Tag Archives: body horror

Spotkanie z diablicą w filmie Val

„Val” (2021) to stylowy, niemal perwersyjny miks thrillera, czarnej komedii i horroru, który pachnie tanim winem, drogimi perfumami i… siarką.
Jako gość, który uwielbia filmy typu „one location” (akcja w jednym miejscu), bawiłem się tu świetnie, bo Val to gra w kotka i myszkę, gdzie do samego końca nie wiesz, kto kogo tak naprawdę zagonił w kozi róg.

val horror

„Val” – Złodziej, prostytutka i coś znacznie gorszego
John jest przestępcą na gigancie. Uciekając przed policją, włamuje się do luksusowej willi, w której zastaje Val – luksusową damę do towarzystwa. John myśli, że złapał Pana Boga za nogi: ma kryjówkę i zakładniczkę. Jednak szybko zdaje sobie sprawę, że Val nie jest „ofiarą”, a jej profesja to tylko przykrywka dla czegoś, co wykracza poza ludzkie pojmowanie.

Neon-Noir spotyka Okultyzm: To wygląda obłędnie!
Pierwsze, co mnie rzuciło na kolana, to estetyka. Film jest przesiąknięty neonowym fioletem, czerwienią i głębokim cieniem. Czułem się, jakbym oglądał mroczniejszą wersję Johna Wicka, w której ktoś nagle otworzył bramy piekła. Wizualnie to absolutna perełka indie horroru – każde ujęcie w tym domu jest dopieszczone tak, żebyś czuł się jednocześnie zachwycony i zaniepokojony.

Misha Reeves jako Val – Totalna hipnoza
Powiem to szczerze: ten film stoi jedną rolą. Misha Reeves jako Val jest niesamowita. Jest w niej coś z klasycznej femme fatale, ale doprawionej demonicznym szaleństwem. Obserwowałem ją z zapartym tchem – w jednej chwili jest uwodzicielska i spokojna, by za sekundę pokazać pazury (dosłownie i w przenośni). To postać, której nie da się nie lubić, nawet gdy robi rzeczy absolutnie potworne.

Od thrillera do rzeźni: Ewolucja grozy
Film zaczyna się jak klasyczny thriller o uciekinierze, ale z każdą minutą „odkleja się” od rzeczywistości. Kiedy w końcu maski opadają (i to dosłownie), dostajemy solidną dawkę body horroru. Nie ma tu CGI – jest za to pomysłowa charakteryzacja, która sprawiła, że parę razy mrużyłem oczy z uznaniem.

Moja subiektywna opinia
Dla mnie Val to taki „ukryty klejnot”, o którym mało kto mówi, a szkoda.

Klimat: To horror „z przymrużeniem oka”, ale wciąż potrafiący być brutalnym. Przypominał mi trochę klimatem What We Do in the Shadows, gdyby postacie były bardziej złośliwe i sexy.

Dynamika: Podobało mi się, jak John (Zachary Knighton) powoli traci grunt pod nogami. To satysfakcjonujące patrzeć, jak pewny siebie facet uświadamia sobie, że włamał się do jaskini lwa… albo raczej demonicy.

Mój Werdykt: Stylowa jazda bez trzymanki
Jeżeli lubisz:

– Horrory kameralne, skupione na dwójce bohaterów.

– Stylową oprawę wizualną (neony, gra świateł).

– Opowieści o silnych, nieludzkich postaciach kobiecych, które dyktują warunki.

…to „Val” Cię zachwyci. To idealny film na późny wieczór, kiedy chcesz obejrzeć coś „innego”, co nie boi się być odważne i lekko zwariowane.

Horror o wilkołakach – Żądza Krwi (Bloodthirsty 2020)

Nie da się ukryć, że jako wierny fan wilkołaków, zawsze szukam czegoś, co odświeży ten nieco zakurzony gatunek. I wtedy natrafiłem na film „Żądza Krwi” (Bloodthirsty, 2020). Ten film to nie jest kolejna opowieść o facecie, któremu rosną włosy na dłoniach podczas pełni. To intymny, niemal klaustrofobiczny body horror o cenie ambicji. Poczułem go całą skórą, bo zamiast na akcję, stawia na powolne, bolesne przeobrażenie duszy i ciała.

wilkolaki

Grey to młoda piosenkarka indie, która odnosi sukcesy, ale walczy z przerażającymi wizjami. Kiedy dostaje zaproszenie do odludnego studia legendarnego (i owianego złą sławą) producenta Vaughna Sillsa, decyduje się tam pojechać ze swoją dziewczyną. Vaughn ma pomóc jej nagrać album życia, ale jego metody są… specyficzne. Grey zaczyna pragnąć surowego mięsa, a jej muzyka staje się coraz bardziej drapieżna.

To, co w tym filmie uwielbiam, to połączenie procesu twórczego z metamorfozą. Grey pisze piosenki, które są coraz lepsze, im bardziej staje się „zwierzęciem”. Jako entuzjasta horroru widzę tu genialną metaforę: sztuka to karmienie się własnym bólem i krwią. Ścieżka dźwiękowa jest tu fenomenalna – te piosenki naprawdę brzmią jak coś, co mogłoby powstać w środku lasu, w głowie kogoś, kto powoli traci człowieczeństwo.

Klimat izolacji jest tu niemal fizyczny. Studio w lesie, otoczone śniegiem, staje się dla Grey klatką, ale też jedynym miejscem, gdzie może być sobą. Vaughn Sills (w tej roli świetny Greg Bryk) jest jak wąż kusiciel. Obserwowanie ich relacji – tego przeciągania liny między mentorem a ofiarą – sprawiało, że czułem ogromny niepokój. Nie wiedziałem, czy on chce jej pomóc, czy po prostu chce ją „zjeść”.

Niesamowite wrażenie robią zmiany zachodzące w Grey – jej skóra, oczy, sposób, w jaki patrzy na swoją dziewczynę – są subtelne, a przez to o wiele bardziej przerażające. Kiedy w końcu dochodzi do kulminacji, jest ona surowa, krwawa i bardzo pierwotna. To nie jest „fajny” wilkołak z filmów akcji. To bolesna anomalia natury.

„Żądza Krwi” przypomniała mi, dlaczego tak bardzo lubię kanadyjskie horrory (w stylu klasycznego Ginger Snaps). One zawsze mają w sobie jakąś taką melancholię i brud.

Grey: Jej przemiana nie jest tylko fizyczna. To film o akceptacji własnej, mrocznej natury. Czułem jej strach, ale też tę dziwną, perwersyjną ekscytację, gdy w końcu przestaje brać leki hamujące jej instynkty.

Finał: Bez spoilerów – końcówka domyka wątek rodzinnych tajemnic w sposób, który może wydawać się znajomy, ale w tym mroźnym klimacie siada idealnie.

Mój Werdykt: Perełka dla koneserów “Slow-burn”
Jeżeli szukasz:

– Horroru, który jest artystyczny i nastrojowy.

– Nowego spojrzenia na mit wilkołaka (bez kiczu).

– Opowieści o tym, że wielka kariera wymaga poświęcenia dosłownie wszystkiego.

…to „Żądza Krwi” jest filmem dla Ciebie. To idealny seans na zimny wieczór, najlepiej z herbatą (albo czymś mocniejszym, jeśli poczujesz głód).

Miłość, która nie uznaje granic – „Grace” (2009)

„Grace” to film Paula Soleta, który uchodzi za jeden z najbardziej niepokojących dramatów grozy. „Grace” pokazuje najbardziej mroczną i wynaturzoną formę instynktu macierzyńskiego. To nie jest film o demonach z piekła rodem, ale o potworności, która rodzi się z czystej miłości i rozpaczy.

grace horror

Madeline Matheson jest w zaawansowanej ciąży. Dochodzi do tragicznego wypadku samochodowego, w którym ginie jej mąż, a lekarze stwierdzają śmierć płodu. Zrozpaczona Madeline decyduje się jednak donosić ciążę do terminu, by pożegnać się z dzieckiem. Dochodzi do cudu – dziewczynka, nazwana Grace, rodzi się żywa. Szybko jednak okazuje się, że dziecko nie jest „normalne”. Grace nie przyjmuje mleka matki, jej ciało przyciąga muchy, a jedynym sposobem, by utrzymać ją przy życiu, jest karmienie jej ludzką krwią.

„Grace” to całkiem ciekawa propozycja niekonwencjonalnego horroru, w którym reżyser zrezygnował z efektownych pościgów czy potworów na rzecz powolnej, klinicznej obserwacji rozpadu moralnego matki. To horror typu „slow-burn”, który z każdą minutą coraz bardziej zaciska pętlę na szyi widza. Jest to film dla tych, którzy szukają w grozie autentycznego, fizycznego dyskomfortu.

Film operuje przede wszystkim odrazą oraz współczuciem. Groza w „Grace” płynie z biologicznego koszmaru. Widok matki, która z miłości do dziecka posuwa się do rzeczy niewyobrażalnych, jest o wiele straszniejszy niż jakikolwiek demon. Napięcie budowane jest przez ciszę, płacz dziecka, który brzmi „nie tak”, i narastający zapach rozkładu, który niemal czuć przez ekran. Film przeraża, bo dotyka lęku przed chorobą, śmiercią noworodka i utratą zmysłów.

Głównym motywem filmu jest bezwzględna siła instynktu macierzyńskiego i żałoba, która prowadzi do obłędu. Fabuła skupia się na pytaniu: jak daleko posunie się matka, by utrzymać przy życiu swoje dziecko? Potworem w pewnym sensie jest tu samo niemowlę – mała Grace, która jest „żywym trupem” – ale prawdziwe przerażenie budzi determinacja Madeline. To horror o poświęceniu, które staje się zbrodnią, i o tym, że miłość potrafi zaślepić na najbardziej oczywiste zło.

„Grace” to mistrzowski przykład body horroru. Groza jest osiągana przez detale fizjologiczne – krew, muchy krążące nad kołyską, bladość skóry dziecka, ból karmienia. Film nie potrzebuje wielkich efektów; wystarczą zbliżenia na twarz Madeline i reakcje otoczenia na specyficzny odór wydobywający się z jej domu. To horror „mięsisty”, bardzo bliski ciału, który sprawia, że widz czuje się fizycznie brudny po seansie.

Gra aktorska Jordan Ladd jako Madeline jest genialna. Aktorka oddała stan emocjonalnego otępienia i fanatycznego oddania w sposób niesamowicie wiarygodny. Jej transformacja z radosnej przyszłej matki w cień człowieka jest wstrząsająca. Klimat filmu jest chłodny, niemal laboratoryjny, co mocno kontrastuje z brudną, krwawą tematyką. Scenografia domu, który staje się sterylnym grobowcem, potęguje wrażenie izolacji i paranoi.

Werdykt: Horror dla Widzów o Mocnych Żołądkach
Zdecydowanie warto obejrzeć ten film, jeśli szukasz czegoś, co naprawdę „wejdzie Ci pod skórę”!

Polecam go każdemu, kto:

– Ceni horrory niezależne, które stawiają na atmosferę i psychologię zamiast na akcję.

– Lubi body horror w stylu wczesnego Cronenberga, gdzie groza dotyczy ludzkiego ciała i jego funkcji.

– Chce zobaczyć jedno z najbardziej oryginalnych i niepokojących ujęć tematu wampiryzmu (choć to słowo w filmie nie pada).