Kolor z innego wszechświata – Howard Phillips Lovecraft

Opowieść zaczyna bezimienny geodeta wysłany do Arkham w Massachusetts, by ocenić teren pod przyszły zbiornik wodny. Nudna robota urzędnicza, dopóki nie natrafia na okoliczny teren zwany przez mieszkańców „spalonym wrzosowiskiem”. Orientuje się, że nikt w okolicy nie chce o tym rozmawiać. Klasyczny lovecraftowski początek. Ktoś zadaje pytanie, którego nie powinien był zadawać. Cała reszta jego życia zamienia się w powolne odkrywanie, dlaczego lepiej było milczeć.

Wątek prowadzi geodetę do starego Ammiego. Jednego z niewielu mieszkańców gotowych opowiedzieć, co naprawdę wydarzyło się na farmie Nahuma Gardnera. Wszystko zaczyna się niewinnie, niemal sielsko. W czerwcu, gdy w pobliżu studni na farmie Gardnera spada meteoryt. Trzej profesorowie z Uniwersytetu Miskatonic przybywają zbadać osobliwy głaz, co brzmi jak fajny wstęp do przygody naukowej. Lovecraft, rzecz jasna, nie planuje żadnej przygody naukowej. Planuje powolne, systematyczne unicestwienie całej rodziny.

Lovecraft w sposób mistrzowski buduje grozę. Meteoryt niesie ze sobą coś, czego nie da się opisać ludzkim słownictwem. Kolor spoza znanego spektrum, obcy każdemu ziemskiemu doświadczeniu wzrokowemu. Genialne posunięcie, bo strach przed czymś niewidzialnym i niemożliwym do nazwania działa dużo mocniej niż opis kolejnego mackowatego bóstwa. Roślinność na farmie zaczyna rosnąć nienaturalnie bujnie. Traci jednak wszelki smak, jakby ziemia karmiła się czymś, czego rośliny same nie potrafią strawić. Zwierzęta oszalałe i zdeformowane wałęsają się po okolicy, a domownicy Gardnera jeden po drugim popadają w szaleństwo albo umierają w niewyjaśnionych okolicznościach.

Struktura opowiadania przypomina rosyjską matrioszkę grozy, w której każda kolejna warstwa jest gorsza od poprzedniej. Najpierw skażona zostaje gleba, potem rośliny, potem zwierzęta, w końcu ludzie, aż docieramy do bluźnierczej wizji obojętnego, nieludzkiego kosmosu. Metoda budowania napięcia warta pozazdroszczenia. Lovecraft prowadzi czytelnika za rękę coraz głębiej w ciemność, nie pozwalając mu się w żadnym momencie zorientować, kiedy dokładnie minęliśmy punkt bez powrotu.

Kulminacja przychodzi, gdy Ammi Pierce odkrywa, że żona Nahuma rozpadła się na kawałki na strychu. Nahum rozpuszcza się na jego oczach, ujawniając, że coś w studni wyssało życie ze wszystkiego dookoła. Śledztwo policyjne odnajduje w studni szczątki zaginionych chłopców, co jest jednym z tych detali, które długo nie dają spokojnie zasnąć. Istota w końcu wyrywa się w niebo, zostawiając ziemię trwale skażoną. Część światła nie zdołała uciec i osunęła się z powrotem do studni. Spalone wrzosowisko rośnie od tamtej pory po calu rocznie, cierpliwie, jak coś, co wie, że ma przed sobą całą wieczność.

Trzeba jednak przyznać uczciwie, że proza Lovecrafta bywa tu wyjątkowo toporna w dialogach. Autor sam zdawał sobie sprawę ze swojej słabości w tej dziedzinie i zwykle unikał rozmów bohaterów. Kiedy już się na nie decyduje, efekt bywa momentami niezamierzenie komiczny. Chronologiczny sposób prowadzenia narracji, choć buduje poczucie autentyczności, spowalnia też tempo momentami do granic cierpliwości. Do tego warto dodać, że część naukowego sztafażu — testy chemiczne, opisy meteorytu — dziś, po stu latach postępu naukowego, brzmi nieco archaicznie.

Ciekawostką, którą warto docenić, jest fakt, że ta opowieść niemal całkowicie stoi z boku szerszego mitu Cthulhu. Owszem, pojawia się Arkham i Uniwersytet Miskatonic, ale nie znajdziemy tu żadnych odniesień do samego Cthulhu, Necronomiconu ani reszty panteonu kosmicznych bóstw. Jest to groza samodzielna, autonomiczna, nietrzymająca się żadnej wspólnej mitologii. Właśnie dlatego działa tak czysto i bezlitośnie.

Werdykt

Kolor z innego wszechświata to lektura absolutnie obowiązkowa dla każdego, kto interesuje się horrorem kosmicznym i chce poznać dzieło uznawane przez wielu badaczy za najlepsze osiągnięcie Lovecrafta. Dla czytelników ceniących grozę budowaną powoli, przez detal i narastające poczucie nieuchronności, to pozycja kanoniczna, bez której trudno zrozumieć cały gatunek weird fiction.
Kto powinien ją omijać? Osoby oczekujące dynamicznej akcji, żywych dialogów i szybkiego tempa poczują się szybko znużone. Czytelnicy przyzwyczajeni do współczesnego, bardziej wizualnego horroru mogą uznać archaiczny język i naukowy przekaz za przestarzałe.