O czym szumią koszmary – Dwa Tygodnie Strachu – Graham Masterton

Jeśli myśleliście, że dwa tygodnie urlopu to czas relaksu, to Masterton ma dla Was ofertę typu „all-inclusive”, po której jedyne, o czym będziecie marzyć, to powrót do bezpiecznego biura. „Dwa tygodnie strachu” (Fortnight of Fear) to literackie pudełko czekoladek z nadzieniem z żyletek i arszeniku.

dwa tygodnie strachu

Ten zbiór to czternaście historii (stąd tytułowe dwa tygodnie), które udowadniają, że Masterton to nie tylko król grubych powieści, ale też mistrz krótkiego, bolesnego uderzenia. Nie ma tu jednego bohatera – zamiast tego mamy galerię nieszczęśników, którzy popełnili błąd, budząc się rano.

Mamy tu klasyczny mastertonowski styl: od legend miejskich, przez erotykę ocierającą się o nekrofilię, aż po totalny surrealizm. Akcja pędzi, styl jest ostry jak brzytwa, a puenty często uderzają w czytelnika z siłą pędzącego pociągu towarowego. Jak to w zbiorach bywa – niektóre historie są jak strzał w dziesiątkę, a inne… cóż, przypominają nieco przeterminowaną pizzę: zjesz, ale bez większego entuzjazmu.

Czy jest straszne? To jak pytać, czy ogień parzy. Napięcie jest tu skondensowane. W powieści Graham ma czas na budowanie klimatu; tutaj łapie Cię za gardło już na drugiej stronie i nie puszcza, dopóki nie skończysz.

Czytanie tego zbioru jest jak przechodzenie przez nawiedzony dom, w którym w każdym pokoju czeka inny rodzaj tortury. Nigdy nie wiesz, czy następnym razem zaatakuje Cię demon, czy Twoja własna obsesja.

Znajdziecie tu wszystko – od fizycznych potworów i morderców, po abstrakcyjne lęki i nadnaturalne byty, które nie mają nazwy, ale mają bardzo ostre zęby. Masterton nie byłby sobą, gdyby nie dołożył do pieca. Jeśli szukacie opisów, które sprawią, że obiad stanie Wam w gardle – gratuluję, trafiliście pod właściwy adres. Jest krwawo, jest obrzydliwie, a momentami wręcz groteskowo.

Panuje tu nastrój niepokoju, który zmienia się z każdą stroną. Jedno opowiadanie może być duszne i gotyckie, by za chwilę ustąpić miejsca brutalnemu, współczesnemu slasherowi. To prawdziwa karuzela emocji – od obrzydzenia, przez czarny humor, aż po autentyczny, pierwotny lęk.

Statystyki Grozy
Licznik Trupów (Body count): 9/10 (Zbiorowy, bo trupy padają w każdym rozdziale).

Poziom adrenaliny: Skaczący (jak tętno po trzech kawach).

Ilość zużytego czarnego humoru: Litry.

Skala „Co ja właśnie przeczytałem?”: 5/5.

Mój werdykt w jednym zdaniu:
To idealna „przekąska” dla fanów grozy – czternaście dowodów na to, że wyobraźnia Mastertona to miejsce, w którym nikt o zdrowych zmysłach nie chciałby zostać na noc.

Czy warto przeczytać?
Czytaj, jeśli: Masz mało czasu i lubisz szybkie strzały grozy, albo chcesz zobaczyć, jak Masterton radzi sobie w różnych podgatunkach horroru.

Odpuść, jeśli: Szukasz spójnej, długiej historii lub masz alergię na dziwny, momentami mocno odjechany styl brytyjskiego mistrza.