Wyobraź sobie zapomniane przez boga miasteczko, gdzie zapach zepsutych ryb miesza się z lepkim, paraliżującym strachem. Howard Phillips Lovecraft zaprasza w podróż do miejsca, z którego nie ma łatwego powrotu. Lovecraft nie potrzebował duchów ani upiornych zamków. Wystarczyło mu zgniłe miasteczko, kilku podejrzliwych mieszkańców i jedna prosta zasada: najgorszy potwór może mieszkać w twojej własnej rodzinie. Narrator opowiada o tajnym śledztwie prowadzonym przez amerykański rząd w zrujnowanym miasteczku Innsmouth w Massachusetts. Zaczyna się jak nudna wycieczka krajoznawcza po Nowej Anglii. Kończy się jak najgorszy koszmar jaki mógłby przyśnić się komukolwiek.
Młody student, wciąż bezimienny, trafia do Innsmouth niemal przez przypadek, w ramach swojej podróży po regionie. Miasteczko okazuje się zrujnowane i odizolowane, a jego mieszkańcy noszą dziwne, rybie deformacje oraz zachowują się skrycie i wrogo. Zanim jeszcze wysiądzie z autobusu, kierowca ostrzega go, żeby trzymał się z daleka. Rada, której oczywiście nikt w literaturze grozy nigdy nie posłucha, bo gdyby posłuchał, nie byłoby książki.
Miasto samo w sobie jest bohaterem tej opowieści, i to bohaterem parszywym, cuchnącym solą i zgnilizną. Rozpadające się domy, puste ulice, spojrzenia rzucane spod oka — Lovecraft buduje ten klimat z cierpliwością chirurga, który wie dokładnie, gdzie ma ciąć. Nastrój gęstnieje wolniej niż mgła nad portem, ale kiedy już opada na czytelnika, nie sposób się spod niej wydostać.
Kluczową postacią, poza samym narratorem, jest Zadok Allen, miejscowy pijaczyna, który za odpowiednią cenę w alkoholu zdradza prawdę o mieście. Zadok wyjaśnia, że innsmouthski kupiec Obed Marsh odkrył rasę przypominających ryby humanoidów zwanych Głębinowcami. Gdy miasto popadło w biedę, Obed założył kult zwany Ezoterycznym Zakonem Dagona, który w zamian za bogactwo, obfite połowy i niezwykłą biżuterię, oferował Głębinowcom ludzkie ofiary. Brzmi jak fatalna decyzja biznesowa, prawda? Cała reszta miasteczka zapłaciła za nią do dziś, całymi pokoleniami krwi zmieszanej z czymś, co nie powinno mieć prawa rozmnażać się z ludźmi.
Prawdziwy dreszcz pojawia się jednak później, gdy fabuła skręca w stronę osobistą. Narrator, próbując uciec z miasta, zaczyna odkrywać nieprzyjemne fakty o własnym drzewie genealogicznym. Odkrycie przodków z rodu Marshów oraz towarzyszące mu fizyczne zmiany prowadzą bohatera do przerażającego wniosku o nieuchronności przemiany. Nagle okazuje się, że nie da się uciec od czegoś, co płynie w żyłach, bez względu na to, jak szybko się biegnie i jak daleko się wyjeżdża. To chyba najbardziej przewrotny żart, jaki Lovecraft kiedykolwiek zafundował swoim bohaterom — najstraszniejszy potwór okazuje się czekać w lustrze, nie w oceanie.
Zakończenie jest jednym z najbardziej niepokojących w całej twórczości autora, bo nie oferuje żadnej ucieczki ani oczyszczenia. W finałowej scenie bohater odpowiada na wezwanie morza i dołącza do Głębinowców w ich podwodnym mieście, kompletnie tracąc człowieczeństwo na rzecz istnienia sięgającego początków czasu. Nie ma tu happy endu w klasycznym sensie. Jest coś gorszego i dziwniejszego — akceptacja, niemal ulga. Groza przechodzi w coś na kształt smutnej, mrocznej kołysanki.
Trzeba jednak przyznać uczciwie: proza Lovecrafta bywa męcząca. Zdania ciągną się jak mgła nad Innsmouth, przymiotniki piętrzą się jedne na drugich, a narrator uwielbia informować czytelnika, że coś jest „niewymownie odrażające”, zamiast po prostu to pokazać. Współczesny czytelnik przyzwyczajony do szybszego tempa może się w pewnych momentach zniecierpliwić. Do tego dochodzi kwestia, o której trudno dziś milczeć — rasistowski podtekst degeneracji i „skażonej krwi” wybrzmiewa w tekście wyraźnie i nieprzyjemnie, niezależnie od tego, jak bardzo ktoś chciałby czytać to wyłącznie metaforycznie.
Werdykt
Widmo nad Innsmouth to lektura obowiązkowa dla każdego, kto interesuje się horrorem kosmicznym i chce zrozumieć, skąd wzięła się cała współczesna popkultura macek, głębin i odwiecznych bogów. Dla fanów budowania nastroju przez detal, powolne odsłanianie prawdy i finał bez pocieszenia — pozycja absolutnie kluczowa.
Kto powinien ją omijać? Czytelnicy szukający dynamicznej akcji i naturalnych dialogów rozczarują się szybko. Osoby wrażliwe na przestarzałe, problematyczne podteksty rasowe powinny podchodzić do tekstu ze świadomością kontekstu historycznego, bo autor niczego tu nie ułatwia. A jeśli ktoś planuje w najbliższym czasie badanie własnego drzewa genealogicznego — może warto to odłożyć na później.
