Wyludnione autostrady, dymiące zgliszcza cywilizacji i zapach rozkładu unoszący się nad Tasmanią. Zak Hilditch zabiera widzów w podróż do jądra ciemności, gdzie granica między życiem a śmiercią została brutalnie zatarta przez niefortunny eksperyment wojskowy.
Australijski reżyser po raz kolejny udowadnia, że doskonale czuje się w kameralnych, postapokaliptycznych klimatach. Mamy do czynienia z dziełem niezwykle solidnym, które zręcznie ucieka od tanich chwytów kina klasy B. Twórca unika pułapki bezmyślnej rzezi, stawiając na artystyczną dojrzałość oraz głęboki dramat psychologiczny. Całość rezonuje w głowie na długo po seansie, stanowiąc jedną z bardziej intrygujących propozycji gatunkowych ostatnich miesięcy.
Oś fabularna kręci się wokół desperacji i niedokończonych spraw. Ava, amerykańska fizjoterapeutka, dołącza do wojskowej jednostki zajmującej się zbieraniem i grzebaniem ciał po potężnym wybuchu impulsu elektromagnetycznego, który zabił tysiące ludzi w Tasmanii. Kobieta szuka zaginionego męża, z którym rozstała się w atmosferze małżeńskiego kryzysu i zdrady. Scenariusz zgrabnie splata wątek osobistej winy z globalną katastrofą. Zamiast klasycznej opowieści o przetrwaniu, otrzymujemy melancholijny, mroczny film drogi. Koncept, w którym zmarli wracają, by dokończyć swoje ziemskie interesy, tchnie pożądaną świeżość w skostniały podgatunek filmów o zombi.
Zagrożenie ewoluuje tu powoli, pełzając za bohaterami w blasku surowego słońca. Nie uświadczymy tu hord dynamicznych potworów rozrywających gardła w ułamku sekundy. Strach budowany jest przez potęgowanie anomalii, gdy martwi nagle otwierają oczy i zaczynają zgrzytać zniszczonymi zębami. Przejmująca sekwencja z milczącym nieboszczykiem kopiącym łopatą masowy grób dla własnej rodziny potrafi zmrozić krew skuteczniej niż nagłe wyskakiwanie zza rogu. Brutalność dawkowana jest z aptekarską precyzją. Kamera często odwraca wzrok w kluczowych momentach, co paradoksalnie potęguje realizm i surowość przedstawionego świata.
Atmosfera osaczenia i wszechobecnej paranoi gęstnieje z każdą minutą drogi. Izolacja wyspiarskiej Tasmanii potęguje poczucie, że z tej pułapki nie ma ucieczki. Krajobraz jest jednocześnie piękny i potworny – spalone słońcem lasy stają się tłem dla makabrycznych odkryć. Reżyser kreuje niezwykle melancholijny nastrój, w którym żałoba miesza się z poczuciem winy. Widz niemal fizycznie odczuwa ciężar niesiony przez Avę, poruszającą się po świecie, gdzie nawet narodziny nowego życia potrafią przybrać skrajnie groteskową i niepokojącą formę.
Daisy Ridley dostarcza jedną z najlepszych kreacji w swojej karierze. Jej twarz, zmęczona i udręczona, staje się emocjonalnym kompasem całej opowieści. Kroku dotrzymuje jej Mark Coles Smith jako Riley, balansujący na granicy psychopatii i rozdzierającego serce współczucia. Szerokie kadry operatora, ukazujące majestatyczną, pustą naturę Australii, kontrastują z klaustrofobicznymi wnętrzami porzuconych stacji benzynowych i zrujnowanych kurortów. Wizualna strona produkcji stoi na najwyższym poziomie, budując ponury, ale jednocześnie magnetyczny spektakl.
Czy warto obejrzeć?
Pozycja ta z pewnością podzieli miłośników mocnych wrażeń. Fani bezkompromisowego gore i nieustającej akcji mogą poczuć się znużeni niespiesznym tempem oraz mocnym skrętem w stronę dramatu egzystencjalnego. Jeśli jednak szukacie w kinie grozy czegoś więcej niż tylko litrów sztucznej krwi, a motyw nieumarłych traktujecie jako metaforę radzenia sobie ze stratą, spędzicie w kinie wyjątkowo satysfakcjonujące półtorej godziny. Dziury logiczne w finale mogą nieco drażnić, ale ostateczny bilans wychodzi zdecydowanie na plus.
Zwiastun Filmu Wyspa umarłych (We Bury the Dead 2024)
