Okej, muszę to powiedzieć na głos na samym początku. Powroty do klasyków po latach to zawsze jest stąpanie po polu minowym. Kiedy brałem się za Doktor Sen, w głowie miałem jedno wielkie: „King, chłopie, po co ty to ruszasz?”. Lśnienie to przecież absolutny święty Graal, horror totalny, gdzie klaustrofobia i szaleństwo w hotelu Panorama wgryzały się w mózg. Kontynuacja po ponad trzech dekadach pachniała mi po prostu bezpiecznym skokiem na kasę.
Ale dobra, otwieram książkę. I moje pierwsze skojarzenie? To nie jest Lśnienie 2. I całe szczęście.
Zamiast zimowego, odciętego od świata hotelu dostajemy coś w rodzaju drogowego urban fantasy zmiksowanego z dramatem psychologicznym. Dorosły Dan Torrance to wrak człowieka. King genialnie, bez zbędnego patosu pokazuje, jak genetyczne brzemię alkoholizmu ojca dopadło syna. Te pierwsze rozdziały, gdzie Danny stacza się na samo dno, pije, żeby zagłuszyć „lśnienie” i budzi się obok obcych ludzi, były dla mnie mocniejsze niż niejedna scena z duchami. Czuć tu ten stary, dobry styl Kinga, który potrafi pisać o ludzkich upadkach tak, że aż bolą zęby.
Potem jednak wjeżdża główny wątek i tu miałem lekki moment ziewnięcia. Prawdziwy Węzeł. No kurczę, ekipa wampirów energetycznych jeżdżących kamperami po Ameryce i wysysających z dzieci „parę” (czyli esencję lśnienia), żeby zachować nieśmiertelność? Brzmiało to potwornie kiczowato. Przez pierwsze sto stron, za każdym razem, gdy pojawiała się Rose Kapelusz (tak, nosi na głowie cylinder, bo czemu by nie), miałem takie: „Serio, Stephen? To mają być ci wielcy, straszni antagoniści?”.
I tu nastąpiło zaskoczenie, bo King jakimś cudem to obronił. Może nie tym, że Prawdziwy Węzeł jest przerażający w taki czysty, namacalny sposób – bo nie jest, bliżej im do podstarzałych hippisów z piekła rodem. Obronił to klimatem prowincjonalnej, zapomnianej Ameryki. Scena, w której torturują i mordują małego chłopca, gracza baseballu, żeby zdobyć jego parę… Chryste. To było niesamowicie brudne, ciężkie i autentycznie złe. King potrafi jedną sceną sprawić, że przestajesz się śmiać z cylindra Rose, a zaczynasz czuć realny niepokój.
W trakcie czytania miałem zresztą całą masę teorii. Kiedy pojawia się Abra – dziewczynka, która lśni tak potężnie, że Danny przy niej wygląda jak ledwo żarząca się żarówka – byłem pewien, że King pójdzie w totalną destrukcję. Myślałem: „Dobra, mała straci kontrolę, Prawdziwy Węzeł ją dopadnie, a Dan będzie musiał poświęcić swoje życie w jakimś spektakularnym, odkupieńczym akcie, niszcząc ich wszystkich”. Projektowałem sobie w głowie krwawą łaźnię w finale.
A jak wyszło? Finał w miejscu, gdzie kiedyś stał hotel Panorama, to był czysty fan service, ale – o dziwo – zadziałał. Reakcja po zamknięciu książki? Domknięcie, spokój. To nie jest horror, po którym boisz się zasnąć przy zgaszonym świetle. King przesunął akcenty. Tam, gdzie w Lśnieniu była rozpacz i rozpad rodziny, w Doktorze Śnie dostajemy opowieść o przepracowywaniu traumy, o trzeźwieniu i o przekazywaniu pałeczki.
Czy to wybitna książka? Nie, ma swoje przestoje, a Prawdziwy Węzeł momentami wydaje się dziwnie mało zaradny jak na kilkusetletnie potwory. Ale jako portret dorosłego, poobijanego przez życie Danny’ego Torrance’a? Kupuję to w całości. Dobrze się wraca do tych starych demonów, nawet jeśli tym razem noszą cylindry.
