Postapokaliptyczne klimaty w filmie “Carriers” (Zabójczy wirus) z 2009 roku

Ciekawe spojrzenie na wizję świata ogarniętego śmiercionośną zarazą prezentuje film Zabójczy wirus (Carriers 2009). Trudno nazwać ten obraz horrorem, to raczej postapokaliptyczny dramat z bardzo pesymistycznym przesłaniem na temat natury ludzkiej.

W zalewie filmów o epidemiach i zombie, Carriers wyróżnia się jako studium psychologiczne ubrane w szaty kina drogi. Film, który nie pozwala o sobie zapomnieć, bo stawia pytanie: „Ile z Twojego człowieczeństwa poświęcisz, by przeżyć jeszcze jeden dzień?”.
Carriers to produkcja wyjątkowo inteligentna. Nie znajdziecie tu efekciarskich wybuchów czy hord biegających nieumarłych. Film jest stonowanym, niezwykle realistycznym thrillerem postapokaliptycznym, który stawia na wiarygodność. Film braci Pastor jest wykonany z ogromną dbałością o emocje, co sprawia, że ogląda się go z narastającym ciężarem na sercu.
Groza w Carriers wynika z paranoi, ze strachu przed zarażeniem. Każda klamka, każda maska na twarzy i każdy przypadkowy kaszel stają się źródłem ekstremalnego napięcia. Wszechobecny lęk egzystencjalny – strach przed niewidzialnym wrogiem (wirusem) oraz przed tym, do czego zdolni są twoi najbliżsi, gdy poczują zagrożenie. Atmosfera jest tak gęsta, że można ją kroić nożem.




Świat został zdemolowany przez globalną pandemię wirusa, który jest praktycznie w 100% śmiertelny. Potworem jest choroba, która powoli i boleśnie wyniszcza ciało, oraz ludzka bezwzględność. Śledzimy losy czwórki przyjaciół, którzy próbują dotrzeć do bezpiecznej przystani nad oceanem, przestrzegając surowych zasad mających utrzymać ich przy życiu.
Choć film nie ocieka krwią w każdej scenie, zawiera momenty, które są niezwykle trudne do oglądania. Groza fizyczna manifestuje się poprzez dosadne pokazanie skutków choroby – gnijące ciało, desperacja zakażonych i makabryczne wybory, przed którymi stają zdrowi. Najbardziej „krwawe” i drastyczne są jednak momenty przemocy emocjonalnej – sceny, w których bohaterowie muszą porzucić tych, których kochają, by ratować siebie.
Scenariusz jest ciekawie skonstruowany. Zamiast skupiać się na szukaniu leku czy ratowaniu świata, skupia się na mikro-skali. Ten film to tak naprawdę opowieść o rozpadzie więzi. Każdy akt dobroci jest tu karany, a każda bezwzględna decyzja nagradzana kolejnym dniem życia. Scenariusz jest nihilistyczny i niezwykle spójny, nie oferuje łatwych rozwiązań ani taniego happy-endu.
Film ma całkiem ciekawy klimat. Akcja dzieje się w pełnym słońcu, na pustynnych bezdrożach Ameryki, co paradoksalnie potęguje uczucie izolacji i beznadziei. Szerokie kadry opustoszałych autostrad i zniszczonych moteli budują nastrój melancholijnej apokalipsy. Film nie jest mroczny wizualnie, ale jego wydźwięk emocjonalny jest czarniejszy niż w większości horrorów dziejących się w nocy.
Obsada jest strzałem w dziesiątkę. Chris Pine gra tu jedną ze swoich najlepszych, najbardziej surowych ról jako lider grupy, który powoli traci moralny kompas. Towarzyszy mu świetna Emily VanCamp oraz poruszający Christopher Meloni w krótkiej, ale rozdzierającej serce roli ojca. Scenografia jest oszczędna, ale niezwykle przekonująca – świat wygląda na wymarły, zakurzony i groźny w swojej ciszy.

Werdykt: Czy warto obejrzeć?
Zdecydowanie warto. Carriers to propozycja dla widzów, którzy szukają w horrorze czegoś więcej niż tylko rozrywki. To ambitny film, który zmusza do refleksji nad własną moralnością. W dobie współczesnych doświadczeń z pandemiami, film ten zyskał zupełnie nowy, niemal proroczy wymiar.

Zwiastun filmu “Carriers” (Zabójczy wirus)

Horror bardzo romantyczny – Wiecznie żywy z 2013

Dziś bierzemy na warsztat film, który udowadnia, że miłość potrafi pokonać wszystko – nawet brak pulsu i postępujący rozkład tkanek.
Jeśli kiedykolwiek zastanawialiście się, co by było, gdyby Romeo zamiast wypić truciznę, po prostu postanowił zjeść mózg Tybalta, a Julia uznała to za urocze – „Wiecznie żywy” (Warm Bodies) z 2013 roku jest odpowiedzią na wasze dziwne fantazje.

wiecznie żywy

Szybki rzut oka
Krwawe trofeum: Za genialne oddanie wewnętrznego monologu zombie. Kto wiedział, że bycie martwym jest tak frustrująco niezręczne?
Zgrzyt: Przemiana „trupów” w ludzi następuje momentami zbyt optymistycznie i gładko, co odbiera filmowi nieco horrorowego pazura.




Reżyser Jonathan Levine zaserwował nam coś, co nazywam „Zom-Comem” (komedią romantyczną o zombie). Poznajemy R (w tej roli świetny Nicholas Hoult), który jest zombie. Ale nie takim zwykłym bezmózgiem – R myśli, czuje pustkę i kolekcjonuje płyty winylowe. Podczas jednego z „polowań” zjada mózg chłopaka Julie (Teresa Palmer), przejmując jego wspomnienia i… zakochując się w niej od pierwszego wejrzenia.
Zamiast ją zjeść, postanawia ją chronić. To punkt wyjścia dla historii, która jest świeżym spojrzeniem na postapokalipsę. Scenariusz kupił mnie swoim humorem i tym, jak ogrywa schematy kina grozy, wywracając je do góry nogami.

Bądźmy szczerzy, jeśli szukacie filmu, po którym będziecie sprawdzać szafę przed snem, „Wiecznie żywy” to nie ten adres. Owszem, mamy tu „Kostuchów” – CGI-stwory, które są stadium zombie tak dalekim od człowieczeństwa, że budzą autentyczny niepokój. Są też sceny konsumpcji mózgów, ale podane z taką dawką ironii, że bardziej bawią niż brzydzą.

„Bycie martwym jest trudne. Chciałbym się po prostu z kimś połączyć, ale zazwyczaj kończy się na tym, że kogoś zjadam.” – Ten cytat idealnie oddaje nastrój filmu.

To, co sprawiło, że moje serce zabiło szybciej, to ścieżka dźwiękowa. Miks alternatywnego rocka i klasyków idealnie buduje melancholijny, a zarazem pełen nadziei nastrój. Zdjęcia w opuszczonym porcie lotniczym mają w sobie coś z estetyki „urban decay”, co wygląda obłędnie.

Gra aktorska? Nicholas Hoult jako R jest genialny. Musiał przekazać całe spektrum emocji, niemal nie używając słów i poruszając się jak paralityk. Chemia między nim a Teresą Palmer jest tak autentyczna, że w pewnym momencie zapominasz, że on technicznie rzecz biorąc… śmierdzi.

Licznik i Skala
Body count: 4/10 (Zależy, czy liczymy ludzi, czy „odżywających” zombie)

Poziom adrenaliny: Niski/Średni

Ilość zużytego sztucznego osocza: Umiarkowana – to raczej estetyczne „plamy” niż rzeźnia.

Werdykt
Mój werdykt w jednym zdaniu: To stylowy, uroczy i zaskakująco mądry film, który pokazuje, że horror nie zawsze musi kończyć się stosem trupów, by być satysfakcjonujący.

Oglądaj, jeśli:

– Lubisz horrory z przymrużeniem oka.

– Szukasz czegoś na „randkę z dreszczykiem”, co nie wystraszy twojej drugiej połówki na śmierć.

– Cenisz świetne soundtracki i niecodzienne podejście do tematu apokalipsy.

Odpuść, jeśli:

– Uważasz, że zombie powinny tylko biegać i rozrywać gardła (styl 28 dni później).

– Nie znosisz wątków romantycznych w horrorze.

Zwiastun filmu Wiecznie Żywy