Tag Archives: świat po apokalipsie

Postapokaliptyczna Tasmania w filmie Wyspa umarłych (We Bury the Dead 2024)

Wyludnione autostrady, dymiące zgliszcza cywilizacji i zapach rozkładu unoszący się nad Tasmanią. Zak Hilditch zabiera widzów w podróż do jądra ciemności, gdzie granica między życiem a śmiercią została brutalnie zatarta przez niefortunny eksperyment wojskowy.

we bury the dead

Australijski reżyser po raz kolejny udowadnia, że doskonale czuje się w kameralnych, postapokaliptycznych klimatach. Mamy do czynienia z dziełem niezwykle solidnym, które zręcznie ucieka od tanich chwytów kina klasy B. Twórca unika pułapki bezmyślnej rzezi, stawiając na artystyczną dojrzałość oraz głęboki dramat psychologiczny. Całość rezonuje w głowie na długo po seansie, stanowiąc jedną z bardziej intrygujących propozycji gatunkowych ostatnich miesięcy.




Oś fabularna kręci się wokół desperacji i niedokończonych spraw. Ava, amerykańska fizjoterapeutka, dołącza do wojskowej jednostki zajmującej się zbieraniem i grzebaniem ciał po potężnym wybuchu impulsu elektromagnetycznego, który zabił tysiące ludzi w Tasmanii. Kobieta szuka zaginionego męża, z którym rozstała się w atmosferze małżeńskiego kryzysu i zdrady. Scenariusz zgrabnie splata wątek osobistej winy z globalną katastrofą. Zamiast klasycznej opowieści o przetrwaniu, otrzymujemy melancholijny, mroczny film drogi. Koncept, w którym zmarli wracają, by dokończyć swoje ziemskie interesy, tchnie pożądaną świeżość w skostniały podgatunek filmów o zombi.

Zagrożenie ewoluuje tu powoli, pełzając za bohaterami w blasku surowego słońca. Nie uświadczymy tu hord dynamicznych potworów rozrywających gardła w ułamku sekundy. Strach budowany jest przez potęgowanie anomalii, gdy martwi nagle otwierają oczy i zaczynają zgrzytać zniszczonymi zębami. Przejmująca sekwencja z milczącym nieboszczykiem kopiącym łopatą masowy grób dla własnej rodziny potrafi zmrozić krew w żyłach. Brutalność dawkowana jest z aptekarską precyzją. Kamera często odwraca wzrok w kluczowych momentach, co paradoksalnie potęguje realizm i surowość przedstawionego świata.

Atmosfera osaczenia i wszechobecnej paranoi gęstnieje z każdą minutą drogi. Izolacja wyspiarskiej Tasmanii potęguje poczucie, że z tej pułapki nie ma ucieczki. Krajobraz jest jednocześnie piękny i potworny – spalone słońcem lasy stają się tłem dla makabrycznych odkryć. Reżyser kreuje niezwykle melancholijny nastrój, w którym żałoba miesza się z poczuciem winy. Widz niemal fizycznie odczuwa ciężar niesiony przez Avę, poruszającą się po świecie, gdzie nawet narodziny nowego życia potrafią przybrać skrajnie groteskową i niepokojącą formę.

Daisy Ridley dostarcza jedną z najlepszych kreacji w swojej karierze. Jej twarz, zmęczona i udręczona, staje się emocjonalnym kompasem całej opowieści. Kroku dotrzymuje jej Mark Coles Smith jako Riley, balansujący na granicy psychopatii i rozdzierającego serce współczucia. Szerokie kadry operatora, ukazujące majestatyczną, pustą naturę Australii, kontrastują z klaustrofobicznymi wnętrzami porzuconych stacji benzynowych i zrujnowanych kurortów. Wizualna strona produkcji stoi na najwyższym poziomie, budując ponury, ale jednocześnie magnetyczny spektakl.

Czy warto obejrzeć?
Pozycja ta z pewnością podzieli miłośników mocnych wrażeń. Fani bezkompromisowego gore i nieustającej akcji mogą poczuć się znużeni niespiesznym tempem oraz mocnym skrętem w stronę dramatu egzystencjalnego. Jeśli jednak szukacie w kinie grozy czegoś więcej niż tylko litrów sztucznej krwi, a motyw nieumarłych traktujecie jako metaforę radzenia sobie ze stratą, spędzicie w kinie wyjątkowo satysfakcjonujące półtorej godziny. Dziury logiczne w finale mogą nieco drażnić, ale ostateczny bilans wychodzi zdecydowanie na plus.

Zwiastun Filmu Wyspa umarłych (We Bury the Dead 2024)

„Gdy rodzi się zło” (When Evil Lurks / Cuando acecha la maldad, 2023) – Demoniczna Epidemia

„Gdy rodzi się zło” (When Evil Lurks / Cuando acecha la maldad, 2023) – Ciemne, odcięte od świata gospodarstwa skrywają sekrety, o których miasto wolałoby zapomnieć. Argentyński reżyser Demián Rugna zaprasza widzów do świata, gdzie opętanie przypomina zaraźliwą, pełną zgnilizny chorobę. Kinematografia latynoamerykańska po raz kolejny udowadnia, że potrafi tchnąć nową, niezwykle świeżą krew w skostniałe ramy kina grozy.

gdy rodzi się zło

Rugna stworzył bezkompromisowe, niezwykle intensywne dzieło, które bez pukania wyważa drzwi do panteonu współczesnego horroru. Produkcja unika tanich chwytów, stawiając na autorski, brutalny realizm, daleki od hollywoodzkich, ugrzecznionych standardów. Twórca z pełną świadomością rezygnuje z bezpiecznych schematów, serwując widzom bezlitosną jazdę bez trzymanki. Artystyczny sukces tej niskobudżetowej perełki udowadnia, że najlepsze koszmary rodzą się na obrzeżach głównego nurtu.




Dwaj bracia odkrywają w sąsiedniej chacie zniekształconego, żyjącego trupa, w którym mieszka czyste zło. Tradycyjne egzorcyzmy ustępują tutaj miejsca surowym procedurom sanitarnym. Demoniczna obecność działa tutaj niczym toksyczna epidemia. Próba pozbycia się problemu uruchamia lawinę makabrycznych zdarzeń. Scenariusz genialnie buduje własną mitologię, wprowadzając precyzyjne zasady przetrwania, których złamanie niesie opłakane skutki. Historia pędzi naprzód, nie dając chwili na oddech. Każdy kolejny krok bohaterów tylko pogarsza ich i tak beznadziejną sytuację.

Ekranowa przemoc uderza znienacka, z siłą rozpędzonej ciężarówki, nie oszczędzając absolutnie nikogo. Reżyser bawi się oczekiwaniami widzów, przekraczając kolejne tabu z niemal radosną, makabryczną odwagą. Spektakularne efekty gore potrafią zepsuć apetyt na długie godziny. Zagrożenie nie potrzebuje ciemnych korytarzy. Atakuje w pełnym słońcu, na otwartej przestrzeni, niszcząc poczucie jakiegokolwiek bezpieczeństwa. Każda scena z udziałem dzieci lub zwierząt wywołuje ciarki, a bezwzględność bóstwa przeraża bardziej niż hordy potworów.

Duszna, lepka atmosfera argentyńskiej prowincji osacza od pierwszych minut seansu. Poczucie bezsilności oraz wszechobecna paranoja udzielają się natychmiast, zamieniając wiejską sielankę w prawdziwe piekło na ziemi. Pustka, bezkresne pola i odizolowane domostwa potęgują wrażenie, że ratunek nigdy nie nadejdzie. Świat przedstawiony wydaje się skażony beznadzieją, a fatum unosi się nad bohaterami niczym sępy nad padliną.

Aktorzy grający braci, Ezequiel Rodríguez oraz Demián Salomón, tworzą niezwykle autentyczny, pełen desperacji duet, któremu wierzy się bezgranicznie. Surowe, brudne zdjęcia znakomicie oddają prowincjonalny marazm, współgrając z naturalistyczną scenografią rozpadających się wnętrz. Rugna operuje kamerą z chirurgiczną precyzją, perfekcyjnie kadrując momenty największego szoku. Muzyka i surowe dźwięki otoczenia dopełniają ten ponury obraz, drażniąc zmysły i nie pozwalając na moment rozluźnienia.

Czy warto obejrzeć?
Pozycja ta stanowi absolutny obowiązek dla każdego fana, który szuka w kinie ekstremalnych, bezkompromisowych wrażeń. Osoby o słabszych żołądkach lub wrażliwe na krzywdę najmłodszych powinny jednak omijać ten tytuł szerokim łukiem. Rugna dostarczył dzieło kompletne, momentami potwornie brutalne, lecz przy tym niesamowicie odświeżające.

Zwiastun „Gdy rodzi się zło” (When Evil Lurks / Cuando acecha la maldad, 2023)

Totalna rozwałka w horrorze science fiction Resident Evil 4: Afterlife

resident evil

Wyobraź sobie, że “Matrix” dostał nagłego, apokaliptycznego wylewu, a Keanu Reeves został zastąpiony przez uzbrojoną w katanę Millę Jovovich siekającą zombie w rytm przesterowanego techno – wynik tego szaleństwa nazywałby się dokładnie “Resident Evil: Afterlife”.

Szybki Rzut Oka
Krwawe trofeum: Za legendarną, genialnie zmontowaną walkę w więziennej łaźni z gigantycznym katem (The Executioner Axeman). Czysta, wizualna poezja spływająca krwią i wodą!

Zgrzyt: Ilość scen w zwolnionym tempie (slow-motion) jest tak absurdalna, że w pewnym momencie zacząłem się zastanawiać, czy mój odtwarzacz przypadkowo się nie zawiesza. Paul W.S. Anderson wyraźnie przedawkował tu stylistykę z lat dwutysięcznych.




Jako zdeklarowany fan kinowej franczyzy (choć doskonale wiem, że z mrocznym klimatem pierwszych gier ma ona wspólnego tyle, co nic), do czwartej odsłony zatytułowanej “Resident Evil: Afterlife” w reżyserii Paula W.S. Andersona podchodziłem z nastawieniem na czystą rozrywkę. Bawiłem się znakomicie, choć to produkcja, która całkowicie porzuca klasyczne budowanie napięcia na rzecz bezkompromisowej, futurystycznej rozwałki. Anderson wraca za stery reżyserskie i od razu rzuca nas na głęboką wodę cyfrowego szaleństwa.

Fabuła tego filmu to fabularny rollercoaster bez trzymanki. Zaczynamy z grubej rury – Alice (Milla Jovovich) przypuszcza szturm na główną kwaterę korporacji Umbrella w Tokio, a pomaga jej w tym… cała armia jej własnych klonów. Po widowiskowym i totalnie przerysowanym wstępie akcja przenosi się do zrujnowanego Los Angeles.
Alice, pozbawiona swoich nadludzkich mocy przez Alberta Weskera, trafia na grupę ocalałych zabarykadowanych w opuszczonym więzieniu o zaostrzonym rygorze, otoczonym przez tysiące wygłodniałych żywych trupów. Scenariusz skupia się na desperackiej próbie dotarcia do rzekomego bezpiecznego azylu – statku „Arcadia”. Historia jest prosta jak konstrukcja cepa, ale jako pretekst do kolejnych potyczek sprawdza się idealnie.

Kupiły mnie te sterylne, surowe zdjęcia i chłodna paleta barw, która idealnie kontrastuje z brudem i krwią zalewającą ekran. Anderson kręcił ten film od początku z myślą o technologii 3D (wykorzystano system kamer Jamesa Camerona z Avatara), co widać w niemal każdym ujęciu. Monstrualne kropelki wody, lecące w stronę widza łuski po nabojach czy rzucane topory – wizualnie to absolutny, cyberpunkowy majstersztyk tamtych lat.

Mój werdykt w jednym zdaniu: Widowiskowy, bezczelny i cudownie odmóżdżający festiwal przemocy i efektów specjalnych, który nie udaje głębokiego kina, dając w zamian czystą, blockbusterową frajdę.

Jeśli szukacie klimatów, przez które nie dacie rady zasnąć, źle trafiliście. Moje geekowskie serce zabiło mocniej na widok psów zombie (Adjule) z rozczepiającymi się pyskami oraz wspomnianego Executionera z gigantycznym toporem. Sceny gore są soczyste, choć ugrzecznione przez sporą ilość efektów komputerowych. Mimo to, flaki i krew ścielą się gęsto, a dynamiczne sceny akcji trzymają w napięciu do samego końca.

Milla Jovovich jako Alice to klasa sama w sobie – nikt w Hollywood nie nosi skórzanych kostiumów i nie przeładowuje strzelb z takim wdziękiem jak ona. Wielkim plusem jest też powrót Ali Larter jako Claire Redfield oraz pojawienie się Wentwortha Millera w roli jej brata, Chrisa. Na osobne wyróżnienie zasługuje Shawn Roberts jako główny zły – Albert Wesker. Facet gra tak komiksowo, nosi ciemne okulary w nocy i porusza się jak agent z Matrixa z tak śmiertelną powagą, że jest w tym wręcz genialny.

Unikalne zestawienie: Licznik Trupów i Adrenaliny
Skala Gore: 6/10 (Dużo krwi, ale mocno udomowionej przez cyfrowe efekty)

Poziom adrenaliny: Ekstremalny (Akcja goni akcję)

Ilość zużytych efektów Matrixa: 11/10 (Zwolnione tempo do granic wytrzymałości)

Czy warto odpalić ten seans?
Mimo że zakończenie i pewne zwroty akcji wyczułem z kilometra, a film ma spore dziury logiczne, bawiłem się po prostu świetnie. Jeśli zaakceptujesz fakt, że Afterlife to bardziej widowiskowy slasher science-fiction niż rasowy, powolny horror, dostaniesz kapitalnie wyglądający i świetnie brzmiący spektakl. Warto wrzucić go na piątkowy wieczór, odpalić dobre nagłośnienie i po prostu cieszyć się tą bezkompromisową rozwałką.

Dla kogo jest ten film?
Oglądaj, jeśli: Kochasz przerysowaną akcję z początku lat 2010., uwielbiasz Millę Jovovich, a stylistyka Matrixa zmiksowana z apokalipsą zombie to Twoje guilty pleasure.

Odpuść, jeśli: Szukasz wiernej ekranizacji klimatu gier z serii Resident Evil, oczekujesz logicznego scenariusza i zwiastunów głębokiego psychologizmu w kinie grozy.

Zwiastun Resident Evil 4: Afterlife