Stephen King powraca w formie, która potrafi zmrozić krew w żyłach skuteczniej niż otwarty zamrażalnik w środku lipca. Powieść „Przebudzenie” wrzuca czytelnika w mroczną otchłań, z której trudno uciec bez gęsiej skórki. King po mistrzowsku buduje niepokój, podając go w porcjach dawkowanych precyzyjnie jak strzykawka szalonego naukowca.
Wszystko zaczyna się w małomiasteczkowej sielance stanu Maine. Młody chłopiec Jamie Morton poznaje nowego kaznodzieję, fascynującego Charlesa Jacobsa. Duchowny skrywa wielką pasję do doświadczeń z elektrycznością. Niestety, po tragicznej śmierci żony i syna, pastor wygłasza skrajnie heretyckie kazanie i znika w atmosferze skandalu.
Ścieżki bohaterów przecinają się ponownie po latach. Dorosły Jamie staje się wrakiem człowieka uzależnionym od heroiny, a dawny duchowny objawia się jako objazdowy uzdrowiciel. Jacobs leczy chłopaka przy użyciu tajemniczej „tajnej elektryczności”, jednak ten cudowny ratunek niesie za sobą przerażającą cenę.
Akcja płynie początkowo niespiesznie. Autor poświęca mnóstwo miejsca na budowanie relacji oraz sentymentalny portret minionych lat, ale gdy machina wreszcie rusza, nie ma już gdzie uciekać. Styl pisania Kinga zachwyca dojrzałością, niesamowitym wyczuciem detalu i lekkością, z jaką przechodzi od zwyczajnego życia do koszmaru.
Czy ta powieść rzeczywiście potrafi przerazić? Z pewnością nie wyrwie Cię z kapci w trakcie lektury. Napięcie gęstnieje tu krok po kroku, niczym trująca mgła nad cmentarzem. Prawdziwa groza uderza w czytelnika w finale, rozrywając spokój ducha na drobne kawałki i zostawiając z przejmującym poczuciem beznadziei.
Miłośnicy flaków na ścianie mogą poczuć lekki niedosyt, ponieważ krwawe rzeźnie ustępują miejsca głębokiej traumie psychologicznej. Największym potworem bywa tu ludzka obsesja, która pcha człowieka ku zakazanemu poznaniu. Pojawiają się tu jednak wizje rodem z najgorszych koszmarów H.P. Lovecrafta. Znajdziesz tu przerażające, gigantyczne stworzenia z innego wymiaru oraz sceny, po których zrobisz głośne „uuu” w środku nocy i włączysz światło w korytarzu.
Nastrojowo dzieło przypomina mroczną mieszankę „Frankensteina” z prozą H.P. Lovecrafta. W powietrzu unosi się zapach dymu papierosowego, taniego alkoholu i ozonu wyładowań elektrycznych. Otacza nas duszny, posępny klimat nieuchronnego fatalizmu. Po prostu czujesz, że ta historia nie może skończyć się dobrze.
Czy warto sięgnąć po tę książkę?
Zdecydowanie warto zaryzykować zarwaną noc! Otrzymujesz niezwykle poruszającą historię o dorastaniu, stracie, uzależnieniu oraz o tym, co może czekać ludzkość po drugiej stronie. Zakończenie jest jednym z najbardziej przygnębiających i przerażających w całej karierze Króla Grozy. Zostawia ślad w głowie na długie tygodnie.
