Category Archives: Diabeł

Rozpędzony absurd na torach. Recenzja filmu “Pociąg do piekła” Speed Demon (2026)

Stalowa gąsienica pędzi przez noc, za oknami ciemność, a w środku wesoła gromadka pasażerów próbuje po prostu dotrzeć do jakiegoś celu. Sam pomysł od razu kojarzy mi się z klasycznym horrorem o izolacji i wszystkich możliwych nieszczęściach jakie mogą nas wtedy spotkać. Pociąg jest przecież wdzięcznym miejscem na tego typu historię – ograniczona przestrzeń, brak możliwości ucieczki i świadomość, że gdzieś tam przed nami są jeszcze kolejne kilometry torów. Jon Keeyes postanowił dorzucić do tego opętanie, siły nieczyste i demoniczny plan wysadzenia całego składu.

Na papierze wyglądało to całkiem nieźle. Zapowiedź piekielnego ekspresu miała w sobie coś kuszącego. Problem w tym, że podczas seansu szybko zaczęło do mnie docierać, że ten pociąg jedzie przede wszystkim w stronę kina klasy B. I to takiego bez większych hamulców.

Reżyser chciał połączyć thriller akcji z religijnym horrorem, ale wykonanie mocno odstaje od pomysłu. Film próbuje być jednocześnie dynamiczny, mroczny i brutalny, a przy okazji dorzuca jeszcze demony oraz kryzys wiary głównej bohaterki. Momentami miałem wrażenie, że twórcy po prostu dokładali kolejne elementy, licząc, że jakoś się to wszystko połączy.

Większość wydarzeń rozgrywa się podczas podróży z Montrealu do Nowego Jorku. Pociąg zostaje opanowany przez piekielną siłę, a wśród uwięzionych pasażerów znajduje się siostra Lu. Zakonnica przechodzi akurat poważny kryzys wiary, więc oczywiście to właśnie ona musi zmierzyć się z całym demonicznym zamieszaniem.

Fabuła korzysta z bardzo prostych horrorowych schematów, a scenariusz regularnie potyka się o własne nogi. Niektóre rozwiązania są tak naciągane, że trudno było nie zwrócić na nie uwagi. W horrorze jestem w stanie sporo wybaczyć, ale tutaj logika chwilami wysiadła wcześniej niż którykolwiek z pasażerów.

Samo tempo jest całkiem szybkie. Pociąg jedzie, zegar tyka, sytuacja robi się coraz bardziej nerwowa. Teoretycznie powinno to budować napięcie. Tyle że elementy grozy nie zawsze trafiają w odpowiedni ton. Ataki demonicznej siły pojawiają się trochę bez ładu i składu, a CGI potrafi wyglądać tak, jakby ktoś wyciągnął je z darmowej aplikacji na smartfona sprzed kilkunastu lat. Przy bardziej brutalnych scenach też nie jest dużo lepiej. Gore zamiast robić wrażenie, często przypomina tanią dekorację.

Najbardziej szkoda mi samego pomysłu z pociągiem. Wagoniki, noc za oknami, brak drogi ucieczki – to wszystko aż prosi się o duszną i klaustrofobiczną atmosferę. Kilka razy film rzeczywiście próbuje ją wykorzystać, ale zaraz pojawia się kolejny absurd scenariuszowy i całe napięcie gdzieś ucieka. Zamiast siedzieć na krawędzi fotela, można zacząć się zastanawiać, co właściwie przed chwilą wydarzyło się na ekranie.

Nie pomagają też bohaterowie. Trudno było mi przejąć się ich losem. Siostra Lu w wykonaniu Katie Cassidy jest mocno przerysowana. Jej historia związana z wiarą została potraktowana dość powierzchownie, a sama bohaterka chwilami bardziej przypomina wojowniczkę z kina akcji niż zakonnicę postawioną w obliczu nadprzyrodzonego zagrożenia.

Za to William H. Macy jako ojciec Novak od razu przyciąga uwagę. Szkoda tylko, że przez cały film miałem wrażenie, jakby sam aktor zastanawiał się, w jaki sposób znalazł się na tym planie. Jest w tym zresztą coś zabawnego.

Od strony technicznej film przez większą część czasu wygląda przyzwoicie. Wnętrza wagonów robią swoje, kamera potrafi wykorzystać ograniczoną przestrzeń, ale wystarczy spojrzeć przez okno, żeby czar prysł. Cyfrowe tła są wyjątkowo widoczne i trudno uwierzyć, że oglądamy pędzący pociąg, a nie scenografię zrobioną na szybko przed komputerem.

Czy warto obejrzeć?
Produkcja zadowoli wyłącznie najwytrwalszych smakoszy kinowego paździerza. Fani poszukujący prawdziwego strachu i gęstej atmosfery odejdą od ekranu zawiedzeni. Słabe efekty, dziurawy scenariusz i nierówne aktorstwo robią swoje. Jeśli szukacie luźnego seansu przy chipsach ze znajomymi, żeby pośmiać się z filmowych potknięć, można zaryzykować. W przeciwnym razie lepiej wysiąść na wcześniejszej stacji.

Brud, błoto i potępienie – Solomon Kane: Pogromca zła (2009)

Michael J. Bassett serwuje ponury, bezpardonowy spektakl na pograniczu dark fantasy i krwistego horroru. Adaptacja prozy Roberta E. Howarda odrzuca wygładzone wzorce kina przygodowego na rzecz brudnej, błotnistej apokalipsy. Film zatapia widza w XVI-wiecznym potopie brutalności, gdzie wieczne potępienie nie jest metaforą, lecz realnym zagrożeniem.

solomon kane

Zawiązanie akcji wrzuca nas w sam środek rzezi, gdy tytułowy bohater ucieka przed wysłannikiem Szatana. Bassett tworzy grozę opartą na nieustannym poczuciu osaczenia. Każde starcie jest tu brudne, brutalne i pozbawione poetyckiej lekkości – to surowa walka o przetrwanie duszy.

James Purefoy tworzy absolutnie magnetyczną kreację. Jego bohater to pęknięte zwierciadło: odarty z ludzkości rzeźnik, który pod wpływem cierpienia próbuje wejść na drogę pacyfizmu. Dynamika między jego wewnętrznym mrokiem a próbą zachowania chrześcijańskiej łaski buduje fundamentalne napięcie całego widowiska.

Świat przedstawiony tonie w nieustającym deszczu, błocie i pogorzeliskach. Zdjęcia tworzą ponury realizm, w którym zgnilizna świata materialnego idealnie rezonuje z rozkładem moralnym bohaterów. Wizualnie dominują surowe, lodowate odcienie szarości i brązu, przełamywane smolistą czernią oraz aksamitnym ogniem piekielnym.

Opowieść staje się wyrazistym studium traumy, winy oraz nieuchronności własnej natury. Film stawia pytanie, czy człowiek naznaczony absolutnym złem jest w stanie uciec przed własnym cieniem, czy też jedynym ratunkiem jest ponowne przyjęcie roli potwora w imię wyższego dobra. Sfera dźwiękowa – pełna dławiącego świstu mieczy, chóralnych lamentów i głębokich basów – potęguje stan permanentnego zagrożenia. Finał nie przynosi łatwej ulgi, lecz pozostawia widza z gorzką świadomością, że walka z ciemnością wymaga stania się jej częścią.

Solomon Kane: Pogromca zła to pozycja obowiązkowa dla miłośników bezkompromisowego kina dark fantasy, ponurej atmosfery i szybkiej akcji. Film doskonale łączy elementy mrocznego folkloru z kunsztownym horrorem przygodowym. Dzieło, do którego warto wracać dla genialnej kreacji Jamesa Purefoya oraz gęstego jak smoła klimatu.

Piekielna podróż przez wieki – „Czarnoksiężnik” (Warlock)

Jeśli „Terminator” zamieniłby karabin na zakazaną czarną magię i zamiast w przeszłość udałby się w przyszłość otrzymalibyśmy „Czarnoksiężnika” (Warlock). Ten film z 1989 roku w reżyserii Steve’a Minera to dla mnie absolutna perła horroru fantasy, która zamiast tanich trików serwuje nam mroczny klimat, od którego do dziś cierpnie skóra. To produkcja z duszą, która udowadnia, że prawdziwe zło nie potrzebuje armii – wystarczy jeden charyzmatyczny syn Szatana.

czarnoksiężnik warlock

Mamy rok 1691, Boston. Potężny czarnoksiężnik zostaje skazany na śmierć, ale w ostatniej chwili sam diabeł wyrywa go z rąk kata i przenosi o 300 lat w przyszłość, do współczesnego Los Angeles. Jego misją jest odnalezienie trzech części „Grand Grimoire” – księgi, która posiada moc… cofnięcia stworzenia świata. Brzmi epicko? Bo takie jest!



Śledziłem fabułę z zapartym tchem, zwłaszcza że w ślad za Warlockiem rusza łowca czarownic, Redferne, a do ich duetu dołącza współczesna dziewczyna, Kassandra, na którą rzucono klątwę starzenia się o 20 lat każdego dnia. Bawiłem się świetnie, patrząc na zderzenie XVII-wiecznego łowcy z technologią lat 80., ale to mroczna, okultystyczna intryga sprawia, że ten scenariusz wciąż uważam za jeden z najciekawszych w gatunku.

Kupiły mnie te zdjęcia – od mrocznych, mglistych lasów Nowej Anglii po słoneczne, a jednak niepokojące ulice Kalifornii. Gra aktorska to prawdziwy aktorski pojedynek: Julian Sands kontra Richard E. Grant (Redferne). Grant jako surowy, zdeterminowany łowca jest niesamowicie wiarygodny, a chemia między nim a Kassandrą (Lori Singer) dodaje historii potrzebnego, ludzkiego wymiaru. Nie mogę też zapomnieć o ścieżce dźwiękowej Jerry’ego Goldsmitha – te niepokojące chóry i mocne uderzenia orkiestry budują poczucie nadchodzącej apokalipsy.

Szybki podgląd

Krwawe trofeum: Za scenę „odmładzania się” Warlocka kosztem małego chłopca – to jeden z tych momentów, który przypomina, że lata 80. nie miały hamulców.

Zgrzyt: Efekty specjalne w scenach lotu zestarzały się dość boleśnie, ale przy tym klimacie łatwo przymknąć na to oko.

Mój werdykt w jednym zdaniu: To mroczna, stylowa i diabelnie inteligentna podróż w świat okultyzmu, która udowadnia, że Julian Sands był stworzony do roli syna ciemności.

Statystyki Magii:
Body count: 6/10 (ale każda śmierć jest rytualnie dopieszczona)

Poziom adrenaliny: Średni, ale napięcie trzyma do ostatniej sekundy

Ilość zużytej soli (ochronnej): Kilogramy

Dla kogo?
Oglądaj, jeśli: Kochasz klimaty starożytnych klątw, mroczne fantasy i szukasz czarnego charakteru, którego nie da się zapomnieć.

Odpuść, jeśli: Szukasz nowoczesnego horroru pełnego szybkich cięć i CGI – tutaj tempo jest klasyczne, a groza budowana jest na atmosferze i charakteryzacji.

Zwiastun „Czarnoksiężnik” (Warlock)