28 lat później – Część 2 – Świątynia kości (2026) – Nia DaCosta przejmuje stery po Dannym Boyle’u i robi to z gracją kata, który wie, że gilotyna nie musi być brzydka, żeby zabijać skutecznie. „Świątynia kości” podejmuje historię tam, gdzie poprzednia część rzuciła widza na kolana. Młody Spike trafia pod skrzydła szalonego kultu Sir Jimmy’ego Crystala, przywódcy sekty satanistycznej. Crystal i jego świta, nazywani Jimmymi, noszą dresy i koszmarne blond peruki, wierząc, że ich lider jest synem istoty zwanej Starym Nickiem.
Spike zostaje zmuszony do walki na noże z jednym z Jimmych. Starcie otwiera drzwi do świata, w którym przemoc jest rytuałem, a wiara przypomina chorobę zakaźną. Równolegle poznajemy dalsze losy doktora Iana Kelsona, granego przez Ralpha Fiennesa, który zamiast uciekać od zarażonych, zbliża się do nich z ciekawością entomologa badającego mrowisko. Kelson zbiera kości ofiar wirusa i buduje z nich monumentalną świątynię-pomnik, zaprzyjaźniając się przy okazji z lokalnym zarażonym imieniem Samson. Obie linie fabularne zderzają się w finale, prowadząc bohaterów do wyborów, po których nikt nie wychodzi bez blizny, dosłownej lub psychicznej.
Ralph Fiennes kradnie ten film z bezczelnością złodzieja, który nawet nie próbuje uciekać z łupem. Jego Kelson to postać zbudowana z paradoksów. Czuły wobec potworów, obojętny wobec żywych. Poetycki w każdej wypowiedzi, jakby recytował Szekspira nad świeżo wykopanym grobem. Fiennes gra tak, jakby ktoś dał mu klucz do najbardziej ponurej piaskownicy świata i powiedział – baw się, ile chcesz.
Jack O’Connell jako Jimmy Crystal to osobny rozdział szaleństwa. Postać balansuje na granicy komizmu i przerażenia z gracją linoskoczka. Sekta Jimmych, ich rytuały i wewnętrzna hierarchia oparta na przemocy sprawiają, że czujesz obrzydzenie. Przesiąknięta przemocą grupa i jej okrutne postępowanie jest jakby odbiciem szalonego świata w którym toczy się akcja filmu.
Warstwa wizualna nie zawodzi. DaCosta wykorzystuje dynamiczne ujęcia, które przypominają gorączkowy oddech kogoś biegnącego przez las w środku nocy. Sama Świątynia Kości jako scenografia zasługuje na osobne brawa. Monumentalna, niepokojąca, zbudowana z ludzkich szczątków instalacja. Wygląda jak coś pomiędzy katedrą gotycką, a wystawą sztuki współczesnej urządzoną przez szaleńca z dobrym gustem.
Warto też wspomnieć, że zarażeni schodzą w tej części nieco na dalszy plan, ustępując miejsca tematom wiary, kontroli i traumy. Dla fanów klasycznego Zombie horroru może to być rozczarowanie. Tutaj prawdziwym potworem jest człowiek, ideologia, ludzkie okrucieństwo, a nie wirus. Niektórzy odbiorą to jako odważną ewolucję serii, inni jako zdradę pierwotnych fundamentów, na których stał „28 dni później”.
Werdykt: dobry film dla widzów, którzy pokochali pierwszą część nowej trylogii i chcą zobaczyć, jak historia Spike’a splata się z coraz bardziej osobliwym uniwersum. Miłośnicy aktorstwa najwyższej próby powinni oglądać choćby dla samego Fiennesa, którego rola zostanie zapamiętana na długo. Fani klasycznego kina o zombie, oczekujący przede wszystkim pościgów i krwawych starć z zarażonymi, mogą poczuć się nieco zagubieni wśród satanistycznej otoczki i teologicznych dywagacji. Ten film to nie tyle horror o wirusie, co studium tego, jak ludzie budują nowe bóstwa z gruzów starego świata. Jeśli taka perspektywa cię intryguje, warto zasiąść w fotelu i wytrzymać do samego końca, nawet gdy trzeci akt zacznie się nieco zataczać.
Zwiastun filmu 28 lat później – Część 2 – Świątynia kości (2026):
