Category Archives: Opętanie

Upiorne demoniczne byty w filmie „Ouija: Narodziny zła” (2016)

Mike Flanagan to magik. To, co zrobił w „Ouija: Narodziny zła” (2016), powinno być wykładane na studiach filmowych pod tytułem „Jak z fatalnej marki zrobić arcydzieło klimatu”. Po tragicznie słabej pierwszej części z 2014 roku nikt nie spodziewał się niczego dobrego, a dostaliśmy jeden z najlepszych horrorów o opętaniu tamtej dekady.
Ten film ma już dekadę na karku, a wciąż bije na głowę większość współczesnych produkcji o duchach. Oto dlaczego ten seans to czysta, rzemieślnicza perfekcja.

ouija duchy demony

„Ouija: Narodziny zła” – Gdy zabawa w duchy przestaje być teatrem
Lata 60. XX wieku, Los Angeles. Alice Zander jest wdową, która wraz z dwiema córkami prowadzi „seanse spirytystyczne”. To oszustwo, ale Alice wierzy, że pomaga ludziom pogodzić się ze stratą. Aby uatrakcyjnić „show”, kupuje planszę Ouija. Nieświadomie otwiera jednak drzwi dla prawdziwego zła, które upomina się o najmłodszą córkę, Doris.

Retro-horror z duszą: Mike Flanagan i jego warsztat
„Ouija: Narodziny zła” to produkcja niesamowicie stylowa i dopracowana. Flanagan poszedł na całość – nałożył na film filtry, które sprawiają, że obraz wygląda jak z 1967 roku, a w rogach ekranu pojawiają się nawet „ślady po papierosie” (dawne znaki dla kiniarza, że trzeba zmienić rolkę). Jest to prawdziwy hołd dla klasyki – to nie jest tylko straszny film, to list miłosny do kina retro, który wciąga od pierwszej minuty.

Doris i jej „długie usta”: Czy to straszy?
Film jest wyjątkowo nastrojowy i operuje narastającym niepokojem. Flanagan nie potrzebuje stu głośnych uderzeń w bęben, żebyś się bał. Największe przerażenie budzi mała Doris (Lulu Wilson). Scena, w której opisuje, co czuje osoba duszona, jest tak lodowata i genialnie zagrana, że zapomnisz o oddychaniu. A kiedy w końcu pojawiają się efekty specjalne – jak słynne „wydłużone usta” – są one tak surrealistyczne, że zostają pod powiekami na długo po seansie.

Żałoba jako paliwo dla demonów: Głęboki temat
Głównym motywem jest rozpacz po stracie ojca i męża. To jest znak rozpoznawczy Flanagana – jego duchy zawsze karmią się traumą. „Zło” w tym filmie nie jest przypadkowe; ono wchodzi do domu, bo rodzina Zanderów ma w sobie pustkę, którą coś musi wypełnić. Dzięki temu nie oglądasz tylko kolejnej opowieści o tabliczce, ale prawdziwy dramat o rodzinie, która w swojej tęsknocie stała się bezbronna.

Lulu Wilson – Mała wielka mistrzyni grozy
Jeśli myślałeś, że dzieci w horrorach są irytujące, Lulu Wilson wyprowadzi Cię z błędu. Jej transformacja z niewinnego dziecka w naczynie dla czegoś starożytnego i złego jest hipnotyzująca. Klimat jest ciepły, domowy, a jednocześnie podszyty czymś zgniłym. Kontrast między pastelowymi kolorami lat 60. a mrokiem czającym się za kanapą to czysty wizualny majstersztyk.

Werdykt Entuzjasty: Odrodzenie w blasku retro
Ten film stanowi jeden z nielicznych przypadków w historii kina grozy, w którym prequel okazuje się produkcją o kilka klas lepszą od swojego pierwowzoru. Mike Flanagan stworzył dzieło, które zachwyca nie tylko precyzyjnie budowanym napięciem, ale przede wszystkim niesamowitą dbałością o estetykę lat sześćdziesiątych i technicznymi smaczkami dla kinomanów. Całość opowieści opiera się na genialnej roli młodej Lulu Wilson, która potrafi przerazić samym spojrzeniem i nienaturalnym spokojem w głosie. Jest to pozycja obowiązkowa dla każdego, kto ceni sobie horrory inteligentne, w których nadprzyrodzona groza stanowi jedynie tło dla głębokiego, przejmującego dramatu rodzinnego.

Francuski horror psychologiczny „Mastema” (Mastemah, 2022)

Didier D. Daarwin serwuje nam francuski horror psychologiczny z mocnym zacięciem okultystycznym, który próbuje odświeżyć klasyczny motyw walki z demonem, przenosząc go w surowe, niemal ascetyczne krajobrazy Owernii. „Mastema” (Mastemah, 2022) to produkcja, która rezygnuje z jarmarcznych efektów specjalnych na rzecz narastającego niepokoju i gęstej atmosfery paranoi. Film sprawnie wykorzystuje izolację głównej bohaterki, by wciągnąć widza w labirynt niedopowiedzeń, gdzie granica między traumą a opętaniem staje się cienka jak ostrze skalpela. To pozycja dla fanów grozy, w której zło nie wyskakuje z szafy, lecz powoli materializuje się w pustych spojrzeniach i niewyjaśnionych zgonach.

mastema horror

Louise, młoda psychiatra, próbuje ułożyć sobie życie na nowo po tragicznej śmierci pacjenta, przeprowadzając się do odizolowanej wioski w górach. Jej spokój zostaje zburzony, gdy na terapię trafia tajemniczy mężczyzna o imieniu Théo, którego obecność zbiega się z serią makabrycznych i niewytłumaczalnych zdarzeń w okolicy. Louise, mimo narastającego lęku, próbuje racjonalnie wyjaśnić zachowanie pacjenta, nie zdając sobie sprawy, że stała się pionkiem w starożytnej grze, w której stawką jest jej własna dusza. To, co zaczyna się jako próba leczenia umysłu, szybko przeobraża się w mistyczny pojedynek z istotą, która zna jej najmroczniejsze sekrety i potrafi wykorzystać je przeciwko niej.

Camille Razat jako Louise wykonuje tutaj kawał świetnej roboty, portretując kobietę silną, a jednocześnie emocjonalnie pękniętą, co czyni ją idealnym celem dla nadprzyrodzonej manipulacji. Aktorka z wielką precyzją oddaje przejście od zawodowego dystansu do czystej, paraliżującej paniki, sprawiając, że jej los staje się nam autentycznie bliski. Olivier Barthélémy w roli Théo emanuje z kolei niepokojącym spokojem i drapieżnym magnetyzmem; jego postać jest napisana w sposób niejednoznaczny, co trzyma widza w niepewności niemal do samego finału. Widać chemię między tym duetem – to ich intelektualne i duchowe starcia stanowią prawdziwe serce filmu, będąc znacznie bardziej przerażającymi niż jakiekolwiek sceny przemocy.

Obraz emanuje pustką francuskiej prowincji, gdzie surowość górskiego krajobrazu i martwa natura stają się niemymi świadkami powolnego upadku racjonalizmu. Film jest nasączony ciężkim, fatalistycznym klimatem, a motyw terapeutycznego transferu służy jako wstrząsająca metafora zła, które karmi się naszą empatią i poczuciem winy. Pod względem warsztatowym produkcja stanowi triumf budowania napięcia poprzez kompozycję kadru i oświetlenie – chłodne, sterylne wnętrza gabinetu Louise kontrastują z dziką, nieokiełznaną naturą Owernii, tworząc wizualny podział na świat logiki i świat mitycznego chaosu.

Scenografia niszczejących domostw i monumentalnych skał, w połączeniu z oszczędną, lecz niezwykle dynamiczną pracą kamery, kreuje wizję miejsca, w którym czas się zatrzymał, a dawne wierzenia wciąż mają realną moc. Doświadczenie dopełnia niepokojąca, dysonansowa ścieżka dźwiękowa, która swoimi nagłymi uderzeniami i mechanicznymi szumami potęguje stan psychicznego dyskomfortu widza. Finał filmu, będący kulminacją teologicznego sporu i fizycznego zagrożenia, nie daje łatwych odpowiedzi, pozostawiając widza w stanie głębokiego niepokoju nad siłą bytów, które potrafią przybrać ludzką postać, by zniszczyć nas od środka.

Werdykt: Demon w białym fartuchu
„Mastema” to inteligentny, stylowy horror, który udowadnia, że francuskie kino grozy wciąż potrafi zaskoczyć świeżym podejściem do klasycznych tematów. Film ten zachwyca swoją duszna atmosferą, przekonuje aktorstwem i zostawia po sobie trwały ślad w postaci egzystencjalnego lęku przed tym, co niepoznawalne. Jeżeli szukasz seansu, który zmusi Cię do myślenia i sprawi, że każde spojrzenie w lustro po wyjściu z kina nabierze nowego, mrocznego znaczenia, dzieło Didiera D. Daarwina jest pozycją obowiązkową.

Indiański demon w horrorze „Dawne rytuały” (The Old Ways) z 2020 roku

Horrory o egzorcyzmach często trzymają się sztywnych ram wyznaczonych przez tradycję chrześcijańską. The Old Ways (polski tytuł: Dawne rytuały) przełamuje ten schemat, zabierając nas w głąb meksykańskiej dżungli, gdzie zamiast krzyża i wody święconej rządzą pradawne wierzenia, zioła i krew. To świeże spojrzenie na opętanie, które staje się metaforą walki z własną przeszłością.

dawne rytuały

Dawne rytuały to film, który pozytywnie zaskakuje swoją realizacją. Choć większość akcji rozgrywa się w jednym pomieszczeniu, produkcja ani przez chwilę nie nuży. To kino ciekawe wizualnie i merytorycznie – widać, że twórcy przyłożyli wagę do tego, by przedstawione rytuały wyglądały autentycznie i surowo. Solidny horror, który udowadnia, że kameralne historie mogą mieć ogromną siłę rażenia.

Główną bohaterką jest Cristina, dziennikarka meksykańskiego pochodzenia, która po latach wraca w rodzinne strony w poszukiwaniu tematu do artykułu o lokalnej kulturze. Jej podróż przybiera dramatyczny obrót, gdy zostaje uprowadzona przez miejscowych, w tym przez bruję (czarownicę). Porywacze twierdzą, że Cristina jest opętana przez demona i muszą przeprowadzić serię brutalnych rytuałów, by ją uratować. Scenariusz jest interesujący, ponieważ do samego końca balansuje na granicy między rzeczywistością a szaleństwem, każąc nam się zastanawiać, czy zagrożenie jest realne, czy jest jedynie wytworem traumy i nałogów bohaterki.

Film potrafi szczerze przerazić. Zamiast latających przedmiotów, otrzymujemy body horror i bardzo bezpośrednie starcie z „nieczystym”. Elementy grozy są tu surowe – rany, krew, wyciąganie obcych przedmiotów z ciała – co buduje poczucie ogromnego dyskomfortu. Jeśli chodzi o potwory, twórcy postawili na unikalną charakteryzację inspirowaną folklorem, co sprawia, że demon w tym filmie nie przypomina niczego, co widzieliśmy w hollywoodzkich produkcjach. Napięcie jest budowane umiejętnie, a sceny rytuałów są pełne mroku i niepokoju.

Atmosfera filmu jest niezwykle gęsta i klaustrofobiczna. Większość czasu spędzamy w dusznej, ciemnej chacie, co potęguje wrażenie osaczenia. Zderzenie nowoczesnego świata Cristiny z „dawnymi sposobami” starszyzny tworzy fascynujący kontrast. Muzyka i dźwięki dżungli w tle sprawiają, że widz czuje się odcięty od cywilizacji, zdany na łaskę ludzi, których metod zupełnie nie rozumie.

Brigitte Kali Canales w roli Cristiny wykonuje świetną pracę – jej przemiana z pewnej siebie sceptyczki w osobę walczącą o duszę jest bardzo przekonująca. Na uwagę zasługują też drugoplanowe postacie bruji i jej pomocnika, którzy bez zbędnych słów budują postacie budzące jednocześnie lęk i szacunek. Scenografia, choć oszczędna, jest przebogata w detale – totemy, malunki na ścianach i rytualne przedmioty tworzą spójny, fascynujący świat, który wydaje się mieć własną historię.

Czy warto obejrzeć?
Jeśli szukacie horroru, który odchodzi od utartych ścieżek i oferuje coś więcej niż tylko szybkie wystraszenie widza, Dawne rytuały będą strzałem w dziesiątkę. To film o korzeniach, akceptacji swojego dziedzictwa i walce z wewnętrznymi demonami, podany w bardzo atrakcyjnej, groźnej i tajemniczej oprawie. Idealna pozycja dla fanów folk horroru. Jeśli szukacie filmu, gdzie akcja toczy się szybko i dużo się dzieje to Dawne Rytuały mogą wydać się odrobinę nużące i z trudem dotrwacie do końca seansu.