Miłość od pierwszego… warkotu? Recenzja „Christine” Stephena Kinga.
Witamy w garażu, gdzie zapach spalonej gumy miesza się z aromatem świeżej krwi! Dzisiaj bierzemy na warsztat klasyka, który udowadnia, że pierwsza miłość bywa zabójcza – dosłownie. Jeśli myśleliście, że Wasza toksyczna eks była zazdrosna, to znaczy, że nie poznaliście jeszcze Christine. Wyobraźcie sobie, że Garbi przechodzi załamanie nerwowe, zaczyna słuchać mrocznego rock’n’rolla i postanawia rozjechać każdego, kto krzywo spojrzy na właściciela. Tak w skrócie wygląda ta literacka przejażdżka bez trzymanki.
Szybki przegląd
Krwawe trofeum: Za scenę „regeneracji” auta. To literackie CGI, które działa na wyobraźnię lepiej niż niejeden współczesny film.
Zgrzyt: King momentami tak bardzo odpływa w opisy techniczne i nostalgiczne wspomnienia lat 50., że można odnieść wrażenie, iż czytamy instrukcję obsługi Plymoutha napisaną przez poetę na dopingu.
Arnie Cunningham to typowy szkolny popychadło, pryszczaty chłopak z kompleksami. Wszystko zmienia się, gdy kupuje wrak Plymoutha Fury z 1958 roku o imieniu Christine.
Nagle Arnie pięknieje, cera mu się wygładza, a pewność siebie szybuje pod sufit. Brzmi jak reklama kosmetyków? Może, ale cena za ten lifting jest wysoka. Christine to nie jest zwykły metal i chrom – to zazdrosna, mściwa bestia z własną duszą (i to wyjątkowo czarną). Kiedy Arnie znajduje dziewczynę, auto zaczyna pokazywać, co potrafi zrobić z konkurencją.
Kiedy słyszysz w nocy ryk silnika na pustej ulicy i widzisz dwa jasne reflektory zbliżające się w Twoją stronę, wiesz, że nie masz gdzie uciec. King po mistrzowsku buduje napięcie poprzez zmianę osobowości Arniego – obserwowanie, jak przyjaciel zmienia się w kogoś obcego i groźnego, przerażało mnie bardziej niż same sceny morderstw.
Głównym antagonistą jest, no cóż… samochód. Ale jaki! Christine sama się naprawia, potrafi jeździć bez kierowcy i ma upodobanie do miażdżenia kości.
Sceny gore: Są mięsiste. King nie szczędzi opisów tego, co dzieje się z ludzkim ciałem w starciu z dwoma tonami stali.
Elementy nadprzyrodzone: Duch poprzedniego właściciela, zgorzkniałego Rolanda LeBaya, unosi się nad maską niczym smog nad Krakowem. To połączenie opętania z mechaniczną furią.
Klimat tej książki to czysta nostalgia skąpana w benzynie. King serwuje nam playlistę starych hitów rock’n’rollowych, które pojawiają się na radiowej skali Christine, zapowiadając nadchodzącą śmierć. Jest duszno, jest brudno i czuć zapach Ameryki lat 70., która wciąż nie może się otrząsnąć po niewinności lat 50.
Kupiły mnie te opisy nocnych łowów Christine. Jest w tym coś pierwotnego – drapieżnik na czterech kołach, który nigdy nie potrzebuje tankowania, by dopaść swoją ofiarę.
Statystyki Grozy
Body count: 7/10 (Christine jest bardzo dokładna w sprzątaniu okolicy).
Poziom adrenaliny: Wysokie obroty, zwłaszcza w finale.
Ilość zużytego oleju silnikowego: Całe jezioro.
Werdykt: Czy warto przeczytać?
Mój werdykt w jednym zdaniu: To jedna z najbardziej „charakternych” książek Kinga – opowieść o tym, że przedmioty, które kochamy, mogą nas ostatecznie posiąść na własność.
Czytaj, jeśli:
Kochasz stare samochody i klimat amerykańskich przedmieść. Lubisz horrory, gdzie zagrożenie jest namacalne i ciężkie. Chcesz zobaczyć, jak King genialnie portretuje rozpad przyjaźni.
Odpuść, jeśli:
Szukasz subtelnego horroru psychologicznego bez grama fantastyki. Uważasz, że straszenie „samochodzikiem” jest dziecinne (gwarantuję, po 100 stronach zmienisz zdanie).


