Kosmiczna rzeź pod lodem Obcy kontra Predator

Kiedy w 2004 roku Paul W.S. Anderson ogłosił, że bierze na warsztat dwie najbardziej ikoniczne bestie w historii kina, wielu pukało się w czoło. Moje wrażenie? To absolutnie pyszna, wysokobudżetowa rozrywka, która nie bierze jeńców. „Obcy kontra Predator” to hybryda horroru science-fiction i kina akcji, która mimo upływu lat wciąż wygląda i brzmi obłędnie. To nie jest głęboki traktat o naturze wszechświata – to widowiskowy, drapieżny „survival”, który ogląda się z wypiekami na twarzy.

obcy kontra predator

Fabuła uderzyła w moje najczulsze struny fana teorii o starożytnych kosmitach. Grupa naukowców i najemników, opłacona przez miliardera Charlesa Bishopa Weylanda, odkrywa tajemniczą sygnaturę cieplną głęboko pod lodami Antarktydy. Na miejscu znajdują starożytną piramidę, która okazuje się… międzygalaktycznym poligonem doświadczalnym.



Scenariusz jest genialny w swojej prostocie: Predatorzy co sto lat urządzają tu rytualne łowy na Ksenomorfy, a ludzie nieświadomie wchodzą w rolę żywych inkubatorów. Motyw zmieniającej się architektury piramidy dodaje całości przygodowego sznytu w stylu „Indiany Jonesa”, tyle że zamiast pułapek z głazami, mamy tu kwas zamiast krwi i ostrza z kosmicznej stali.

Jeśli szukasz paraliżującego strachu, który nie pozwoli Ci zasnąć, to nie ten adres. Ale jeśli cenisz gęste jak smoła napięcie i klaustrofobię – poczujesz się jak w domu. Elementy grozy wynikają tu z faktu, że człowiek jest w tym układzie tylko marną statystyką, mięsną wkładką do wielowiekowego konfliktu.

Potwory wyglądają obłędnie. Ksenomorfy są szybkie, śliskie i niesamowicie drapieżne, a Predatorzy to masywne, technologicznie doskonałe maszyny do zabijania. Choć film ma niższą kategorię wiekową niż slashery, to mroczne korytarze, dźwięk wysuwanych szczęk i widok „facehuggerów” wyskakujących z mroku wciąż potrafią wywołać u mnie gęsią skórkę. Sceny walk między potworami są krwawe, brutalne i – co najważniejsze – czytelne.

Klimat tego filmu jest po prostu brudny i lodowaty. Anderson świetnie operuje mrokiem i błękitem, sprawiając, że niemal czujemy ten antarktyczny chłód. Nastrój izolacji jest budowany konsekwentnie – wiemy, że stąd nie ma ucieczki, a pomoc nie nadejdzie.

Od strony technicznej to majstersztyk tamtych lat. Gra aktorska Sany Lathan jako Alexy Woods jest bardzo solidna – to twarda, myśląca bohaterka, która nie irytuje, a jej relacja z jednym z Predatorów to najciekawszy punkt emocjonalny filmu. Scenografia piramidy, łącząca styl Azteków i Egipcjan, robi ogromne wrażenie, a ścieżka dźwiękowa Haralda Klosera nadaje całości epickiego, mrocznego rozmachu. Na koniec muszę wspomnieć o zdjęciach – są ciemne, kontrastowe i idealnie oddają klaustrofobię podziemnych tuneli.

Mój werdykt: Czy warto? Bez dwóch zdań. To jeden z tych filmów, które włączasz „na chwilę” i zanim się obejrzysz, lecą napisy końcowe. Jeśli kochasz kosmiczne bestie i chcesz zobaczyć starcie, na które czekaliśmy dekady, AVP dostarczy Ci dokładnie tego, czego potrzebujesz.

Szybki podgląd,:
Body count: Wysoki, głównie wśród personelu pomocniczego, który służy za przystawkę dla Ksenomorfów.

Klimat: Klaustrofobiczny, zimny i przesiąknięty starożytną tajemnicą.

Elementy grozy: Ksenomorfy w mroku, „facehuggery”, Predatorzy i ich bezwzględne metody polowania.

Największy atut: Realizacja potworów oraz tempo akcji, które nie daje wytchnienia.

Oglądaj, jeśli: Kochasz obie serie, lubisz horrory osadzone w klaustrofobicznych lokacjach i szukasz świetnie zrealizowanej jatki między dwiema legendami kina.
Odpuść, jeśli: Oczekujesz psychologicznej głębi i filozoficznych rozważań o pochodzeniu gatunków – tutaj królują kły i lasery.

Zwiastun filmu Obcy kontra Predator

Zabójcze wampiry w filmie „30 dni mroku: Czas ciemności” (30 Days of Night: Dark Days)

Kontynuujemy arktyczną rzeź. Choć mogłoby się wydawać, że po masakrze w Barrow nie ma już czego zbierać, „30 dni mroku: Czas ciemności” (30 Days of Night: Dark Days) z 2010 roku w reżyserii Bena Ketai udowadnia, że zemsta najlepiej smakuje na zimno – i to z dużą domieszką ołowiu. Jeśli pierwsza część była survival horrorem, to kontynuacja skręca mocno w stronę mrocznego kina akcji, które przypomina brudną, podziemną walkę z miejską plagą.

czas ciemnosci

Tym razem zmieniamy scenerię z mroźnej Alaski na deszczowe i duszne Los Angeles. „Czas ciemności” to produkcja o innym charakterze niż oryginał – czuć tu mniejszy budżet, ale twórcy nadrabiają to bezkompromisowością i klimatem rodem z komiksów noir. To film dla tych, którzy chcą zobaczyć, jak ofiara zmienia się w myśliwego. Nie ma już chowania się po piwnicach; teraz to wampiry powinny zacząć się bać.




Fabuła skupia się na Stelli (tym razem granej przez Kiele Sanchez), która jako jedna z niewielu przetrwała piekło w Barrow. Stella nie zamierza jednak siedzieć cicho – podróżuje po świecie, próbując uświadomić ludziom istnienie wampirów. Gdy trafia na grupę zawodowych łowców, którzy również stracili bliskich, postanawia uderzyć prosto w serce ciemności: odnaleźć Lilith, królową odpowiedzialną za atak na jej miasto.

Scenariusz porzuca klaustrofobię na rzecz partyzanckiej wojny w kanałach i opuszczonych budynkach. To ciekawa ewolucja bohaterki – Stella z przerażonej kobiety staje się twardą, niemal obsesyjną mścicielką. Dynamika między nią a grupą łowców nadaje całości charakteru „brudnej dwunastki” w świecie nieumarłych.

Pod kątem elementów grozy film stawia na brutalne konfrontacje. Wampiry wciąż są tymi samymi, drapieżnymi bestiami o rekinich zębach, ale tym razem walczą z przeciwnikiem, który jest uzbrojony po zęby w lampy UV i broń palną. Czy film straszy? Bardziej wywołuje adrenalinę. Sceny walk są surowe, krwawe i pełne efektów specjalnych, co fani oryginału z pewnością docenią.

Klimat zmienia się z mroźnej bieli na „miejski brud”. Los Angeles w obiektywie Ketai to miasto wiecznej nocy, pełne cieni i niebezpiecznych zaułków. Nastrój jest pesymistyczny i ciężki – czuć, że bohaterowie są na straconej pozycji, a ich walka to desperacka próba zachowania resztek człowieczeństwa.

Mimo mniejszej skali produkcji, wizualnie film trzyma fason. Zmiana aktorki wcielającej się w Stellę jest odczuwalna, ale Kiele Sanchez radzi sobie świetnie, oddając ból i determinację swojej postaci. Zdjęcia są ciemne, często operujące kontrastami, co maskuje niedociągnięcia budżetowe i buduje komiksowy sznyt. Warto zwrócić uwagę na postać Lilith – jest wyniosła, okrutna i stanowi godną przeciwniczkę dla Stelli.

Mój werdykt: To solidny sequel, który zamiast kopiować oryginał, obiera własną drogę. Jeśli zaakceptujecie zmianę tempa i skali, dostaniecie satysfakcjonującą, krwawą opowieść o zemście, która nie bierze jeńców.

Szybki podgląd:

Body count: Bardzo wysoki. Wampiry padają gęsto, a ludzkie straty są równie dotkliwe.

Klimat: Brudne miejskie noir, deszcz, kanały i zapach prochu zmieszany z krwią.

Elementy grozy: Brutalne egzekucje, drapieżne wampiry i duszna atmosfera podziemnego polowania.

Największy atut: Przemiana głównej bohaterki w bezwzględną łowczynię i bezkompromisowe sceny walki.

Oglądaj, jeśli: Podobały Ci się wampiry z pierwszej części i chcesz zobaczyć ich dalszą rzeź w miejskich dekoracjach.
Odpuść, jeśli: Liczysz na epicki rozmach pierwszej części i Josha Hartnetta – to kino bardziej kameralne i surowe.

Zwiastun filmu „30 dni mroku: Czas ciemności”

Mroźna groza w książce Demon Zimna – Graham Masterton

Jeśli myśleliście, że globalne ocieplenie to jedyny problem klimatyczny, o który powinniśmy się martwić, to Jim Rook wyprowadzi Was z błędu. W czwartym tomie serii, Masterton funduje nam taką dawkę mrozu, że nawet Elsa z „Krainy Lodu” prosiłaby o termofor. „Demon Zimna” (Snowman) to moment, w którym seria o Rooku wrzuca najwyższy bieg.

W Los Angeles panuje upał, dopóki do miasta nie zawita nowy uczeń w klasie Jima. Jim Rook, nasz ulubiony nauczyciel od „trudnej młodzieży” i jeszcze trudniejszych duchów, zostaje wplątany w intrygę z potwornym demonem zimna w tle.
Akcja nie zwalnia ani na moment. Mamy tu wszystko: starożytną zemstę, demona, który przybiera formę mrożącej krew w żyłach (dosłownie!) istoty i Jima, który próbuje uratować świat, zanim wszyscy zamienią się w kostki lodu do whisky. Styl Mastertona w tej części jest wyjątkowo lekki, niemal sensacyjny, ale nie brakuje mu tego specyficznego „brudu”, za który go kochamy.

demon zimma

Czy książka jest straszna? Bardziej niż rachunek za ogrzewanie w styczniu! Masterton genialnie wykorzystuje kontrast – palące słońce Kalifornii kontra nadnaturalny, wysysający życie mróz.
Masterton nie buduje napięcia szeptami. On wali nas w twarz bryłą lodu i pyta, czy chcemy dokładkę.
Tytułowy „Snowman” to nie jest pocieszny bałwanek z marchewką zamiast nosa. Tylko pierwotna, bezlitosna siła, która sprawia, że krew krzepnie w żyłach.
Masterton opisuje skutki gwałtownego zamrażania ludzkiego ciała z precyzją chirurga-sadysty. Pękające gałki oczne i kruszące się kończyny to tutaj standard.



Panuje tu nastrój totalnej beznadziei ubranej w błękitny odcień lodu. To nie jest „duch ze strychu”, którego można wypędzić modlitwą. To potężna, fizyczna obecność. Czuć desperację Jima, który miota się między światem żywych i umarłych, próbując zrozumieć reguły gry, w której stawką jest życie wielu ludzi.

Statystyki Grozy
Licznik Trupów (Body count): 8/10 (Trupy padają gęsto i w bardzo… sztywnych pozach).
Poziom adrenaliny: Wysoki – finałowa konfrontacja to czysty survival.
Ilość zużytego ciekłego azotu: Galony.
Skala „Creepy”: 4/5 (Widok mroźnego bytu w słonecznym LA robi robotę).

Czy warto przeczytać?
Czytaj, jeśli: Jesteś fanem Jima Rooka, lubisz klimaty „miejskiego horroru” i nie przeszkadza Ci odrobina literackiego szaleństwa.
Odpuść, jeśli: Dopiero zaczynasz przygodę z Mastertonem (lepiej zacząć od pierwszego tomu, choć „Demon Zimna” broni się jako samodzielna historia) lub jeśli szukasz realizmu – tutaj fizyka idzie na długi spacer.

Straszne filmy i książki horror. Mroczne horrory dla fanów filmów i litaratury grozy.