Tag Archives: monstra – potwory

Bazyliszek – Graham Masterton

Bazyliszek – Graham Masterton przez dekady udowadniał, że groza potrafi wyrosnąć z każdego zakątka rzeczywistości. Z lustra, ze snu, z indiańskiego demona uwięzionego pod fundamentami szpitala. Tym razem postanawia połączyć skalpel z mitologią i sprawdzić, co się stanie. Naukowiec Nathan Underhill prowadzi przełomowe badania nad komórkami macierzystymi, próbując odtworzyć mityczne stworzenia, takie jak gryfy i gargulce, w celu leczenia poważnych schorzeń. Ambitne. Szalone. Dokładnie tak, jak lubi Masterton.

bazyliszek

Niestety ambicja Nathana zderza się z biologią, która nie chce współpracować. Jego nowo narodzony gryf okazuje się zdeformowany i gnijący, a brakującym ogniwem, potrzebnym do sukcesu, wydaje się być ludzka energia życiowa. Coś jak przepis kulinarny, w którym zabrakło jednego składnika. Tyle że zamiast niedopieczonego ciasta dostajemy poczwarę cuchnącą rozkładem prosto z laboratoryjnej kadzi.

Kiedy jedna z pacjentek Grace umiera w niewyjaśnionych okolicznościach, Nathan zaczyna podejrzewać, że ktoś inny prowadzi podobne eksperymenty, tyle że z dużo większym powodzeniem. Trop prowadzi do lokalnego domu spokojnej starości. Nathan odkrywa, że doktor Zauber, właściciel pobliskiego ośrodka opieki, zdołał ożywić bazyliszka — stworzenie, które według legend zabija samym spojrzeniem. Bazyliszek żerujący po cichu na starcach w domu opieki to pomysł tak makabrycznie praktyczny, że aż chce się zapytać, dlaczego nikt wcześniej na to nie wpadł. Emerytura okazuje się bardziej niebezpieczna, niż ktokolwiek mógł przypuszczać.

Napięcie rośnie, gdy sprawa przestaje być akademicka i staje się osobista. Grace zostaje ciężko ranna i zapada w śpiączkę, co stawia Nathana przed niemożliwym wyborem. Stracić żonę na zawsze albo zawrzeć niesamowity sojusz z Zauberem i pomóc mu hodować kolejne mityczne bestie, płacąc za to kolejnymi ludzkimi istnieniami. To jest właśnie ten moment, w którym Masterton przestaje bawić się w kreaturę tygodnia, a zaczyna pisać o czymś znacznie bardziej ludzkim. O tym, na co ktoś jest w stanie się zgodzić, kiedy miłość i strach zaczynają dyktować warunki.

Trzeba jednak przyznać uczciwie: Bazyliszek nie trzyma tempa równo od początku do końca. Fabuła przemieszcza się dość niespiesznie między scenami. W pewnym momencie szalony niemiecki naukowiec przenosi się nawet do Polski, co dodaje książce nieco podróżniczego kolorytu, ale niewiele wnosi do samej grozy. Jak na standardy autora, który potrafił przyprawić o dreszcze samym opisem tapety, ta powieść jest zaskakująco łagodna i pozbawiona pazura. Bazyliszek bywa określany jako horror lekkostrawny, bliższy klimatom starych filmów Hammer Horror z chwiejnymi dekoracjami niż współczesnej, mrocznej grozie.

Nie oznacza to jednak, że książka nie ma nic do zaoferowania. Masterton wciąż potrafi pisać dialogi, które brzmią naturalnie, nawet gdy bohaterowie dyskutują o hodowli mitologicznych bestii przy porannej kawie. Autor ma świetny talent do dialogów i realistycznie zarysowanych postaci, które stanowią solidny fundament dla skądinąd karkołomnej fabuły opartej na kryptozoologii. Właśnie te ludzkie momenty — strach Nathana, desperacja, powolne odsłanianie tego, jak daleko jest gotów się posunąć — trzymają całość w ryzach, kiedy sam bazyliszek zaczyna przypominać rekwizyt z niskobudżetowego serialu.

Warto też wspomnieć, że koncept „stwórz mitycznego potwora metodami naukowymi” nie jest dla Mastertona nowy. Autor już wcześniej bawił się podobnym pomysłem, więc czytelnicy dobrze znający jego twórczość mogą odnieść wrażenie déjà vu, tyle że tym razem zamiast egipskich lwic mamy gryfy i bazyliszki w brytyjskim domu spokojnej starości. Powtarzalność motywu nie jest zbrodnią, ale trudno oprzeć się wrażeniu, że autor sięga do sprawdzonej szuflady zamiast otworzyć nową.

Bazyliszek to książka, która obiecuje więcej, niż w rzeczywistości dowozi. Zapowiada krwawą ucztę wyobraźni, a w środku czeka raczej spokojna, poukładana opowieść z odrobiną grozy rozsianą tu i tam, jak przyprawa dodana zbyt oszczędnie do zupy, która miała być pikantna.

Werdykt

Bazyliszek to pozycja dla wiernych fanów Mastertona, którzy chcą prześledzić całą jego twórczość i nie boją się słabszych momentów w bogatym dorobku autora. Dla miłośników kryptozoologii i pomysłu na horror osadzony w świecie nauki, ta książka oferuje przyjemną, choć niezbyt straszną rozrywkę.

Kto powinien ją omijać? Czytelnicy szukający intensywnej, brutalnej grozy w stylu wczesnych powieści Mastertona, takich jak Manitou czy Charnel House, poczują się rozczarowani tempem i łagodnością tej historii. Osoby niecierpliwe wobec wolno rozwijającej się fabuły również mogą się zniechęcić, zanim bazyliszek w ogóle zdąży kogoś spojrzeniem zabić. To lektura na spokojny wieczór, nie na bezsenną noc.

Brud, błoto i potępienie – Solomon Kane: Pogromca zła (2009)

Michael J. Bassett serwuje ponury, bezpardonowy spektakl na pograniczu dark fantasy i krwistego horroru. Adaptacja prozy Roberta E. Howarda odrzuca wygładzone wzorce kina przygodowego na rzecz brudnej, błotnistej apokalipsy. Film zatapia widza w XVI-wiecznym potopie brutalności, gdzie wieczne potępienie nie jest metaforą, lecz realnym zagrożeniem.

solomon kane

Zawiązanie akcji wrzuca nas w sam środek rzezi, gdy tytułowy bohater ucieka przed wysłannikiem Szatana. Bassett tworzy grozę opartą na nieustannym poczuciu osaczenia. Każde starcie jest tu brudne, brutalne i pozbawione poetyckiej lekkości – to surowa walka o przetrwanie duszy.

James Purefoy tworzy absolutnie magnetyczną kreację. Jego bohater to pęknięte zwierciadło: odarty z ludzkości rzeźnik, który pod wpływem cierpienia próbuje wejść na drogę pacyfizmu. Dynamika między jego wewnętrznym mrokiem a próbą zachowania chrześcijańskiej łaski buduje fundamentalne napięcie całego widowiska.

Świat przedstawiony tonie w nieustającym deszczu, błocie i pogorzeliskach. Zdjęcia tworzą ponury realizm, w którym zgnilizna świata materialnego idealnie rezonuje z rozkładem moralnym bohaterów. Wizualnie dominują surowe, lodowate odcienie szarości i brązu, przełamywane smolistą czernią oraz aksamitnym ogniem piekielnym.

Opowieść staje się wyrazistym studium traumy, winy oraz nieuchronności własnej natury. Film stawia pytanie, czy człowiek naznaczony absolutnym złem jest w stanie uciec przed własnym cieniem, czy też jedynym ratunkiem jest ponowne przyjęcie roli potwora w imię wyższego dobra. Sfera dźwiękowa – pełna dławiącego świstu mieczy, chóralnych lamentów i głębokich basów – potęguje stan permanentnego zagrożenia. Finał nie przynosi łatwej ulgi, lecz pozostawia widza z gorzką świadomością, że walka z ciemnością wymaga stania się jej częścią.

Solomon Kane: Pogromca zła to pozycja obowiązkowa dla miłośników bezkompromisowego kina dark fantasy, ponurej atmosfery i szybkiej akcji. Film doskonale łączy elementy mrocznego folkloru z kunsztownym horrorem przygodowym. Dzieło, do którego warto wracać dla genialnej kreacji Jamesa Purefoya oraz gęstego jak smoła klimatu.

Wyspa doktora Moreau – Herbert George Wells

H.G. Wells stworzył dzieło, które do dziś pozostaje bezlitosną, biologiczną analizą ludzkiego sumienia. Wyspa doktora Moreau to nie tylko perła w koronie wczesnego science fiction, ale przede wszystkim porażający koszmar biologiczny, w którym granica między człowiekiem a zwierzęciem zostaje zatarta w krwawym, chirurgicznym kalejdoskopie. Wells bawi się konwencją powieści przygodowej oraz morskiej rozbitkowej epopei, przeobrażając ją w klaustrofobiczne studium obłędu, pychy i naukowej roszczeniowości. Klimat opowieści gęstnieje z każdym krokiem po bezimiennej pacyficznej wyspie – przesiąkniętej zapachem fenolu, krzykiem torturowanych stworzeń oraz podskórnym paraliżującym lękiem przed atawistyczną naturą, której nie da się w pełni poskromić.

wyspa doktora moreau

Intryga zawiązuje się w momencie, gdy Edward Prendick, jedyny ocalały z katastrofy morskiej, zostaje uratowany i trafia na odciętą od świata wyspę. Miejsce to okazuje się prywatnym, groteskowym królestwem wygnanego z Anglii doktora Moreau. Wells misternie buduje mechanikę tego izolowanego mikrokosmosu, gdzie w mrocznych laboratoriach – zwanych przez mieszkańców „Domem Bólu” – dokonywana jest wiwisekcja i chirurgiczna humanizacja zwierząt. Pościg za stworzeniem formy doskonałej przeobraża się w pełen napięcia, nieustanny stan zagrożenia ze strony czających się w dżungli „Ludzi-Zwierząt”.

Centralnym punktem psychologicznym powieści jest tragizm istot stworzonych przez Moreau. Postacie zmuszane do recytowania Prawa mającego powstrzymać ich pierwotne instynkty – to bolesny portret istot rozdartych między narzuconą moralnością a nieuchronną biologiczną regresją. Z kolei sam doktor Moreau uosabia socjopatyczny chłód czystego intelektu pozbawionego empatii: boga-rzemieślnika, dla którego cierpienie tkanki jest jedynie małym kosztorysem na drodze do ewolucyjnego triumfu.

Wells operuje językiem ascetycznym, wręcz sprawozdawczym, co zderzone z makabryczną treścią wywołuje piorunujący efekt. Dziennikarska precyzja opisów, pozbawiona akademickiego nadęcia, idealnie nadaje tempo narracji. Od powolnego odkrywania tajemnic wyspy, po gwałtowny, krwawy chaos ucieczki i próby zachowania własnego człowieczeństwa.

Pod sztafażem XIX-wiecznego thrillera naukowego Wyspa doktora Moreau uderza w najbardziej egzystencjalne struny ludzkiej tożsamości. Wells zadaje uniwersalne, niezwykle mroczne pytanie: czy to, co nazywamy „człowieczeństwem”, jest trwałym fundamentem duszy, czy zaledwie cienką, kruchą warstwą lakieru, nakładaną na nieujarzmioną brutalność natury? Twórcza obsesja Moreau staje się przerażającą metaforą bezmyślnego zastępowania boga przez naukę, która bez kompasu etycznego zamienia się w koszmar. Prawdziwy, metafizyczny wstrząs następuje jednak w finale – gdy bohater powraca do cywilizacji i w twarzach zwykłych przechodniów nie potrafi już dostrzec ludzi, lecz jedynie zamaskowane zwierzęta, czekające na moment, by zrzucić więzy Prawa.

Werdykt: Biologiczny Nokaut
Wyspa doktora Moreau to absolutny klasyk, który po dekadach wciąż poraża swoją aktualnością, serwując czytelnikowi wybitną mieszankę mrocznej fantastyki i bezlitosnego traktatu filozoficznego. To pozycja obowiązkowa dla każdego wielbiciela horroru medycznego, fantastyki naukowej oraz historii o przekraczaniu zakazanych granic, która bez wątpienia musi ozdobić półkę z najważniejszymi dziełami gatunku.