Tag Archives: Wampiry

Wampiry w przydrożnym piekle – Od zmierzchu do świtu

Od zmierzchu do świtu – Krwawy neon, ryk silników i zapach taniej tequili zmieszany z prochem strzelniczym. Robert Rodriguez i Quentin Tarantino zapraszają na szaloną przejażdżkę, która w połowie drogi zmienia pas ruchu i wjeżdża prosto w objęcia totalnego szaleństwa.

od zmierzchu do switu

Mamy do czynienia z absolutnym arcydziełem kina klasy B, które paradoksalnie dysponuje hollywoodzkim budżetem i genialną obsadą. Reżyser idealnie wyczuł pulpowy klimat. Stworzył dzieło bezkompromisowe, które bawi i szokuje nawet po wielu latach od premiery. Seans dostarcza czystej, nieskrępowanej adrenaliny. Twórcy genialnie połączyli dwa skrajnie różne gatunki filmowe, co mogło skończyć się katastrofą, a stało się kamieniem milowym rozrywkowego kina grozy.



Bracia Gecko uciekają przed wymiarem sprawiedliwości po krwawym napadzie na bank. Starszy, Seth, próbuje zachować zimną krew, podczas gdy młodszy, Richard, to nieobliczalny psychopata. Po drodze biorą jako zakładników pastora z dwójką dzieci. Cała grupa zamierza przeczekać noc w ekscentrycznym barze dla motocyklistów o wdzięcznej nazwie Titty Twister. Lokal leży tuż za meksykańską granicą. Scenariusz sprytnie zwodzi widza, budując klasyczny, brudny kryminał, by w najmniej oczekiwanym momencie rzucić bohaterów w sam środek krwiożerczego koszmaru.

Prawdziwe szaleństwo wybucha, gdy pracownicy baru zdejmują ludzkie maski. Zamiast skąpo ubranych tancerek i barmanów, na scenę wkraczają monstrualne, drapieżne wampiry. Nie mają one nic wspólnego z romantycznymi arystokratami. Bestie są obrzydliwe, brutalne i piekielnie głodne. Ekran szybko spływa hektolitrami juchy. Twórcy serwują nam widowiskowy pokaz gore, pełen odpadających kończyn, eksplodujących ciał i improwizowanej broni. Przemoc ma charakter przerysowany, komiksowy, dzięki czemu zamiast mdłości wywołuje raczej szeroki uśmiech na twarzy fana gatunku.

Atmosfera gęstnieje z każdą minutą spędzoną w meksykańskim klubie. Początkowy niepokój związany z obecnością nieprzewidywalnych przestępców ustępuje miejsca klaustrofobicznej paranoi. Knajpa staje się pułapką bez wyjścia. Osaczeni bohaterowie muszą walczyć o przetrwanie w dusznych, zadymionych pomieszczeniach. Rodriguez mistrzowsko buduje poczucie odizolowania od świata zewnętrznego. Przez całą drugą połowę seansu czujemy pot i brud tego przeklętego miejsca.

George Clooney jako Seth Gecko błyszczy charyzmą, tworząc jedną z najbardziej ikonicznych ról w swojej karierze. Sam Quentin Tarantino dotrzymuje mu kroku, bezbłędnie wcielając się w niezrównoważonego brata. Harvey Keitel wnosi do produkcji sporo powagi jako przeżywający kryzys wiary pastor. Scenografia zasługuje na najwyższe uznanie. Sam bar Titty Twister, zbudowany na środku pustyni, wygląda niesamowicie widowiskowo. Brudne wnętrza, neonowe oświetlenie oraz dynamiczne zdjęcia potęgują wrażenie obcowania z mrocznym komiksem.

Czy warto obejrzeć?
Pozycja pozostaje obowiązkowym punktem programu dla każdego miłośnika mocnych wrażeń i czarnego humoru. Scenariusz posiada drobne przestoje w środkowej części, tuż przed wielką transformacją baru. Te drobne wady znikają jednak w morzu kapitalnej zabawy i kultowych dialogów. Od zmierzchu do świtu nie bierze jeńców i bawi tak samo dobrze za każdym razem.

Zwiastun Od zmierzchu do świtu

Indianski demon i wampiry w horrorze Krew Manitou – Graham Masterton

krew manitou
Kiedy brytyjski król makabry, Graham Masterton, decyduje się na powrót do swojego flagowego uniwersum, można być pewnym, że będzie ostro. Krew nie będzie sączyć się leniwie, lecz tryśnie wartkim strumieniem prosto w twarz czytelnika. „Krew Manitou” to literacki koktajl. Miesza ze sobą tak skrajne składniki, że w teorii nie miało prawa to zadziałać. A jednak, ta pulpowo-gotycka jazda bez trzymanki wciąga szybciej niż ruchome piaski.



Nowy Jork spływa czerwienią. Metropolię paraliżuje osobliwa epidemia. Zamiast grypy, mieszkańcy łapią nagły, nieodparty apetyt na krew swoich bliźnich. Ludzie podrzynają sobie gardła na ulicach. A wirus przenosi się drogą, którą Masterton opisuje z niemal chirurgiczną (i bardzo zmysłową) lubością, przez namiętny seks. W sam środek tego wampirycznego szaleństwa wkracza stary znajomy, Harry Erskine. Genialny hochsztapler i fircyk, który udaje jasnowidza. Ale kiedy świat staje na głowie, okazuje się jedynym facetem z odpowiednimi chodami w zaświatach. Towarzyszy mu niezawodny indiański szaman, Śpiewająca Skała.
krew manitou
Fabuła pędzi na złamanie karku. Autor ma w nosie subtelne budowanie napięcia. Zamiast tego wrzuca czytelnika w wir wydarzeń, serwując miks teorii spiskowych i historycznej żonglerki. Dowiadujemy się bowiem, że starożytny, mściwy demon Misquamacus sprzymierzył się z… rumuńskimi wampirami, które sprowadzono do Ameryki jeszcze w XIX wieku, a które obudziły się do życia po zamachu z 11 września. Brzmi niedorzecznie? Owszem, ale Masterton pisze to z tak kamienną twarzą i tak lekkim piórem, że kupuje się ten pomysł z całym dobrodziejstwem inwentarza.

Styl pisarza jest bezpośredni, wręcz drapieżny. Krótkie, mięsiste zdania uderzają z siłą obucha, nie pozostawiając miejsca na poetyckie opisy przyrody. Jeśli pojawia się tu poezja, to jest to poezja rozrywanych tkanek i chłeptanej posoki.

Książka nie tyle straszy w klasycznym rozumieniu tego słowa. Nie znajdziecie tu cichego, pełzającego niepokoju, który każe sprawdzać szafy przed snem. Jest to raczej krwawa, widowiskowa apokalipsa. Masterton odpala jeden generator makabry za drugim. Monstra, z którymi mierzą się bohaterowie, to nie blade zmierzchowe nastolatki, lecz drapieżne bestie. Strzygi pełzające po ścianach wieżowców, potwory przenikające przez lustra i krwiożercze widma. Sceny gore są tu podane bez cenzury. Autor rozlewa posokę wiadrami, patroszy postacie z gracją rzeźnika i bawi się fizjologią strachu na całego.

Klimat Nowego Jorku w tej powieści jest duszny, lepki od potu i krwi, przesiąknięty zapachem paniki i rozkładu. Nowoczesna szklana dżungla zostaje brutalnie zderzona z pierwotną, mroczną magią i europejskim, gotyckim mitem. Ten kontrast tworzy niesamowity, niemal surrealistyczny nastrój schyłku cywilizacji.

Czy warto dać się ukąsić? Jeśli szukacie głębokiego traktatu o kondycji ludzkiej, omijajcie tę pozycję szerokim łukiem. Jeśli jednak tęsknicie za bezkompromisowym, mięsistym horrorem klasy B z czasów, gdy strach był po prostu dobrą, makabryczną zabawą – „Krew Manitou” sprawdzi się idealnie jako nocna lektura. Tylko po przeczytaniu dobrze zamknijcie okna. I na wszelki wypadek nie patrzcie za długo w lustra.

„Penny Dreadful” – Moja prywatna audiencja w piekle

Wchodzimy w mroczne uliczki wiktoriańskiego Londynu, gdzie mgła miesza się z dymem z kominów i zapachem krwi. Muszę Ci wyznać – „Penny Dreadful” (Dom grozy) to dla mnie nie jest zwykły serial. Film jest jak list miłosny do klasycznego horroru, napisany krwią i recytowany poezją lorda Byrona.
penny dreadful

Jeśli myślałeś, że widziałeś już wszystko w temacie Frankensteina, Draculi czy wilkołaków, to przygotuj się na to, że ten serial całkowicie zresetuje Twoje oczekiwania. Oto jak ja, jako fan wszystkiego co mroczne, przeżyłem tę podróż do „półświata”.
Wyobraź sobie Londyn końca XIX wieku. Sir Malcolm Murray (Timothy Dalton) i tajemnicza, niemal nadludzka Vanessa Ives (Eva Green) zbierają grupę „wyrzutków”, by odnaleźć zaginioną córkę Malcolma. Dołączają do nich: amerykański rewolwerowiec z mrocznym sekretem (Josh Hartnett) oraz genialny, ale owładnięty obsesją Victor Frankenstein.
Dla mnie Vanessa Ives to najlepiej napisana i zagrana postać kobieca w historii horroru. Eva Green, wykracza poza aktorstwo. Scena seansu spirytystycznego z pierwszego sezonu? Miałem ciarki na plecach i autentycznie bałem się patrzeć w ekran. Widziałem w niej postać rozdartą między świętością, a czystym, demonicznym opętaniem. Nie jest to „dama w opałach” – to kobieta, która patrzy szatanowi w oczy i mówi: „To wszystko, na co cię stać?”.



Zawsze lubiłem historię Victora, ale tutaj… tutaj serce mi pękało. Serial pokazuje Potwora nie jako bezmyślną bestię, ale jako najbardziej ludzką, poetycką i cierpiącą istotę w całym Londynie. Ich relacja – pełna nienawiści, wyrzutów sumienia i filozoficznych debat o sensie istnienia – to dla mnie emocjonalny rdzeń tego serialu.

Serial naprawdę świetnie wygląda. Nie jest to sterylne studio. Czuć ten brud, tę wilgoć piwnic i przepych salonów Doriana Graya. Klimat jest tak gęsty, że można go kroić nożem. Twórcy genialnie połączyli klasyczną literaturę grozy w jedną, spójną opowieść. Tutaj egzorcyzmy, wampiry, wilkołaki i czarownice (wątek z Helen McCrory to majstersztyk!) współistnieją w sposób, który wydaje się całkowicie naturalny.

Warto zauważyć, że ten serial nie traktuje widza jak idioty.
Dialogi są przepiękne, wręcz literackie. To horror intelektualny. Kiedy dochodzi do przemocy, jest ona nagła, brutalna i bardzo krwawa. Serial nie bierze jeńców. „Penny Dreadful” uczy, że w potwornościach też można znaleźć piękno. Prezentuje estetykę, która mnie całkowicie pochłonęła.

Mój Werdykt: Pozycja Obowiązkowa
Jeżeli cenisz, głębię psychologiczną postaci, które są „potworami” nie tylko z nazwy, mroczną, gotycką estetykę doprowadzoną do perfekcji i aktorstwo, które sprawia, że zapominasz o oddychaniu.

…to musisz to obejrzeć. Nie jest to serial na raz – to doświadczenie, do którego ja wracam, gdy tylko zatęsknię za prawdziwym, dystyngowanym mrokiem.