Archiwa tagu: Frankenstein

Klasyka horroru – Frankenstein – Mary Wollstonecraft-Shelley

Mając zaledwie dziewiętnaście lat, Mary Wollstonecraft-Shelley dokonała aktu poetyckiej sekcji zwłok na wyobrażeniach epoki oświecenia, dając początek współczesnej literaturze science fiction oraz neogotyckiemu horrorowi egzystencjonalnemu. Frankenstein; czyli Współczesny Prometeusz to nie jest kinowa opowieść o powolnym potworze ze śrubami w szyi, lecz hipnotyzujący, szkatułkowy traktat o samotności twórcy i anihilacji moralnej jego dzieła. Narracja mrozi jak arktyczny lód, w którym osadzono ramę opowieści, gęsta od romantycznego rozedrgania, dusznego realizmu laboratoryjnego oraz niepokojącego zachwytu nad nieskończonością natury.

frankestein

Akcja zawiązuje się poprzez epistolarny dwugłos – listową relację kapitana Waltona, żeglującego ku Biegunowi Północnemu, który wyciąga z lodowatej otchłani wycieńczonego Victora Frankensteina. Właściwa intryga to zapis szaleńczej gonitwy za sekretem wdmuchnięcia życia w martwą materię. Szwajcarski naukowiec, pędzony pychą przełamywania tabu, tworzy Istotę z fragmentów zwłok, by w ułamku sekundy po jej przebudzeniu doświadczyć paraliżującego wstrętu i rzucić własne dzieło w obojętny, okrutny świat.

Sercem powieści jest makabryczny taniec między Stwórcą a Stworzeniem. Victor rezygnuje z odpowiedzialności ojcowskiej, zamieniając się w tchórzliwego uciekiniera, podczas gdy jego Kreacja – początkowo czysta niczym tabula rasa, łaknąca empatii i bliskości – pod wpływem odrzucenia przez ludzi ewoluuje w bezwzględnego anioła zagłady. Porażający portret toksycznej więzi, gdzie kat i ofiara zamieniają się rolami.

Shelley operuje językiem wysoce stylizowanym, dojrzałym i bezlitośnie precyzyjnym. Patos romantyczny miesza się tu z naturalistycznym opisem rozkładu, a tempo narracji – początkowo powolne i refleksyjne – w drugiej połowie przechodzi w szaleńczy, wręcz thrillerowy pościg po ośnieżonych szczytach Alp i lodowych pustkowiach.

Pod warstwą gotyckiego sztafażu Frankenstein pozostaje bezlitosną diagnozą ludzkiego egocentryzmu oraz lęku przed konsekwencjami własnej kreacji. Shelley nie pyta jedynie o granice poznania naukowego; dotyka samej istoty traumy porzucenia oraz metafizycznego żalu do Boga o brak miłości. Kreacja Victora staje się uniwersalnym symbolem każdego wykluczonego – byt, który otrzymał świadomość bez proszenia o nią, zostaje skazany na wieczną samotność w uniwersum obdartym z łaski. Proza poruszająca najgłębsze struny egzystencjalnej pustki: finałowy krzyk Istoty rezonuje w czytelniku długo po przewróceniu ostatniej karty, zostawiając nas z pytaniem, kto w tym układzie okazał się prawdziwym potworem.

Frankenstein to absolutny fundament literatury grozy i fantastyki naukowej, który po ponad dwustu latach od premiery nie stracił ani grama ze swojej filozoficznej ostrości. Pozycja obowiązkowa dla każdego, kto szuka w horrorze czegoś więcej niż tanich chwytów – rewelacyjnie skonstruowanej analizy ludzkiego sumienia, pychy oraz rozdzierającego serce pragnienia akceptacji.

„Penny Dreadful” – Moja prywatna audiencja w piekle

Wchodzimy w mroczne uliczki wiktoriańskiego Londynu, gdzie mgła miesza się z dymem z kominów i zapachem krwi. Muszę Ci wyznać – „Penny Dreadful” (Dom grozy) to dla mnie nie jest zwykły serial. Film jest jak list miłosny do klasycznego horroru, napisany krwią i recytowany poezją lorda Byrona.
penny dreadful

Jeśli myślałeś, że widziałeś już wszystko w temacie Frankensteina, Draculi czy wilkołaków, to przygotuj się na to, że ten serial całkowicie zresetuje Twoje oczekiwania. Oto jak ja, jako fan wszystkiego co mroczne, przeżyłem tę podróż do „półświata”.
Wyobraź sobie Londyn końca XIX wieku. Sir Malcolm Murray (Timothy Dalton) i tajemnicza, niemal nadludzka Vanessa Ives (Eva Green) zbierają grupę „wyrzutków”, by odnaleźć zaginioną córkę Malcolma. Dołączają do nich: amerykański rewolwerowiec z mrocznym sekretem (Josh Hartnett) oraz genialny, ale owładnięty obsesją Victor Frankenstein.
Dla mnie Vanessa Ives to najlepiej napisana i zagrana postać kobieca w historii horroru. Eva Green, wykracza poza aktorstwo. Scena seansu spirytystycznego z pierwszego sezonu? Miałem ciarki na plecach i autentycznie bałem się patrzeć w ekran. Widziałem w niej postać rozdartą między świętością, a czystym, demonicznym opętaniem. Nie jest to „dama w opałach” – to kobieta, która patrzy szatanowi w oczy i mówi: „To wszystko, na co cię stać?”.



Zawsze lubiłem historię Victora, ale tutaj… tutaj serce mi pękało. Serial pokazuje Potwora nie jako bezmyślną bestię, ale jako najbardziej ludzką, poetycką i cierpiącą istotę w całym Londynie. Ich relacja – pełna nienawiści, wyrzutów sumienia i filozoficznych debat o sensie istnienia – to dla mnie emocjonalny rdzeń tego serialu.

Serial naprawdę świetnie wygląda. Nie jest to sterylne studio. Czuć ten brud, tę wilgoć piwnic i przepych salonów Doriana Graya. Klimat jest tak gęsty, że można go kroić nożem. Twórcy genialnie połączyli klasyczną literaturę grozy w jedną, spójną opowieść. Tutaj egzorcyzmy, wampiry, wilkołaki i czarownice (wątek z Helen McCrory to majstersztyk!) współistnieją w sposób, który wydaje się całkowicie naturalny.

Warto zauważyć, że ten serial nie traktuje widza jak idioty.
Dialogi są przepiękne, wręcz literackie. To horror intelektualny. Kiedy dochodzi do przemocy, jest ona nagła, brutalna i bardzo krwawa. Serial nie bierze jeńców. „Penny Dreadful” uczy, że w potwornościach też można znaleźć piękno. Prezentuje estetykę, która mnie całkowicie pochłonęła.

Mój Werdykt: Pozycja Obowiązkowa
Jeżeli cenisz, głębię psychologiczną postaci, które są „potworami” nie tylko z nazwy, mroczną, gotycką estetykę doprowadzoną do perfekcji i aktorstwo, które sprawia, że zapominasz o oddychaniu.

…to musisz to obejrzeć. Nie jest to serial na raz – to doświadczenie, do którego ja wracam, gdy tylko zatęsknię za prawdziwym, dystyngowanym mrokiem.