Tag Archives: Folk Horror

Wampiry, rasizm i blues – Grzesznicy (Sinners, 2025)

Ryan Coogler, reżyser kojarzony z epickimi widowiskami, w „Grzesznikach” (Sinners, 2025) postawił na gatunkowy powrót do korzeni, serwując nam krwawy i nasączony folklorem horror gotycki. Film ten, osadzony w realiach segregacji rasowej na Południu Stanów Zjednoczonych w latach 30. XX wieku, jest czymś znacznie więcej niż tylko kinem grozy o potworach. To mroczna, niemal biblijna przypowieść o winie, odkupieniu i złu, które karmi się nienawiścią. Coogler mistrzowsko wykorzystuje estetykę tamtej epoki, by zbudować świat, w którym słońce Luizjany nie przynosi ciepła, lecz obnaża to, co powinno pozostać w cieniu.

grzesznicy

Fabuła śledzi losy braci bliźniaków (w obu rolach fenomenalny Michael B. Jordan), którzy wracają do rodzinnego miasteczka, licząc na nowy początek. Ich nadzieje szybko pryskają, gdy okazuje się, że społeczność jest terroryzowana nie tylko przez systemową niesprawiedliwość, ale i przez „coś”, co czai się na obrzeżach cywilizacji. Film genialnie operuje motywem podwójnej tożsamości – Jordan gra przeciwko samemu sobie, tworząc dwie skrajnie różne osobowości złączone wspólnym sekretem. Napięcie między braćmi jest tu tak samo gęste, jak strach przed nadprzyrodzonym zagrożeniem, co sprawia, że każda scena dialogowa ma w sobie ładunek wybuchowy.




Wizualnie produkcja zapiera dech w piersiach. Potwory w „Grzesznikach” nie są bezmyślnymi bestiami; ich wygląd i sposób działania są nierozerwalnie związane z historią miejsca i grzechami jego mieszkańców. Reżyser nie boi się brutalności, ale używa jej z chirurgiczną precyzją, by podkreślić tragizm sytuacji bohaterów. Zdjęcia, operujące głębokimi cieniami i nasyconą czerwienią, tworzą atmosferę sennego koszmaru, z którego nie ma ucieczki, bo najgorsze demony nosimy pod skórą.
Obraz emanuje ciężkim, niemal fizycznym fatalizmem, w którym duszne opary bagien mieszają się z zapachem prochu i starej krwi. Produkcja ta stanowi ambitną próbę połączenia horroru wampirycznego (w jego najbardziej pierwotnej, drapieżnej formie) z dramatem historycznym, co daje efekt świeży i niezwykle niepokojący. Zamiast seryjnych jump-scare’ów, Coogler buduje grozę poprzez narastające poczucie osaczenia – zarówno przez ludzi, jak i przez siły nie z tego świata. Warstwa dźwiękowa, pełna bluesowych motywów przeplatanych nienaturalnymi piskami, potęguje wrażenie obcowania z czymś antycznym i głodnym. Finał filmu, będący krwawym katharsis, pozostawia widza z pytaniem o to, czy prawdziwe potwory rodzą się z klątwy, czy może z milczącego przyzwolenia na zło, które dzieje się tuż obok nas.

„Grzesznicy” to pozycja dla widzów szukających w horrorze rozmachu, świetnego aktorstwa i ważnego społecznego komentarza. To film, który udowadnia, że Michael B. Jordan jest obecnie jednym z najbardziej charyzmatycznych aktorów swojego pokolenia, a Ryan Coogler potrafi odnaleźć mrok nawet w najbardziej znanych schematach. Jeżeli szukasz seansu, który połączy dreszcz grozy z emocjonalnym nokautem, ten powrót do Luizjany lat 30. jest absolutnym punktem obowiązkowym.

Zwiastun filmu „Grzesznicy”

Smętny irlandzki folk horror „The Morrigan” (2025)

Gdyby „The Morrigan” (2025) Columa Eastwooda miała być irlandzką odpowiedzią na „The Witch” Roberta Eggersa, to niestety jest to odpowiedź udzielona szeptem, w dodatku w bardzo ciemnym pokoju, w którym nic nie widać. Zasiadając do seansu tego folk horroru, liczyłem na drapieżną, mitologiczną ucztę, która wgryzie się w moje gardło celtyckim pazurem. Zamiast tego dostałem nużący spacer po lesie, po którym jedyne, co czuję, to rozczarowanie.

morrigan

Mój entuzjazm opadł szybciej niż temperatura w dublińskim porcie. Tematem filmu jest powrót archeolog (Saffron Burrows) do rodzinnych stron w Irlandii, gdzie jej córka staje się celem starożytnej, tytułowej bogini wojny i śmierci. Scenariusz niestety kuleje od pierwszej minuty – fabuła wlecze się niemiłosiernie, a interesujący punkt wyjścia szybko zmienia się w festiwal gatunkowych klisz, które widziałem już dziesiątki razy, tylko w znacznie lepszej formie. Mimo moich szczerych chęci, intryga nie potrafiła mnie zainteresować, a scenariuszowi zwyczajnie zabrakło „mięsa”.




Przyznam szczerze, że moje serce fana horrorów nie zabiło szybciej ani razu. Czy film jest straszny? Absolutnie nie. Reżyser postawił na tzw. slow burn, ale zapomniał o podpaleniu lontu. Oto co mnie najbardziej zabolało:

Niewykorzystany potwór: Sama Morrigan pojawia się rzadko, a jej design to szczyt lenistwa – postać w kapturze z doklejonymi piórami wygląda bardziej jak cosplayer z niskim budżetem niż potężne bóstwo.

Brak napięcia: Sceny, które miały mnie przerażać, są przewidywalne do bólu. Każdy „jump scare” czułem z kilometra, a napięcie ulatywało wraz z kolejnymi minutami pustych kadrów.

Ugrzeczniona rzeź: Jak na opowieść o bogini wojny, film ma konsystencją kiślu. Brakuje tu konkretnych, krwawych scen, które nadałyby tej historii ciężaru. Wszystko jest niedopowiedziane w sposób, który nie intryguje, lecz po prostu nudzi.

Klimat miał być mroczny, a wyszedł po prostu… niedoświetlony. Kupiłbym tę wizję, gdybym cokolwiek widział na ekranie, ale zdjęcia są tak ciemne, że momentami zastanawiałem się, czy mój telewizor się nie wyłączył. Gra aktorska Saffron Burrows wydała mi się sztywna i pozbawiona emocjonalnego nerwu, a ścieżka dźwiękowa to generyczne smyczki, które wyleciały mi z głowy jeszcze przed napisami końcowymi. Scenografia irlandzkiej prowincji miała potencjał, ale została zmarnowana.

Szybki podgląd
Krwawe trofeum: Brak. Serio, nawet klucz do kół z „Sorority Row” miał w sobie więcej charakteru niż cokolwiek w tym filmie.

Zgrzyt: Fatalne oświetlenie i tempo, które sprawia, że 90 minut seansu ciągnie się jak trzygodzinna litania.

Mój werdykt w jednym zdaniu: „The Morrigan” to filmowy odpowiednik mgły – na początku wydaje się klimatyczny, ale ostatecznie okazuje się, że to tylko dużo pary, która zasłania brak jakiejkolwiek treści.

Statystyki seansu:
Body count: 2/10 (emocjonalnie martwy jest głównie widz)

Poziom adrenaliny: Niższy niż przy parzeniu melisy

Ilość zużytego osocza: Symboliczna łyżeczka

Dla kogo?
Oglądaj, jeśli: Cierpisz na bezsenność i potrzebujesz bardzo ciemnego, powolnego wygaszacza ekranu z irlandzkim akcentem w tle.

Odpuść, jeśli: Szukasz w horrorze emocji, sprawnego budowania grozy lub chcesz faktycznie zobaczyć to, co dzieje się na ekranie. Zamiast tego włącz „The Witch” – zaoszczędzisz sobie rozczarowania.

Zwiastun „The Morrigan” (2025)

Autobus pełen obłędu – recenzja serialu Bloodride

Czas na coś dla fanów krótkich, treściwych i makabrycznych opowieści. „Bloodride” (Blodtur) z 2020 roku to norweska antologia horroru od Netfliksa, która zabiera nas w podróż autobusem widmo. Każdy odcinek to osobna stacja, inna historia i zupełnie inny rodzaj lęku. Jeśli lubicie „Czarne lustro”, ale wolicie, gdy zamiast technologii straszą mordercze instynkty i czarny jak smoła skandynawski humor, to ten bilet jest dla Was.

bloodride

To, co wyróżnia „Bloodride”, to unikalna, północna aura. Norwedzy mają specyficzne podejście do grozy – jest surowo, bezlitośnie, a pod warstwą codzienności zawsze czai się coś obrzydliwego. Twórcy Kjetil Indregard i Atle Knudsen stworzyli serial, który nie marnuje czasu. Każdy epizod trwa około pół godziny, co sprawia, że narracja jest skondensowana, a finałowe twisty uderzają z siłą rozpędzonej ciężarówki.

Przystanki na drodze do piekła
Klamrą spinającą całość jest tajemniczy, milczący kierowca autobusu i pasażerowie, których losy poznajemy w kolejnych odcinkach. Fabuły są zróżnicowane: od mrocznych rytuałów na norweskiej prowincji, przez biurowe intrygi, które kończą się rozlewem krwi, aż po opowieści o psychopatach ukrytych za maską normalności.

Scenariusze opierają się na klasycznym schemacie „uważaj, o czym marzysz”. Każdy z bohaterów ma jakiś sekret lub grzeszne pragnienie, które staje się katalizatorem jego zguby. To, co kupiło mnie najbardziej, to przewrotność – kiedy myślisz, że już wiesz, dokąd zmierza ta historia, twórcy gwałtownie skręcają w stronę makabrycznego żartu.

Groza w skandynawskim wydaniu
Pod kątem elementów grozy „Bloodride” to prawdziwy kalejdoskop. Mamy tu krwawe sceny typu slasher, duszny thriller psychologiczny oraz elementy nadprzyrodzone zakorzenione w lokalnym folklorze. Czy serial przeraża? Momentami tak, ale częściej buduje stan silnego dyskomfortu. To groza sytuacyjna, wynikająca z faktu, że zło siedzi w ludziach tuż obok nas.

Klimat oscyluje między powagą a groteską. Norwegowie potrafią sprawić, że najzwyklejsza kolacja czy przeprowadzka do nowego domu stają się areną walki o przetrwanie. Atmosfera jest chłodna, wręcz kliniczna, co tylko potęguje wrażenie brutalności, gdy na ekranie w końcu pojawia się krew.

Realizacyjna precyzja
Wizualnie serial trzyma bardzo wysoki poziom. Zdjęcia są surowe, nasycone chłodnymi barwami, co jest znakiem rozpoznawczym skandynawskich produkcji. Gra aktorska jest bardzo naturalna – nie ma tu przerysowania, co sprawia, że ekranowe okrucieństwo wydaje się dziwnie rzeczywiste. Ścieżka dźwiękowa subtelnie buduje napięcie, ustępując miejsca ciszy w momentach, gdy strach powinien wybrzmieć najmocniej.

Mój werdykt: To idealna propozycja na jeden lub dwa wieczory. Krótka forma nie pozwala na nudę, a skandynawski pazur sprawia, że te historie zostają pod skórą znacznie dłużej niż amerykańskie blockbustery.

Szybki podgląd:
Body count: Zmienny w zależności od odcinka, ale bywa widowiskowo i bez litości dla głównych bohaterów.

Klimat: Zimny, ironiczny i duszny. Skandynawska codzienność w krzywym zwierciadle horroru.

Elementy grozy: Od brutalnych morderstw, przez mroczne kulty, aż po psychologiczną paranoję. Każdy znajdzie swój ulubiony rodzaj lęku.

Największy atut: Krótka, zwarta forma i zaskakujące zakończenia każdego odcinka.

Oglądaj, jeśli: Lubisz antologie typu „Opowieści z krypty” czy „Creepshow”, ale szukasz nowocześniejszego, bardziej surowego klimatu.
Odpuść, jeśli: Nie przepadasz za czarnym humorem w horrorze i wolisz długie, rozbudowane historie z happy endem. Tutaj autobus zawsze kończy w przepaści.

Zwiastun „Bloodride” (Blodtur)