Dzisiaj na tapetę bierzemy pozycję, która udowadnia, że Stephen King potrafi zmienić zwykły piach w Nevadzie w najgorszy koszmar senny.
Jeśli myśleliście, że rutynowa kontrola drogowa to najgorsze, co może Was spotkać w podróży, to „Desperacja” sprawi, że na widok radiowozu będziecie dostawać ataków paniki. To tak, jakby „Teksańska masakra piłą mechaniczną” spotkała biblijny Stary Testament, a wszystko to na sterydach i w pełnym słońcu.
Szybki Rzut Oka
Krwawe trofeum: Za postać policjanta Colliego Entragiana. To jeden z najbardziej charyzmatycznych i przerażających złoczyńców, jakich King kiedykolwiek powołał do życia.
Zgrzyt: Pod koniec książka robi się mocno metafizyczno-religijna. Jeśli liczyliście na czysty slasher do ostatniej strony, możecie poczuć lekki przesyt „Bożymi planami”.
Wyobraźcie sobie taką scenę. Jedziecie sobie spokojnie przez pustynię w Nevadzie, radio szumi, a tu nagle zatrzymuje Was gigantyczny, gnijący od środka policjant. Zamiast mandatu za prędkość, dostajecie bilet w jedną stronę do miasteczka Desperacja.
Fabuła to czysta jazda bez trzymanki. King wrzuca grupę obcych sobie ludzi (rodzinę, pisarza na motocyklu, byłą alkoholiczkę) do jednej celi, a potem patrzy, jak próbują nie zostać przerobieni na mielonkę. Styl pisania? King w swojej szczytowej formie – brutalny, bezpośredni, z tak sugestywnymi opisami, że niemal czułem piasek między zębami.
„Desperacja” to nie jest subtelny dreszczowiec o duchach w szafie. To horror totalny.
Napięcie budowane jest przez poczucie całkowitej izolacji. Jesteś na środku pustyni, nikt cię nie usłyszy, a jedyny przedstawiciel prawa w okolicy właśnie wyrywa komuś język. King bawi się klaustrofobią na otwartej przestrzeni, co jest genialnym paradoksem.
Elementy Grozy i Bestiariusz
Nie znajdziecie tu wampirów w pelerynach. Mamy za to:
Demon Tak: Starożytne zło, byt, który zamieszkuje ludzkie ciała, dopóki te dosłownie nie zaczną pękać w szwach.
Skalę Gore: Galony krwi. King nie bierze jeńców – mamy tu martwe zwierzęta nabite na znaki drogowe, rozczłonkowane ciała i opisy gnicia, które sprawiają, że odechciewa się obiadu.
Pustynną faunę: Skorpiony, pająki i węże działające na zlecenie sił ciemności. Miło, prawda?
„Bóg jest okrutny” – to zdanie będzie Wam dźwięczeć w uszach jeszcze długo po odłożeniu książki. To nie jest pocieszająca lektura.
Atmosfera jest gęsta jak smoła, mimo że akcja dzieje się w palącym słońcu. Czuć tu beznadzieję, brud i potworną, wręcz fizyczną desperację (tytuł nie kłamie!). To klimat spalonej słońcem apokalipsy w mikroskali jednego, zapomnianego przez Boga miasteczka.
Statystyki Horroru
Body count: 9/10 (trupy ścielą się gęsto, King sprząta postacie z gracją rzeźnika).
Poziom adrenaliny: Wysoki (szczególnie w pierwszej połowie).
Ilość zużytego piasku i krwi: Cała Nevada.
Werdykt: Czy warto przeczytać?
Mój werdykt w jednym zdaniu: To jedna z najbardziej bezlitosnych i surowych książek Kinga, która chwyta za gardło od pierwszej strony i nie puszcza aż do finałowego starcia z mrokiem.
Czytaj, jeśli:
– Uwielbiasz motyw walki dobra ze złem w ekstremalnych warunkach.
– Nie boisz się brutalnych, wręcz turpistycznych opisów.
– Szukasz horroru, który ma w sobie coś z „Mad Maxa” i Biblii.
Odpuść, jeśli:
– Masz słaby żołądek (serio, King tu popłynął).
– Drażnią Cię wątki religijne i filozoficzne rozważania o naturze Boga w horrorze.


