Tag Archives: nawiedzone przedmioty

Aztecki bóg śmierci w horrorze Wyklęty – Graham Masterton

wyklęty

Graham Masterton potrafi zamienić zwykły wieczór w bezsenną noc pełną lęku. Brytyjski rzeźnik literatury grozy w 1983 roku wypuścił na światło dzienne potwora. Książka nosi tytuł „Wyklęty” (oryginalnie „The Pariah”) i stanowi bezkompromisowy bilet w jedną stronę do samego piekła. Fani krwistych opowieści będą wniebowzięci, bo ta lektura wciąga niczym ruchome piaski na zapomnianym przez Boga cmentarzu.




Fabuła kręci się wokół Johna Trentona. Los nie obszedł się z nim łagodnie, ponieważ jego ciężarna żona ginie w tragicznym wypadku samochodowym. Pogrążony w żałobie mężczyzna szybko odkrywa, że śmierć wcale nie kończy ziemskich spraw. Ściany jego domu zaczynają szeptać, a w mroku czają się upiorne sylwetki. Prawdziwa jazda bez trzymanki zaczyna się jednak w momencie, gdy John kupuje tajemniczy obraz przedstawiający wrak statku David Dark.

Akcja pędzi tu z prędkością uciekającego potępieńca. Styl pisania Mastertona przypomina chirurgiczny skalpel – jest ostry, precyzyjny i tnie głęboko. Pisarz nie marnuje czasu na zbędne poetyckie opisy. Zamiast tego serwuje dynamiczną, mięsistą prozę, która nie pozwala na oddech. Autor genialnie łączy klasyczny motyw nawiedzonego domu z morską legendą i starożytną mitologią.

wyklęty gragam masterton

Czy ta historia potrafi przerazić? Lokatorzy piekła z pewnością czują satysfakcję, bo napięcie gęstnieje z każdą stroną niczym stygnąca krew. Masterton potrafi wywołać gęsią skórkę prostymi, surowymi opisami. Atmosfera zagrożenia osiada na plecach czytelnika lodowatym ciężarem. Każde skrzypnięcie podłogi podczas lektury sprawia, że serce podchodzi do gardła.

Groza potrafi tu solidnie zryć beret. Znajoma głównego bohatera zostaje nabita na żyrandol, a to zaledwie rozgrzewka przed prawdziwym koszmarem. Ciała pękają, krew tryska na ściany, a makabra wylewa się z kartek wiadrami.

Głównym antagonistą nie jest zwykły, nudny wampir czy potargany duch. Masterton wyciąga z mroków historii samego Mictantecutliego – azteckiego boga śmierci. Ta istota to czysta, bezwzględna manifestacja destrukcji. Demon manipuluje zrozpaczonym Johnem, oferując mu zwrot zmarłej rodziny. Każdy przecież wie, że podpisywanie cyrografów z bogami śmierci rzadko kończy się wspólnym grillowaniem w ogródku. Istota oszukuje bohatera, a świat staje na krawędzi zagłady.

Nastrój powieści jest duszny, lepki i przesiąknięty zgnilizną. Czuć tu zapach starych ksiąg, morskiej wody i rozkładającego się ciała. Masterton perfekcyjnie buduje kontrast między współczesnym, racjonalnym światem a pierwotną, krwiożerczą magią Azteków. Całość spowija mrok, z którego co chwilę wyłaniają się upiorne zjawy. Duch nienarodzonego syna chroniący ojca przed zakusami innych zmarłych dodaje całości niesamowitego, groteskowego wręcz posmaku.

Werdykt: Czy warto zaryzykować?
Warto spędzić kilka nocy z tą pozycją, nawet jeśli potem będziecie sprawdzać zawartość szafy przed snem. Powieść oferuje wszystko, co najlepsze w horrorach z lat osiemdziesiątych. Dostajemy niesamowite tempo, bezkompromisową brutalność i genialnego, egzotycznego potwora. Przygotujcie melisę na uspokojenie nerwów, odpalcie mocne światło i wejdźcie do świata, gdzie umarli wcale nie chcą leżeć w grobach!

Brama do piekielnego wymiaru w horrorze Zwierciadło piekieł – Graham Masterton

Zwierciadło piekieł (oryg. Mirror) Grahama Mastertona to klasyczny, nieokiełznany Masterton w szczytowej formie. Czy to dobra pozycja? Absolutnie tak, jeśli lubicie, gdy autor bez ostrzeżenia wrzuca Was do maszynki do mięsa . Książka wciąga od pierwszych stron. Jest jak stary rollercoaster w wesołym miasteczku. Trzeszczy, momentami przeraża tandetą, ale prędkość i nagłe zwroty akcji nie pozwalają wysiąść aż do samego końca.

zwierciadło piekieł

Wyobraźcie sobie, że kupujecie piękne, zabytkowe lustro, żeby dodać salonowi odrobiny szyku. Martin Williams, scenarzysta z Hollywood, wpada na dokładnie taki pomysł. Kupuje gigantyczne, bogato zdobione zwierciadło, które należało kiedyś do nieszczęsnego aktora dziecięcego z lat 30. Szybko okazuje się, że ta tafla nie służy do poprawiania fryzury. Lutro to przeklęta brama wprost do piekła.

zwierciadło piekieł

Masterton nie bawi się w powolne budowanie napięcia. Akcja rusza z kopyta. Przypomina to lawinę – najpierw spada mały kamyk, a chwilę później walczycie o życie pod toną śniegu (i krwi).
Autor pisze krótko, dosadnie, filmowo. Masterton tworzy tak, jakby kręcił horror klasy B z gigantycznym budżetem. Nie ma tu miejsca na głębokie filozoficzne dyskusje. Jest czysta, rzemieślnicza rozrywka. No i te jego kultowe, czasem absurdalne dialogi – czyste złoto.





Książka nie tyle straszy subtelnym szeptem z szafy, ile raczej wyskakuje z niej z głośnym krzykiem i piłą łańcuchową. Czy jest przerażająca? Dla ludzi o słabych nerwach – zdecydowanie. Napięcie rośnie w parze z poczuciem bezsilności bohaterów. Masterton doskonale operuje lękiem przed tym, co nieznane, a co widzimy tylko kątem oka w odbiciu.
Po tej lekturze wieczorne mycie zębów przed lustrem w łazience zyska zupełnie nowy, mało komfortowy wymiar.

Jeśli szukacie subtelnych metafor grozy, pomyliliście adresy. Masterton to król gore i nie wstydzi się tego. Co kryje się po drugiej stronie? Czyste, pierwotne zło, które karmi się ludzkim cierpieniem i próżnością. Istoty z pogranicza koszmaru i czarnej magii.
Są krwawe, mięsne i bardzo plastyczne. Autor opisuje makabryczne deformacje ciała z chirurgiczną precyzją. Krew leje się gęsto, a ludzka anatomia traktowana jest tu z dużą dozą kreatywności. Czasem te opisy są tak przesadzone, że człowiek łapie się na nerwowym śmieszku. Taki to urok lat 80. i 90. w horrorze!

Klimat tej powieści to genialny miks. Z jednej strony mamy słoneczne, powierzchowne, pełne egoistycznych ludzi Hollywood. Z drugiej – mroczną, gęstą atmosferę starego okultyzmu, klątw i rozkładu. Ten kontrast działa idealnie. Jak picie ekskluzywnego drinka z palemką, w którym ktoś dla żartu rozpuścił jad skorpiona. Czuć tu zapach starego drewna, strachu i… zaschniętej krwi.

Werdykt: Warto wskoczyć w tę otchłań?
Zdecydowanie warto. Zwierciadło piekieł to idealna pozycja na dwa, trzy intensywne wieczory. Masterton w pigułce – bezkompromisowy, brutalny, momentami niedorzeczny, ale cholernie magnetyczny. Jeśli chcecie poczuć ciarki na plecach i zobaczyć, jak wygląda prawdziwy, mięsisty horror retro, kupujcie bilet na ten seans. Tylko pamiętajcie: nie patrzcie za siebie, kiedy przechodzicie obok przedpokoju.