Category Archives: Pisarze Horror

Tajne eksperymenty medyczne w horrorze Gen – H.A. Knight

Cześć, mroczne dusze! Przygotujcie się na coś, co sprawi, że Wasze DNA zacznie tańczyć kankana ze strachu. Dzisiaj bierzemy na warsztat książkę, przy której medyczne thrillery Robina Cooka wyglądają jak instrukcja obsługi tostera. Jeśli „Park Jurajski” porzuciłby rodzinne wartości, przedawkował sterydy i zamknął się w ciemnej piwnicy z najbardziej szalonym naukowcem świata, to wynikiem tej toksycznej relacji byłby właśnie „Gen”.

gen horror

Szybki rzut okiem
Krwawe trofeum: Za sceny „przebudowy” ludzkiego ciała, które sprawią, że poczujesz dyskomfort we własnej skórze.

Zgrzyt: Niektóre naukowe wyjaśnienia wymagają lekkiego przymrużenia oka, ale hej – nie przyszliśmy tu po doktorat z biologii, tylko po dreszcze!




„Gen” to jazda bez trzymanki po najciemniejszych zakamarkach inżynierii genetycznej. Knight wziął klasyczny lęk przed tym, co nieznane i „ulepszone”, a potem ubrał to w szaty bilogicznego horroru. Książka jest wciągająca niczym ruchome piaski wypełnione piraniami. To pozycja obowiązkowa dla każdego, kto uważa, że natura czasem potrzebuje… korekty (nawet jeśli ta korekta ma za dużo zębów).

Fabuła to czysty, destylowany dynamit. Mamy odizolowane miejsce opuszczoną platformę wiertniczą, ambitny projekt i eksperyment, który mówi: „Sprawdzam” całej ludzkości. Akcja pędzi na złamanie karku, nie dając czytelnikowi czasu na złapanie oddechu. Co do stylu Knighta – jest konkretny, mięsisty i bardzo wizualny. Autor pisze tak, jakby montował film akcji; krótkie cięcia, mocne obrazy i tempo, które sprawia, że kartki same się przewracają.

Czy książka jest straszna? Tak, ale to strach typu „coś zaraz wyskoczy z mroku”, zmieszany z głębokim niepokojem o to, jak bardzo możemy ingerować w kod życia. Moje serce biło szybciej za każdym razem, gdy bohaterowie wchodzili do kolejnego „zabezpieczonego” sektora. Spoiler: zabezpieczenia w horrorach działają rzadziej niż polskie pociągi w zimie.

Knight nie bawi się w subtelności.

Potwory: Mamy tu do czynienia z istotami, które są kpiną z ewolucji. To hybrydy, które nie powinny istnieć, a jednak są boleśnie realne.

Sceny gore: Krwawe opisy są serwowane z chirurgiczną precyzją. Jeśli widok wywróconych na lewą stronę tkanek i modyfikacji genetycznych idących w bardzo złym kierunku Was kręci, będziecie w niebie. Albo w bardzo stylowym piekle.

Nastrój książki to unikalna mieszanka sterylnego, laboratoryjnego chłodu i pierwotnego, zwierzęcego instynktu przetrwania. Czujesz ten zapach ozonu, metalu i strachu. To klimat absolutnego zagrożenia, gdzie technologia, zamiast nas chronić, staje się naszą klatką.

Licznik Grozy

Body count: 7/10 (jakość zgonów nadrabia ilość!)

Skala mutacji: 10/10

Poziom paranoi: Wysoki

Mój werdykt w jednym zdaniu:
„Gen” to krwawy list miłosny do fanów techno-horroru, który udowadnia, że zabawa w Boga zawsze kończy się wizytą u bardzo złego dentysty.

Dla kogo jest ta książka?

Czytaj, jeśli: Uwielbiasz „Resident Evil”, fascynują Cię mroczne sekrety korporacji i nie boisz się krwi na stronach powieści.

Odpuść sobie, jeśli: Mdlejesz na widok skalpela i wolisz horrory o grzecznych duchach, które tylko przesuwają szklanki po stole.

Czy warto przeczytać? Zdecydowanie tak! To solidna dawka adrenaliny, która przypomni Wam, dlaczego warto czasem zostawić naturę w spokoju. Tylko nie czytajcie tego przed wizytą u lekarza… możecie zacząć podejrzliwie patrzeć na każdą fiolkę z krwią!

Mroźna groza w książce Demon Zimna – Graham Masterton

Jeśli myśleliście, że globalne ocieplenie to jedyny problem klimatyczny, o który powinniśmy się martwić, to Jim Rook wyprowadzi Was z błędu. W czwartym tomie serii, Masterton funduje nam taką dawkę mrozu, że nawet Elsa z „Krainy Lodu” prosiłaby o termofor. „Demon Zimna” (Snowman) to moment, w którym seria o Rooku wrzuca najwyższy bieg.

W Los Angeles panuje upał, dopóki do miasta nie zawita nowy uczeń w klasie Jima. Jim Rook, nasz ulubiony nauczyciel od „trudnej młodzieży” i jeszcze trudniejszych duchów, zostaje wplątany w intrygę z potwornym demonem zimna w tle.
Akcja nie zwalnia ani na moment. Mamy tu wszystko: starożytną zemstę, demona, który przybiera formę mrożącej krew w żyłach (dosłownie!) istoty i Jima, który próbuje uratować świat, zanim wszyscy zamienią się w kostki lodu do whisky. Styl Mastertona w tej części jest wyjątkowo lekki, niemal sensacyjny, ale nie brakuje mu tego specyficznego „brudu”, za który go kochamy.

demon zimma

Czy książka jest straszna? Bardziej niż rachunek za ogrzewanie w styczniu! Masterton genialnie wykorzystuje kontrast – palące słońce Kalifornii kontra nadnaturalny, wysysający życie mróz.
Masterton nie buduje napięcia szeptami. On wali nas w twarz bryłą lodu i pyta, czy chcemy dokładkę.
Tytułowy „Snowman” to nie jest pocieszny bałwanek z marchewką zamiast nosa. Tylko pierwotna, bezlitosna siła, która sprawia, że krew krzepnie w żyłach.
Masterton opisuje skutki gwałtownego zamrażania ludzkiego ciała z precyzją chirurga-sadysty. Pękające gałki oczne i kruszące się kończyny to tutaj standard.



Panuje tu nastrój totalnej beznadziei ubranej w błękitny odcień lodu. To nie jest „duch ze strychu”, którego można wypędzić modlitwą. To potężna, fizyczna obecność. Czuć desperację Jima, który miota się między światem żywych i umarłych, próbując zrozumieć reguły gry, w której stawką jest życie wielu ludzi.

Statystyki Grozy
Licznik Trupów (Body count): 8/10 (Trupy padają gęsto i w bardzo… sztywnych pozach).
Poziom adrenaliny: Wysoki – finałowa konfrontacja to czysty survival.
Ilość zużytego ciekłego azotu: Galony.
Skala „Creepy”: 4/5 (Widok mroźnego bytu w słonecznym LA robi robotę).

Czy warto przeczytać?
Czytaj, jeśli: Jesteś fanem Jima Rooka, lubisz klimaty „miejskiego horroru” i nie przeszkadza Ci odrobina literackiego szaleństwa.
Odpuść, jeśli: Dopiero zaczynasz przygodę z Mastertonem (lepiej zacząć od pierwszego tomu, choć „Demon Zimna” broni się jako samodzielna historia) lub jeśli szukasz realizmu – tutaj fizyka idzie na długi spacer.

Jim Rook w paszczy Kojota, czyli „Kły i pazury” – Graham Masterton

Jeśli myśleliście, że użeranie się z trudną młodzieżą w West Grove Community College to szczyt stresu, to Jim Rook ma dla Was nowinę: spróbujcie wejść w drogę zazdrosnemu bóstwu z Arizony. „Kły i pazury” to Masterton w swojej szczytowej formie – tam, gdzie łączy miejski brud z etnicznym horrorem, który sprawia, że zaczynasz inaczej patrzeć na cienie w szkolnej szatni.

kły i pazury

W klasie Jima pojawia się Catherine Biały Ptak – piękna Indianka z plemienia Nawaho, która wnosi do szkoły znacznie więcej niż tylko podręczniki. Wraz z nią przybywa Coyote – złośliwy, potężny duch, który uważa Catherine za swoją własność. Każdy, kto na nią spojrzy, zginie. Każdy, kto ją dotknie, zostanie przerobiony na konfetti.
Gdy chłopak dziewczyny zostaje znaleziony w stanie, którego nie poskładałby nawet najlepszy patolog, Jim Rook rozumie, że oceny niedostateczne to jego najmniejszy problem. Do gry wchodzi duch dziadka Rooka (rodzinne wsparcie z zaświatów to podstawa!) oraz Niedźwiedzia Panna – zazdrosna demonica, która tworzy z Kojotem najbardziej toksyczny związek w historii literatury grozy.

Czy to jest straszne? (Atmosfera i Bestie)
To jedna z tych książek, po których boisz się mrugnąć. Masterton świetnie operuje tym, co nazywamy „nieuchronnością”. Wiesz, że zło jest blisko, czujesz zapach dzikiej zwierzyny na korytarzu liceum i słyszysz drapanie pazurów o beton.
W tej książce potwory nie chowają się w szafie. One rozrywają szafę na strzępy, a potem zabierają się za ciebie.

Kojot w wydaniu Mastertona to nie zabawny zwierzak z kreskówek. To ucieleśnienie złośliwości i pierwotnej siły. Do tego Niedźwiedzia Panna – potężna, przerażająca i zabójczo zakochana.
Jeśli myślałeś, że „nieludzko zmasakrowane zwłoki” to tylko figura retoryczna, Masterton szybko wyprowadzi Cię z błędu, serwując opisy, przy których tatar wydaje się daniem wegańskim.

Klimat to genialny miks nowoczesnego, zmęczonego amerykańskiego miasta z dusznym, sennym koszmarem wyciągniętym prosto z rezerwatów Arizony. Jest tu coś z „Widma nad Innsmouth”, ale w wersji z totemami zamiast macek. Czuć narastającą panikę – Jim nie walczy tylko o siebie, ale o całą swoją klasę, która staje się celem dla demonicznej bestii.

Statystyki Grozy
Licznik Trupów (Body count): 9/10 (Masakra w szkole to nie przelewki).

Poziom adrenaliny: Ekstremalny – ucieczka przed Niedźwiedzią Panną to czysty horror survivalowy.

Ilość indiańskich klątw: 100%

Skala „Nigdy nie pójdę do szatni”: Poza skalą.

Mój werdykt w jednym zdaniu:
To mroczna, krwawa i niesamowicie wciągająca podróż w świat mitologii Indian, która udowadnia, że stare legendy mają bardzo ostre kły.

Czy warto przeczytać?
Czytaj, jeśli: Interesujesz się wierzeniami Indian, lubisz horrory dziejące się w szkołach i nie boisz się opisów, które zostają pod powiekami na długo.

Odpuść, jeśli: Jesteś wrażliwy na punkcie zwierząt (nawet tych mitycznych) lub szukasz subtelnej grozy, w której nikt nie traci głowy w dosłownym tego słowa znaczeniu.