Rytuał – Masterton przez lata udowadniał, że groza potrafi czaić się wszędzie. W komodzie, w szpitalnej piwnicy, w starym obrazie z lombardu. Tym razem postanawia sprawdzić, czy da się przestraszyć czytelnika przy pomocy karty dań. Charlie McLean, inspektor restauracyjny, jeździ po kraju, oceniając hotele i lokale gastronomiczne, a w tę ostatnią trasę zabrał ze sobą nastoletniego syna Martina. Chce naprawić relację nadszarpniętą rozwodem. Chłopak nie bardzo ma na to ochotę, co samo w sobie jest wystarczająco realistycznym horrorem dla każdego rodzica nastolatka.
W jednym z miasteczek Charlie słyszy o tajemniczej, eleganckiej restauracji o nazwie „Le Reposoir”. Zawodowa ciekawość degustatora budzi się natychmiast, chce ją zrecenzować. Ku jego zdziwieniu, nie zostaje wpuszczony do środka. Okazuje się, że to zamknięty klub koneserów kulinarnych, do którego trzeba mieć specjalne zaproszenie. Sama nazwa lokalu wywołuje u mieszkańców miasteczka dziwną konsternację i wybiórczą amnezję, jakby ktoś zbiorowo zdecydował się nie pamiętać, że taki lokal w ogóle istnieje.
Od tego momentu do życia Charliego i Martina wkrada się coś, co trudno nazwać zwykłym pechem. Tajemniczy karzeł zaczyna nawiedzać chłopca każdej nocy, a relacje ojca z synem pogarszają się z dnia na dzień. Pewnej nocy Martin znika. Władze zachowują się, jakby nic się nie stało, i zamiast pomóc, zdają się metodycznie doprowadzać zrozpaczonego ojca do obłędu. Biurokratyczna obojętność jako narzędzie tortur psychicznych — Masterton chyba spędził zbyt wiele czasu w urzędach, skoro tak dobrze wie, jak bardzo to potrafi zmiażdżyć człowieka.
Charlie, rzecz jasna, nie odpuszcza. Postanawia odnaleźć syna za wszelką cenę, nie spodziewając się, w jak grząski teren się wplącze. Śledztwo prowadzi go przez sieć rytuałów, dziwnych, hermetycznych wierzeń oraz przerażających obrzędów, w centrum których stoi wyrafinowany kanibalizm rodem z najlepszych, najbardziej eleganckich scen z Hannibala Lectera. Sekta prowadząca restauracją wcale nie traktuje jedzenia ludzi jako prymitywnego aktu przemocy. Traktuje to jako sztukę, ceremonię, niemal liturgię. Cel całego przedsięwzięcia okazuje się jeszcze bardziej karkołomny. Grupa fanatyków wierzy, że odpowiednio przeprowadzony rytuał kanibalistyczny doprowadzi do ponownego przyjścia Jezusa Chrystusa. Chwilę później na scenę wkracza też jeden z demonów znanych z religii voodoo, co sprawia, że powieść zamienia się w coś w rodzaju teologicznego szwedzkiego stołu, na którym każdy znajdzie coś dla siebie.
Tempo akcji jest tu bezlitosne. Od pierwszej do ostatniej strony napięcie nie opada, a czytelnik przeżywa całą podróż razem z Charliem, obgryzając paznokcie na równi z bohaterem. Problem w tym, że cała ta energiczna jazda napędzana jest fabułą, która, delikatnie mówiąc, nie znosi zbyt wnikliwej analizy logicznej. Im dłużej się nad nią zastanawiać, tym bardziej sypie się jak domek z kart.
Trzeba też uczciwie ostrzec wrażliwsze żołądki. Ilość opisywanej przemocy i drastycznych szczegółów jest tu naprawdę spora. Niektóre sceny, jak wielostronicowy opis odcinania i zjadania własnego palca, z pewnością nie każdemu będą smakować. Masterton najwyraźniej postanowił zszokować czytelnika za wszelką cenę, i trzeba przyznać, że przynajmniej częściowo mu się to udało. Pytanie, czy taki poziom drastyczności służy samej historii, czy po prostu zastępuje jej brakującą głębię, pozostaje otwarte i każdy czytelnik odpowie sobie na nie inaczej.
Zakończenie, niestety, nie dorównuje reszcie książki. Po całym tym budowaniu grozy, mrocznej atmosfery klaustrofobii i religijnego fanatyzmu, finał wypada zaskakująco naiwnie, jakby autor sam nie do końca wiedział, jak elegancko zamknąć tak przaśne danie, które sam ugotował. Część czytelników czuje niedosyt, inni odbierają to jako uroczą niekonsekwencję w twórczości pisarza znanego z tego, że nigdy nie boi się przesady.
Werdykt
Rytuał to lektura obowiązkowa dla fanów ekstremalnego horroru body-horrorowego, którzy cenią sobie szybkie tempo, mocne obrazy i odważne, prowokacyjne połączenie gastronomii z fanatyzmem religijnym. Miłośnicy Mastertona, gotowi wybaczyć mu chwiejną logikę fabularną w zamian za czystą, niepohamowaną rozrywkę, znajdą tu jedną z jego bardziej wciągających pozycji.
Kto powinien tę książkę omijać? Osoby wrażliwe na drastyczne, przeciągnięte opisy okrucieństwa oraz kanibalizmu powinny podejść do lektury z dużą rezerwą — to nie jest książka do czytania po obfitym posiłku. Czytelnicy oczekujący spójnej, logicznej fabuły bez naiwnych zwrotów akcji też mogą być z tej lektury lekko niezadowoleni. Reszta niech siada do stołu — zaproszenie do „Le Reposoir” czeka.
