Archiwa tagu: thriller

Thriller science fiction Pod Kopułą – Stephen King

Gdyby William Golding pisząc „Władcę Much” zamiast bezludnej wyspy użył gigantycznej, niewidzialnej szklanki z Ikei, a zamiast dzieci zamknął w niej bandę dorosłych Amerykanów z prowincji, to myślę, że wynik tego eksperymentu wyglądałby dokładnie jak w powieści„Pod Kopułą” Stephena Kinga.

pod kopułą

„Pod Kopułą” to ponad tysiącstronicowa, literacka wiwisekcja małego miasteczka. Król Horroru postanowił sprawdzić, jak szybko nowoczesne społeczeństwo potrafi zdziczeć, gdy odetnie mu się dopływ świeżego powietrza i prawa.

Szybki rzut oka na tę cegłę
Krwawe trofeum: Za bezlitosną, makabryczną i absolutnie genialną scenę opadnięcia Kopuły. Moment, w którym niczego niespodziewający się świstak zostaje przecięty na pół, a przelatujący samolot rozbija się o barierę, to czysta, chirurgiczna groza.

Zgrzyt: Samo wyjaśnienie pochodzenia Kopuły w finale. Kiedy po 900 stronach budowania genialnego napięcia dowiadujesz się, kto za tym stoi, masz ochotę cisnąć tą grubą cegłą w okno. Nie robisz tego tylko dlatego, że książka kosztowała fortunę, a okno mogłoby nie wytrzymać.



Wyobraź sobie piękny, jesienny dzień w stanie Maine. Nagle na miasteczko Chester’s Mill spada niewidzialna, niezniszczalna i półprzepuszczalna bariera. Według oficjalnych opisów fabuły akcja zamyka się w zaledwie ośmiu dniach, ale dzieje się tam tyle, ile w przeciętnym kraju trzeciego świata podczas rewolucji. Samoloty rozbijają się o niewidoczną ścianę, samochody eksplodują, a szefowi policji na dzień dobry wybucha rozrusznik serca.

King nie bawi się w powolne podchody. Wrzuca nas w sam środek chaosu, gdzie główny bohater, Dale „Barbie” Barbara (były wojskowy, a obecnie kucharz), próbuje zachować resztki zdrowego rozsądku w świecie, który właśnie oszalał. Naprzeciw niego staje James „Big Jim” Rennie – lokalny politykier, handlarz amfetaminą i podręcznikowy psychopata. W zaistniałej katastrofie widzi on idealną okazję, by ogłosić się absolutnym dyktatorem miasteczka.

Styl Kinga przypomina stary, dobry amerykański krążownik szos: jest potężny i momentami sunie niespiesznie przez obyczajowe niuanse, ale jak już przyspieszy, to wgniata w fotel. Dialogi iskrzą, a wielowątkowa konstrukcja sprawia, że przez te tysiąc stron płynie się jak na fali adrenaliny.

Jeśli szukasz tu klasycznych potworów z bagien, wampirów czy zębatych klaunów z kanałów – zapomnij. Największym potworem w tej powieści jest człowiek.

King po mistrzowsku buduje klimat osaczenia. Powietrze pod Kopułą staje się coraz bardziej stęchłe, spaliny z aut nie mają dokąd uciec, a zasoby powoli się kończą. Ten ekologiczno-socjologiczny thriller mocno trzyma za gardło od pierwszej do ostatniej strony.

Oczywiście fani czystej grozy i gore też dostaną coś dla siebie. Syn Big Jima, Junior Rennie, cierpiący na potworne migreny spowodowane guzem mózgu, to chodzący koszmar. Sceny z jego udziałem – zwłaszcza te w mrocznej spiżarni z ciałami ofiar – są tak makabryczne i pełne chorego napięcia, że potrafią zepsuć apetyt na resztę dnia. Autor nie szczędzi nam brutalności: od pękających czaszek po brutalne morderstwa i masakryczną, toksyczną burzę ogniową w finale.

Statystyki Grozy
Prawdziwe monstrum nie potrzebuje kłów. Wystarczy mu odrobina władzy i odcięcie od reszty świata.

Body count: 9.5/10 (Pod koniec lektury populacja miasteczka kurczy się szybciej niż zapasy masła w dyskoncie przed niedzielą niehandlową).

Poziom adrenaliny: Wysoki (Zwłaszcza w drugiej połowie, gdy zaczyna brakować tlenu).

Ilość zużytej sztucznej krwi: Całe cysterny (Finałowa katastrofa to absolutne, krwawe piekło).

Mój werdykt w jednym zdaniu
To monumentalne, bezlitosne studium ludzkiego upadku, które pomimo lekko rozczarowującego, kosmicznego finału bawi i przeraża z intensywnością najlepszego thrillera survivalowego w historii.

Dla kogo jest ta powieść?
Czytaj, jeśli: Uwielbiasz wielowątkowe opowieści, fascynuje Cię psychologia tłumu w momentach kryzysu i chcesz zobaczyć, jak genialnie King potrafi rozpisać portrety kilkudziesięciu różnych bohaterów.

Odpuść, jeśli: Cierpisz na ciężką klaustrofobię, masz uczulenie na grube, tysiącstronicowe tomiszcza lub oczekujesz od horroru wyłącznie zjawisk nadprzyrodzonych i logicznego, satysfakcjonującego zakończenia sci-fi.

Mroczny serial Requiem

Requiem, miniserial Netfliksa i BBC z 2018 roku, wyreżyserowany przez Mahalię Belo, to dla mnie jedna z najbardziej niedocenianych perełek horroru psychologicznego ostatnich lat. To produkcja elegancka, niespieszna i cholernie niepokojąca.

requiem horror

Kupił mnie ten pomysł na fabułę: poznajemy Matildę, utalentowaną wiolonczelistkę, której życie rozpada się w pył po samobójstwie matki. W rzeczach zmarłej Matilda znajduje dowody łączące jej rodzinę z zaginięciem małej dziewczynki w walijskim miasteczku Penllynith w 1994 roku. Śledziłem jej podróż do tej odizolowanej społeczności z zapartym tchem. To nie jest zwykłe śledztwo; to powolne osuwanie się w świat, gdzie granica między racjonalnym wyjaśnieniem, a nadprzyrodzonym horrorem zaciera się z każdym odcinkiem. Scenariusz jest genialnie skonstruowany – bawiłem się świetnie, próbując rozwikłać zagadkę, która z dramatu rodzinnego zmienia się w mroczny, okultystyczny labirynt.



Czy „Requiem” jest straszne? Moje serce zabiło szybciej nie z powodu potworów wyskakujących z szafy, ale dzięki niesamowitemu wykorzystaniu motywu luster. Elementy grozy są tu subtelne, ale uderzają w najczulsze struny – to horror o tożsamości i o tym, co czai się w ciemnych kątach naszej podświadomości. Nie znajdziecie tu litrów krwi, ale sceny z „szeptami” w murach starej posiadłości czy widok postaci stojących nieruchomo na horyzoncie budzą autentyczny, pierwotny lęk. To groza klimatyczna, która wgryza się w umysł i sprawia, że po seansie dwa razy sprawdzisz, czy Twoje odbicie w szybie na pewno porusza się tak samo jak Ty.

Nastrój serialu jest melancholijny i przesiąknięty walijskim folklorem. Kupiły mnie te zdjęcia – mgliste góry, surowe krajobrazy i ogromna, posiadająca własną duszę posiadłość Dean House. To wizualny majstersztyk, gdzie każde ujęcie wydaje się być przemyślaną kompozycją. Gra aktorska Lydii Wilson jako Matildy jest hipnotyzująca; jej kruchość pomieszana z obsesją sprawia, że nie sposób oderwać od niej wzroku. Ścieżka dźwiękowa, oparta na niepokojących tonach wiolonczeli, to absolutny strzał w dziesiątkę – muzyka nie tylko towarzyszy obrazowi, ona nim manipuluje, budując napięcie tam, gdzie wydawałoby się, że nic się nie dzieje.

Quick Look
Krwawe trofeum: Za genialne wykorzystanie dźwięku i luster – dawno tak bardzo nie bałem się patrzeć w taflę szkła podczas mycia zębów.

Zgrzyt: Tempo w środku sezonu bywa tak powolne, że osoby przyzwyczajone do dynamicznych slasherów mogą poczuć lekkie zniecierpliwienie.

Mój werdykt w jednym zdaniu: To stylowy, oniryczny i przerażająco inteligentny horror, który udowadnia, że najstraszniejsze tajemnice to te, które nosimy w sobie.

Licznik Mroku:

Body count: 3/10 (każdy zgon ma tu jednak ogromną wagę emocjonalną)

Poziom adrenaliny: Średni (to raczej „slow burn”)

Gęstość atmosfery: 10/10

Dla kogo?

Oglądaj, jeśli: Kochasz brytyjskie miniseriale, cenisz folk horror i lubisz historie, w których nic nie jest podane na tacy.

Odpuść, jeśli: Szukasz krwawej jatki, zombie lub potworów z CGI. „Requiem” to horror dla cierpliwych estetów.

Zwiastun serialu Requiem

Sadystyczne home invasion w horrorze Funny Games U.S.

Michael Haneke, przenosząc swój własny austriacki pierwowzór na grunt amerykański w „Funny Games” (2007), dokonał aktu filmowego terroryzmu na widzu, który spodziewał się konwencjonalnego thrillera. To nie jest rozrywka – to brutalny, nihilistyczny eksperyment socjologiczny, który bierze naszą potrzebę ekranowej sprawiedliwości i miażdży ją z sadystycznym uśmiechem. Uwielbiam ten film za jego bezczelność i sposób, w jaki oskarża on nas, widzów, o czerpanie przyjemności z oglądania przemocy, jednocześnie odmawiając nam jakiegokolwiek katharsis. Kino, które boli, irytuje i zostawia z poczuciem głębokiego dyskomfortu, będąc jednocześnie technicznie doskonałym i intelektualnie bezlitosnym.

funny games

Historia zaczyna się od sielankowego obrazu: zamożna rodzina – Ann, George i ich syn – przyjeżdża do swojego luksusowego domu nad jeziorem. Ich spokój zostaje przerwany przez dwóch nienagannie ubranych, białych młodzieńców w rękawiczkach, którzy pod pretekstem pożyczenia jajek wkraczają w ich życie. To, co następuje później, to seria psychicznych i fizycznych tortur, które napastnicy nazywają „grami”. Haneke mistrzowsko buduje napięcie, nie poprzez epatowanie flakami, lecz poprzez bezlitosny realizm i ciszę. Najbardziej przerażające jest to, że Paul i Peter nie mają motywu – robią to, bo mogą, i bo my, siedząc przed ekranem, daliśmy im na to przyzwolenie swoją obecnością.

Naomi Watts i Tim Roth jako ofiary są bezradne w swojej bezsilności, ale to Michael Pitt w roli Paula kradnie cały film. Jego lodowaty spokój i regularne burzenie „czwartej ściany” – gdy mruga do nas lub pyta, czy kibicujemy rodzinie – sprawiają, że stajemy się wspólnikami zbrodni. Kultowa scena z pilotem od telewizora, która cofa bieg wydarzeń, jest genialnym, choć frustrującym środkiem wyrazu; Haneke dosłownie mówi nam: „W tym świecie nie ma zasad, a ja, jako reżyser, mogę zrobić z wami wszystko”. To bezkompromisowe podejście sprawia, że „Funny Games” jest doświadczeniem niemal fizycznym, wywołującym bunt przeciwko niesprawiedliwości ekranowego losu.

Architektura Sadyzmu: Widz w Matni
Obraz emanuje sterylnym, klinicznym chłodem, w którym białe stroje oprawców kontrastują z czerwienią krwi i błękitem jeziora, tworząc wizualną pustkę. Produkcja ta stanowi radykalny manifest przeciwko konsumpcji przemocy w kinie – Haneke z premedytacją pozbawia nas muzyki (poza agresywnym atakiem Johna Zorna na początku), zostawiając widza sam na sam z krzykiem i ciszą. Zamiast widowiskowych ucieczek, otrzymujemy surowy zapis degradacji godności, gdzie każdy ruch kamery jest precyzyjnie wymierzonym ciosem w naszą moralność. Doświadczenie dopełnia brak jakiejkolwiek próby wyjaśnienia zła; Paul i Peter są pustymi naczyniami, uosobieniem naszej własnej żądzy sensacji. Finał filmu, chłodny i powtarzalny, pozostawia widza z gorzką świadomością, że w tej grze nikt nie wygrywa, a cykl okrucieństwa będzie trwał tak długo, jak długo będziemy patrzeć.

Werdykt: Filmowy gwałt na oczekiwaniach
„Funny Games” to arcydzieło, którego nienawidzi się za to, jak bardzo jest skuteczne. To pozycja obowiązkowa dla tych, którzy chcą sprawdzić granice swojej wytrzymałości psychicznej i zrozumieć, jak kino potrafi manipulować naszymi emocjami. Jeżeli szukasz seansu, który zburzy Twój spokój i sprawi, że poczujesz się winny bycia widzem, dzieło Michaela Hanekego jest absolutnie bezkonkurencyjne.