Brytyjski autor Graham Masterton w powieści „Sfinks” zabiera czytelników w podróż, gdzie starożytny mit zderza się z nowoczesnością. Wydana pierwotnie pod koniec lat 70. książka wywołuje dziś mieszane uczucia, budząc fascynację i lekkie rozbawienie. Powieść intryguje osobliwym pomysłem, choć w dorobku pisarza znajdziemy znacznie lepsze pozycje.
Główny bohater, trzydziestodwuletni Gene Keiller, ma wszystko – jest młodym, przystojnym i chorobliwie ambitnym waszyngtońskim dyplomatą. Kariera stoi przed nim otworem, dopóki na jednym z ekskluzywnych przyjęć nie poznaje dziewiętnastoletniej Lorie Semple. Dziewczyna fascynuje go od pierwszego wejrzenia, przypominając egzotyczne bóstwo o zielonych oczach, z burzą płowych włosów.
Świat polityka kurczy się do granic jej ciała, a próby zdobycia tajemniczej piękności przeradzają się w czystą obsesję. Gene nie zważa na ostrzeżenia znajomych ani na dziwaczne zachowanie wybranki, która znika przed godziną policyjną i jada surowe mięso z drapieżnym apetytem. Zakochany dyplomata dopina swego i staje z Lorie na ślubnym kobiercu. Małżeńskie łóżko zamiast rozkoszy przynosi jednak makabryczne odkrycie, a pierwsza noc obnaża potworną prawdę o anatomii jego żony.
Pióro Mastertona prowadzi tę historię prosto jak po sznurku, bez skomplikowanych zakrętów czy głębokich portretów psychologicznych. Styl pisania bywa naiwny, wręcz surowy, co mocno zdradza brak większego doświadczenia młodego wówczas autora. Autor opisuje miłosne podboje bohatera z taką powagą, że współczesny czytelnik może parsknąć śmiechem na widok szowinistycznych nawyków rodem z lat 70., gdzie szczytem romansu bywa zagonienie dziewczyny do smażenia burgerów.
Książka nie rzuca na kolana pod względem budowania głębokiego, paraliżującego napięcia. Klimat przypomina duszny, pulsujący erotyzmem thriller klasy B z minionej epoki, a nie mrożący krew w żyłach koszmar. Atmosfera gęstnieje dopiero wtedy, gdy starożytne wierzenia zaczynają materializować się w luksusowych wnętrzach.
Zamiast subtelnego dreszczowca otrzymujemy mięsiste, biologiczne monstrum. Elementy grozy skupiają się wokół tajemnicy plemienia Ubasti – mitycznych istot będących hybrydami ludzi i lwów. Pisarz nie szczędzi czytelnikom naturalistycznych detali. Ciało pięknej kobiety kryje w sobie cechy drapieżnej bestii, w tym potrójne rzędy sutków, co działa równie fascynująco, co odpychająco.
Sceny gore są obecne, choć dawkowane z umiarem. Kły rozszarpujące gardła, zapach świeżej krwi i brutalna dzikość dają o sobie znać, zwłaszcza gdy na scenę wkracza niemy strażnik bez języka oraz groźne, realne drapieżniki strzegące sekretu rodu.
Wizualna i nastrojowa strona powieści operuje sprawdzonymi motywami. Masterton sprawnie miesza koloryt waszyngtońskich salonów z dusznym, piaskowym powiewem egipskiej mitologii. Nastrój waha się między namiętnością a obrzydzeniem, tworząc specyficzny, pulpowy klimat.
Powieść „Sfinks” warto przeczytać głównie z ciekawości, traktując ją jako literacką ciekawostkę lub szybką przekąskę przed sięgnięciem po flagowe dzieła autora, takie jak „Manitou”. Książka idealnie sprawdzi się na jedno deszczowe popołudnie, oferując niezobowiązującą rozrywkę z dreszczykiem i lekką nutą retro absurdu.

