Wampiryczny gotyk – Klątwa Styrii The Curse of Styria 2014

„Klątwa Styrii” (The Curse of Styria / Angels of Darkness, 2014) – Mauricio Chernovetzky i Mark Devendorf podjęli się karkołomnego zadania przeniesienia fundamentu wampirycznej literatury, jakim jest „Carmilla” Josepha Sheridana Le Fanu, w realia lat 80. XX wieku, tuż za żelazną kurtynę. Film ten niestety grzęźnie gdzieś pomiędzy ambicją stworzenia onirycznego dramatu psychologicznego a wymogami nastrojowego horroru, co w efekcie daje produkcję pozbawioną wyraźnego rytmu. Choć wizualnie projekt potrafi zachwycić surowością węgierskich lokacji i niszczejącą architekturą zamczyska, to scenariuszowo przypomina on raczej zbiór luźno powiązanych, sennych obrazów niż spójną, trzymającą w napięciu opowieść o budzącym się złu.

klątwa styrii

Fabuła skupia się na Larze, wyobcowanej nastolatce, która towarzyszy swojemu ojcu-historykowi w podróży do mrocznego zamku położonego w sercu komunistycznych Węgier. Gdy dziewczyna staje się świadkiem wypadku i ratuje tajemniczą rówieśniczkę o imieniu Carmilla, między bohaterkami rodzi się niezdrowa, magnetyczna fascynacja. W tym samym czasie w pobliskim miasteczku dochodzi do fali samobójstw młodych kobiet, co budzi lokalne demony i zmusza Larę do konfrontacji z legendą, która zdaje się ożywać na jej oczach. Niestety, mimo tak obiecującego punktu wyjścia, film cierpi na drastyczne braki w dynamice, a powolne tempo sprawia, że aura tajemnicy zamiast intrygować, zaczyna nużyć.

Warto jednak oddać twórcom, że Eleanor Tomlinson w roli Lary wykonuje solidną pracę aktorską, starając się tchnąć życie w postać niemal całkowicie zdominowaną przez otaczającą ją melancholię. Jej kreacja jest subtelna i pasuje do wizerunku dziewczyny zawieszonej między dzieciństwem a dorosłością, choć scenariusz nie daje jej zbyt wielu okazji do pokazania pełnej gamy emocji. Zdecydowanie gorzej wypada marnowanie potencjału Stephena Rea, aktora o ogromnym talencie, który tutaj zostaje sprowadzony do roli niemal statycznej, nie wnosząc do fabuły oczekiwanego ciężaru gatunkowego. Relacja między dwiema głównymi bohaterkami, która powinna być emocjonalnym i erotycznym silnikiem filmu, pozostaje niedopowiedziana w sposób, który nie intryguje, lecz pozostawia widza z poczuciem niedosytu.

Obraz próbuje budować aurę niepokoju wokół motywu kobiecej seksualności i wykluczenia, ale gubi się we własnej, nazbyt poetyckiej formie, która rzadko znajduje ujście w konkretnych momentach grozy. Film jest nasączony ciężką, środkowoeuropejską atmosferą, która choć wizualnie wysmakowana, nie wystarcza, by przykryć mielizny fabularne i brak konsekwencji w budowaniu napięcia. Pod względem warsztatowym produkcja stanowi przykład poprawnego rzemiosła z ciekawymi zdjęciami, wykorzystującymi wyblakłą paletę barw do oddania klimatu stagnacji lat 80., jednak jako horror pozostaje produktem niemal całkowicie pozbawionym pazura i lęku.

Wybitna scenografia niszczejących wnętrz, w połączeniu z oniryczną pracą kamery, kreuje wizję świata zatrzymanego w czasie, co jest bodaj największą zaletą tej produkcji. Doświadczenie dopełnia oszczędna, momentami wręcz przezroczysta ścieżka dźwiękowa, która nie potrafi skutecznie podbić emocjonalnej temperatury kluczowych scen. Finał filmu, zamiast przynieść oczekiwane, gotyckie uderzenie, rozmywa się w symbolach i niedopowiedzeniach, pozostawiając widza z wrażeniem, że „Klątwa Styrii” to jedynie ładna, lecz pusta pocztówka z krainy, która zasługiwała na znacznie mroczniejszą opowieść.

Werdykt: Stylowy niedosyt
„Klątwa Styrii” to pozycja wyłącznie dla cierpliwych fanów gotyckiej estetyki, którzy są w stanie wybaczyć brak akcji i grozy na rzecz klimatycznych ujęć zamglonych lasów. Film zachwyca wizualnie, ale zawodzi jako adaptacja i jako horror, będąc raczej sennym poematem niż mięsistą grozą, której można by oczekiwać po legendzie o Carmilli. Jeżeli szukasz seansu, który autentycznie Cię przestraszy lub poruszy, ta produkcja prawdopodobnie Cię rozczaruje, zostawiając jedynie wspomnienie kilku dobrze skomponowanych kadrów.