie buduje nastrój izolacji. Choć akcja toczy się w ogromnym mieście, nowoczesny szpital zamienia się w odciętą od świata, nawiedzoną twierdzę. W której technologia przegrywa z pradawnym gniewem.

Dla kogo jest ta książka?
Czytaj, jeśli: Uwielbiasz klasykę grozy z lat 70. i 80., kręcą Cię motywy prastarych klątw, body horror i masz słabość do charyzmatycznych, lekko cwaniackich bohaterów.

Odpuść, jeśli: Szukasz naukowej logiki, przeszkadzają Ci fabularne głupotki i przerysowane, niemal komiksowe finały, w których bohaterowie rzucają zaklęcia w nowoczesnym wieżowcu.

Upiorny talent w horrorze Ręka Mistrza – Stephen King

Są tacy autorzy, do których wraca się jak do starego, nieco zagraconego domu z dzieciństwa. Wiesz, gdzie skrzypi podłoga, w której szufladzie leżą zardzewiałe gwoździe i że w piwnicy pachnie stęchłym tynkiem. Stephen King ma już na liczniku tyle stron, że mógłby nimi wytapetować małe miasteczko w Maine. Złapałem się na tym, że od kilku lat czytam jego nowe rzeczy głównie z obowiązku. Albo z sentymentu. Aż w końcu wziąłem do ręki Rękę Mistrza i coś w końcu kliknęło. Tak po staremu.

ręka mistrza

Zaczęło się bez fajerwerków. Pierwsze kilkadziesiąt stron to klasyczny, powolny King, który nigdzie się nie spieszy. Facet traci rękę w makabrycznym wypadku. Rozpada mu się małżeństwo, a on sam ucieka na piaszczystą, odizolowaną od świata wyspę na Florydzie, żeby malować obrazy. I szczerze? Na początku pomyślałem: „Oho, znowu to samo”. King kocha mechanizm autoterapii przez sztukę, przerabiał to w Lśnieniu, Worku kości czy Mrocznej Połowie. Pisarze, malarze, faceci z przeszłością – ile można?



Ale Floryda w tej książce nie ma nic wspólnego z pocztówkowym kurortem dla emerytów. Jest w niej coś chorobliwego.

Szybko poczułem ten specyficzny, lepki niepokój. King genialnie dawkuje tu atmosferę. Ten facet potrafi sprawić, że zwykłe rzeczy zaczynają autentycznie uwierać w mózg. Nie jest to horror oparty na tanich zrywach, gdzie potwór wyskakuje z szafy co trzy rozdziały. Tutaj zło sączy się powoli, jak podskórna wilgoć, która niszczy fundamenty domu.

Wizualnie ta książka potrafi obrzydzić i przerazić, ale nie robi tego przez tani gore. Najbardziej zapadły mi w pamięć nie krwawe sceny. Bardziej te momenty, w których główny bohater zaczyna zdawać sobie sprawę, że jego nowo odkryty talent malarski ma potworną, sprawczą moc. Czujesz, że coś jest bardzo „nie tak”, zanim jeszcze autor w ogóle nazwie zagrożenie.
King zatrzymuje się o krok przed granicą kiczu. Skupia się na samotności i na tym, jak łatwo człowiek daje się omamić obietnicy uzdrowienia. Zdecydowanie jest to bardziej horror psychologiczny. Choć w trzecim akcie – kiedy na scenę wkracza przeszłość wyspy i stare, zapomniane statki – robi się już całkiem namacalnie i potwornie.

Zakończenie? Byłem przygotowany na rozczarowanie, bo umówmy się – King ma problem z finałami. Często buduje genialną konstrukcję, którą na końcu podpala za pomocą wielkiego, metafizycznego pająka albo innego bóstwa z kosmosu. Potrafi tym zepsuć całą historię. Tutaj na szczęście tak się nie stało. Finał jest satysfakcjonujący, gorzki i cholernie konsekwentny. Nie ma tu taniego happy endu. Ale nie ma też poczucia, że autor pisał ostatnie rozdziały na kolanie, bo gonił go termin u wydawcy.

Kiedy zamknąłem tę grubą cegłę, poczułem przede wszystkim ulgę, że Król wciąż potrafi ugryźć. Książka nie jest dla kogoś, kto szuka szybkiego strzału dopaminy i hektolitrów krwi. Ale jeśli lubisz, gdy historia powoli oplata cię wokół palca, a po zgaszeniu światła zaczynasz dokładniej wsłuchiwać się w dźwięki za oknem – Ręka Mistrza przypomni ci, dlaczego w ogóle zaczęliśmy czytać horrory.

Świat bez kobiet w powieści Śpiące królewny – Stephen King

Najwyższy czas, by powiedzieć parę słów na temat powieści Stephena Kinga pod tytułem Śpiące królewny. Od razu mówię – podchodziłem do tego grubasa z lekkim dystansem, bo duety ojciec-syn w literaturze bywają… różne. Czasem to genialna synergia, a czasem widać szwy i zastanawiasz się, kto tu kogo ciągnął za uszy. Tutaj dostajemy Stephena Kinga w duecie z Owenem Kingiem. I wiecie co? To jest totalny powrót do klimatu starego, epickiego Kinga z czasów Bastionu czy Pod kopułą, ale z takim nowoczesnym, wręcz serialowym twistem.

spiace krolewny horror

Moje pierwsze skojarzenie po jakichś pięćdziesięciu stronach? „Oho, znowu to robi”. Klasyczny King. Małe miasteczko Dooling w Appalachach, masa bohaterów, z których każdy ma coś za uszami, i ta powolna, wręcz leniwa ekspozycja. No i sam koncept – kobiety na całym świecie zasypiają, a wokół ich głów tworzy się przedziwny kokon z pajęczyny. Próba obudzenia takiej delikwentki kończy się… cóż, krwawą jatką, bo panie budzą się w trybie czystej, zwierzęcej furii.




Nie będę ukrywać, w okolicach jednej trzeciej książki poczułem lekkie znużenie. Kingowie mają tę swoją manierę wchodzenia w detale życia każdego mieszkańca. Myślałem sobie: „No dobra, wiem już, co jada na śniadanie trzeciorzędny strażnik więzienny, ale czy możemy wrócić do tej globalnej apokalipsy?”. Na szczęście to uczucie mija, kiedy akcja przenosi się do kobiecego więzienia w Dooling. To tam trafia Evie – jedyna kobieta, która potrafi zasnąć i normalnie się obudzić.

I tutaj wjechały moje teorie. Przez pół książki byłem święcie przekonany, że Evie to jakiś kosmiczny pasożyt albo manifestacja zbiorowej podświadomości wkurzonych kobiet. Autorzy całkiem nieźle wodzą za nos, balansując między realizmem magicznym a rasową fantastyką.

Jeśli chodzi o budowanie klimatu, to autorzy świetnie wywiązują się ze swojego zadania. Żadnych porażający scen rodem z horroru, po prostu świat, który nagle przestaje działać na naszych zasadach. No i momenty w więzieniu, kiedy faceci – odcięci od swoich żon, matek i córek – zaczynają powoli dziczeć z bezsilności.

Co do zakończenia… Mam z nim problem i to spory. Z jednej strony cała ta kulminacja w Dooling trzyma w napięciu do ostatniej strony. Z drugiej – miałem wrażenie, że Kingowie sami trochę zaplątali się w ten swój metaforczno-feministyczny koncept i nie do końca wiedzieli, jak z tego elegancko wyjść. Finałowe rozwiązanie wydaje się ciut zbyt… łopatologiczne? Jakby autorzy pod koniec stwierdzili: „Dobra, napiszmy to wielkimi literami, żeby nikt nie przegapił Morału”.

Szybka refleksja, nie jest najlepsza rzecz, jaką King napisał w życiu. Jednak jako gruby, angażujący blockbuster na kilka wieczorów sprawdza się idealnie. Widać, że Owen wniósł tu trochę świeżej, bardziej współczesnej dynamiki, dzięki czemu ta książka nie trąci myszką.

Czy warto? Jeśli lubicie te Kingowskie mikroświaty, gdzie społeczność rozpada się od środka pod wpływem niewyjaśnionego zjawiska – absolutnie tak. Tylko przygotujcie się na to, że to bardziej dramat społeczny z elementami nadprzyrodzonymi niż rasowy, krwawy horror. Solidne cztery z minusem w mojej prywatnej skali.

Straszne filmy i książki horror. Mroczne horrory dla fanów filmów i litaratury grozy.