Miasteczko Flint City w stanie Oklahoma zostaje ugodzone w samo serce. Śledczy odnajdują zmasakrowane zwłoki jedenastoletniego chłopca, a ślady prowadzą prosto do lokalnego bohatera. Stephen King w powieści „Outsider” serwuje czytelnikom literackie danie, które zaczyna się jak rasowy kryminał, by z czasem bezczelnie skręcić w stronę mrocznego horroru. Król Grozy po raz kolejny udowadnia, że potrafi rzucić potężny cień na pozornie bezpieczną amerykańską prowincję. Powieść intryguje, drażni zmysły i nie pozwala o sobie zapomnieć, choć w drugiej połowie zmienia reguły gry.
Fabuła przypomina misternie utkaną pajęczynę, w którą wpada detektyw Ralph Anderson. Ofiarą potwornego morderstwa pada młody Frankie Peterson, a głównym podejrzanym staje się Terry Maitland – uwielbiany trener młodzieżowych drużyn, przykładny mąż i nauczyciel angielskiego. Dowody krzyczą o jego winie. Odciski palców, ślady DNA i zeznania świadków są twarde jak granit. Detektyw Anderson decyduje się na widowiskowe, publiczne aresztowanie trenera podczas meczu.
Wtedy właśnie King genialnie wywraca planszę do góry nogami. Obrona Maitlanda przedstawia równie żelazne alibi. Nagranie telewizyjne z konferencji w innym mieście, gdzie Terry przebywał w momencie zabójstwa. Fizyka bezradnie rozkłada ręce. Człowiek nie może przecież znajdować się w dwóch miejscach jednocześnie. Akcja toczy się dynamicznie, a styl pisania Kinga jest chirurgicznie precyzyjny.
Mistrz grozy dawkuje strach z aptekarską dokładnością. Najbardziej przeraża bezwzględna, lodowata pewność, że w spokojną społeczność wkradło się nienazwane zło. Napięcie narasta niczym woda w zalewanej jaskini, odcinając bohaterom dopływ tlenu. Najgłębszy lęk budzi tu świadomość, że rzeczywistość zaczyna gnić na naszych oczach, a racjonalne umysły muszą skapitulować przed czymś niepojętym.
Krwawe i makabryczne opisy zbrodni na samym początku książki mogą wywołać u czytelnika potężne mdłości. King nie bierze jeńców, malując brutalne sceny bardzo ciemnymi barwami. Prawdziwym antagonistą tej opowieści okazuje się starożytna, mityczna istota – El Cuco. Znany z meksykańskiego folkloru bogeyman, który żywi się ludzkim cierpieniem i strachem.
Ten bezwzględny outsider potrafi kraść tożsamość poprzez proste zadrapanie, by potem przybierać twarze swoich ofiar. Proces transformacji potwora jest obrzydliwy i fascynujący zarazem. Bestia rzuca wyzwanie śledczym, manipulując ludźmi za pomocą fizycznego bólu i koszmarnych wizji.
Atmosfera w Flint City jest gęsta, lepka i duszna niczym powietrze przed niszczycielskim cyklonem. King po mistrzowsku portretuje tragedię, która niczym zaraza niszczy kolejne życia. Rodzina zamordowanego chłopca dosłownie rozpada się pod ciężarem żałoby, generując niemal namacalny, przygniatający smutek. Miasto pogrąża się w paranoi. Przyjaciele stają się wrogami, a na ulicach króluje nieufność. Nastrój książki przypomina samotny spacer po cmentarzu o zmierzchu – niby wszystko jest na swoim miejscu, ale każdy szelest wywołuje gęsią skórkę.
Czy warto spotkać Outsidera?
Wizyta w świecie wykreowanym przez Kinga to absolutny obowiązek dla każdego fana mocnych wrażeń. Książka broni się jako wyśmienity mariaż thrillera z rasową opowieścią paranormalną, w której pojawia się również uwielbiana przez czytelników bohaterka, Holly Gibney. Choć finałowe starcie w mrocznej jaskini może wydawać się nieco zbyt pośpieszne w porównaniu do genialnego, powolnego wstępu, cała podróż w głąb tej ciemności pozostaje niezwykle satysfakcjonująca. Warto po nią sięgnąć, chociażby po to, by po lekturze z dużą ostrożnością przyglądać się własnemu odbiciu w lustrze.

