Tag Archives: świat po apokalipsie

Postapokaliptyczna groza – „To przychodzi po zmroku” (2017)

To Przychodzi Po Zmroku – To film, który jest podręcznikiem tego, jak wywołać u widza stan przedzawałowy, nie pokazując na ekranie właściwie żadnego potwora. „To przychodzi po zmroku” (2017) to jeden z najbardziej zwodniczych tytułów w historii horroru – i mówię to jako komplement. Marketing obiecywał nam kino o zmutowanych bestiach czających się w lesie, a dostaliśmy coś znacznie mroczniejszego: studium tego, jak strach przed „innym” zamienia nas w bestie.
Muszę zaznaczyć: to kino dla cierpliwych. Jeśli szukasz rzezi, srodze się zawiedziesz. Jeśli szukasz paranoi, która sprawi, że po seansie sprawdzisz trzy razy, czy zamknąłeś drzwi na klucz – trafiłeś idealnie.

to przychodzi po zmroku

„To przychodzi po zmroku” – Czerwone drzwi i czarna rozpacz
Świat został zdziesiątkowany przez tajemniczą, wysoce zaraźliwą chorobę. Paul (Joel Edgerton) wraz z żoną i synem mieszkają w odizolowanym domu w głębi lasu, przestrzegając surowych zasad bezpieczeństwa. Ich życie to rutyna przetrwania, której sercem są czerwone drzwi – jedyne wejście i wyjście, zawsze zamknięte na klucz. Gdy pewnej nocy do domu próbuje włamać się nieznajomy szukający wody dla swojej rodziny, Paul staje przed dylematem: pomóc i zaryzykować infekcję, czy odrzucić człowieczeństwo w imię bezpieczeństwa.

Minimalizm, który dusi
Film jest totalnie klaustrofobiczny, mimo że dzieje się w lesie. Reżyser Trey Edward Shults mistrzowsko operuje ciemnością – jedynym źródłem światła często są tylko latarki bohaterów, co sprawia, że krawędzie ekranu zawsze wydają się skrywać coś groźnego. Film nie wyjaśnia natury epidemii. Nie wiemy, co się dzieje ze światem, i to sprawia, że czujemy się tak samo zagubieni i przerażeni jak bohaterowie.

Paranoja jako jedyny mieszkaniec
To nie jest horror o wirusie, to horror o braku zaufania. Każde spojrzenie, każde niedopowiedzenie między dwiema rodzinami mieszkającymi pod jednym dachem buduje napięcie, które staje się nie do zniesienia. Tytułowe „to” nie jest fizycznym monstrum – to paranoja, która powoli infekuje umysły domowników, prowadząc do tragicznych decyzji.

Sny Travisa
Sceny snów syna Paula, Travisa, to jedne z najbardziej niepokojących momentów filmu. Są oniryczne, brudne i pełne podświadomego lęku przed śmiercią i chorobą. To w nich manifestuje się „prawdziwy” horror, który jest znacznie straszniejszy niż jakikolwiek jump scare, bo uderza w nasze najgłębsze lęki przed utratą bliskich.

Analiza strachu
Produkcja oferuje niezwykle duszną i przytłaczającą atmosferę, w której poczucie bezpieczeństwa jest jedynie kruchą iluzją, podważaną przez każdy szmer dobiegający z lasu. Film jest przesączony psychologicznym napięciem, unikając dosłowności na rzecz budowania lęku przed tym, czego nie widać i co pozostaje niedopowiedziane. Pod względem emocjonalnym obraz stanowi bezlitosne studium rozpadu moralnego w obliczu zagrożenia, pokazując, że instynkt przetrwania potrafi zniszczyć resztki ludzkiej empatii szybciej niż jakakolwiek choroba. Całość dopełnia surowa i mroczna estetyka, gdzie wszechobecna ciemność i klaustrofobiczne wnętrza domu stają się niemym świadkiem dramatu, prowadząc do finału, który pozostawia widza w stanie emocjonalnego odrętwienia i głębokiego niepokoju.

Werdykt Entuzjasty: Horror, który boli
„To przychodzi po zmroku” to kino minimalistyczne, ale uderzające z siłą młota. To film o tym, że w świecie, w którym wszystko zginęło, najtrudniej jest utrzymać przy życiu własne sumienie. Jeśli cenisz horrory od studia A24 (jak The Witch czy Hereditary), to jest to pozycja obowiązkowa. Przygotuj się na to, że ten film nie da Ci odpowiedzi, ale zostawi Cię z pytaniem: „Co ja bym zrobił, by chronić swoją rodzinę?”.

Komediowy koniec świata – To już jest koniec (This Is the End, 2013)

Po tych wszystkich wirusach, zombie, dusznych lasach, paranoi i wampirycznych korporacjach, czas na apokalipsę, którą ogląda się z szerokim uśmiechem, choć trup ściele się gęsto. „To już jest koniec” (This Is the End, 2013) to film, który bierze wszystkie schematy kina katastroficznego i horroru religijnego, a potem wrzuca je do miksera z ogromną dawką autoironii i hollywoodzkiego ego.
Uwielbiam ten film za jego odwagę – rzadko zdarza się, by czołowe gwiazdy kina grały tak przerysowane i często niesympatyczne wersje samych siebie, czekając na sąd ostateczny.

to juz jest koniec

„To już jest koniec” – Impreza u Franco, której nie zapomnisz
Jay Baruchel przyjeżdża do Los Angeles, by odwiedzić swojego kumpla Setha Rogena. Razem wybierają się na parapetówkę do Jamesa Franco, gdzie bawi się cała śmietanka Hollywood. Imprezę przerywa jednak… prawdziwe Wniebowzięcie. Nad miastem pojawiają się błękitne snopy światła zabierające „dobrych ludzi”, a reszta zostaje na ziemi, by zmierzyć się z trzęsieniami ziemi, demonicznymi bestiami i – co najgorsze – własnym towarzystwem. Seth, Jay, James Franco, Jonah Hill, Craig Robinson i Danny McBride barykadują się w willi, próbując przetrwać koniec świata, mając do dyspozycji jedynie trochę zapasów i bardzo dużo używek.

Meta-komedia na sterydach
To produkcja niesamowicie odważna i zabawna. Aktorzy grają podkręcone wersje samych siebie: Franco to narcystyczny kolekcjoner sztuki, Jonah Hill to przesadnie uprzejmy hipokryta, a Michael Cera (w epizodzie) to kompletny psychopata. Fajny jest ten dystans – oglądanie, jak wielkie gwiazdy giną w najbardziej absurdalne sposoby, daje mnóstwo frajdy.

Horror, który nie bierze jeńców
Mimo że to komedia, elementy horroru są tu potraktowane całkiem serio. Mamy tu wielkie demony z gigantycznymi… atrybutami, opętania rodem z Egzorcysty i krwawe sceny, które nie odstają od typowych slasherów. Ta brutalność sprawia, że stawka wydaje się realna, co tylko podbija komizm sytuacji bohaterów, którzy kompletnie nie nadają się do przetrwania czegokolwiek.

Temat odkupienia i „bycia dobrym”
Pod warstwą żartów o fekaliach i narkotykach kryje się całkiem trafna refleksja nad tym, co to znaczy być dobrym człowiekiem. Cały film to właściwie test moralny – kto zasługuje na ratunek, a kto musi zostać w piekle Hollywood? Relacja Setha i Jaya to emocjonalne serce filmu, które o dziwo działa całkiem nieźle między kolejnymi wybuchami wulkanów.

Analiza mroku
Film oferuje chaotyczną i euforyczną atmosferę, w której biblijna apokalipsa staje się tłem dla rozbuchanego ego hollywoodzkich gwiazd. Produkcja jest nasączona genialnym kontrastem między komedią kumpelską a krwawym horrorem, gdzie każda próba heroizmu kończy się spektakularną porażką. Pod względem wizualnym obraz serwuje zaskakująco solidne efekty specjalne, od ognistych czeluści po groteskowe projekty potworów, co nadaje całości charakteru rasowego kina grozy. Całość dopełnia bezlitosna satyra na celebrycki styl życia, sugerująca, że dla niektórych koniec świata to tylko kolejna okazja do zrobienia wokół siebie szumu, co prowadzi do jednego z najbardziej absurdalnych i radosnych finałów w historii gatunku.

Werdykt Entuzjasty: Najlepsza stypa w historii świata
„To już jest koniec” to rzadki przypadek filmu, który jest jednocześnie świetną komedią i satysfakcjonującym horrorem o potworach. To jazda bez trzymanki, która nie bierze jeńców i bawi się oczekiwaniami widza na każdym kroku. Jeśli chcesz zobaczyć, jak kończy się świat w blasku fleszy i przy dźwiękach Backstreet Boys, nie znajdziesz lepszej pozycji. To idealny „odczarowywacz” po ciężkich, depresyjnych horrorach, który przypomina, że apokalipsa może być też… zabawna.

Milla Jovovich walczy z zombie w filmie „Resident Evil” (2002)

Kiedy w 2002 roku Paul W.S. Anderson postanowił przenieść na ekran kultową serię gier Resident Evil, fani horrorów z zapartym tchem czekali na efekt. Czy filmowi udało się oddać klimat gry? Czy Milla Jovovich jako Alice stała się ikoną horrorowej akcji? I czy Resident Evil to wciąż horror, czy już tylko dynamiczna rozrywka z elementami grozy? Oto moja recenzja klasyka, który zapoczątkował jedną z najbardziej rozpoznawalnych filmowych sag o zombie.

resident evil

Akcja filmu rozgrywa się w podziemnym kompleksie Hive, należącym do potężnej korporacji Umbrella. Kiedy dochodzi do wycieku tajemniczego wirusa T, który zamienia pracowników w krwiożercze zombie, do akcji wkracza Alice (Milla Jovovich) – kobieta z amnezją, która okazuje się kluczową postacią w walce o przetrwanie. Towarzyszą jej członkowie oddziału komandosów, którzy mają za zadanie zabezpieczyć Hive i zapobiec rozprzestrzenianiu się zarazy.
Fabuła jest prosta, ale skuteczna: mroczne laboratorium, zdradzieccy naukowcy, mutanci i nieuchronny wyścig z czasem. Film nie epatuje skomplikowanymi zwrotami akcji, ale buduje napięcie dzięki atmosferze izolacji i nieuchronnej zagłady.

Resident Evil to film, który świetnie oddaje estetykę gry – ciemne korytarze, migoczące światła awaryjne, dźwięki kroków i odgłosy mutujących stworzeń. Anderson postawił na mroczną, industrialną scenerię, która doskonale współgra z poczuciem zagrożenia. Kamera często podąża za bohaterami, co sprawia, że widz czuje się, jakby sam przemierzał te ponure pomieszczenia.
Muzyka Marco Beltramiego i Marilyn Mansona (utwór My Plague w napisach końcowych) dopełniają klimat grozy i chaosu.

Milla Jovovich jako Alice to jedna z największych zalet filmu. Jej postać, choć na początku wydaje się zagubiona, szybko staje się silną, niezależną bohaterką, która nie potrzebuje ratunku. To właśnie Alice nadaje filmowi ludzki wymiar – jej walka z własną pamięcią i determinacja w obliczu zagrożenia sprawiają, że widz kibicuje jej do końca.
Reszta obsady – w tym Michelle Rodriguez jako Rain Ocampo – to typowi komandosi, ale każdy z nich ma swój moment, który dodaje filmowi realizmu. Niestety, niektóre postacie są dość płaskie, co jest typowe dla filmów akcji, ale w przypadku horroru mogłoby być więcej psychologicznej głębi.

Dla fanów gier największą atrakcją będą oczywiście zombie i mutanci. Efekty specjalne, jak na 2002 rok, prezentują się naprawdę dobrze. Sceny z zainfekowanymi pracownikami Hive, którzy powoli przemieniają się w potwory, są jednymi z najbardziej zapadających w pamięć. Szczególnie udany jest Licker – mutant, który poluje na bohaterów w ciemnych korytarzach.
Warto jednak zauważyć, że film nie epatuje krwią i gorem. To nie jest The Walking Dead – tutaj groza wynika bardziej z atmosfery niż z brutalności.

Analiza zagrożenia: Okiem Entuzjasty
Produkcja oferuje niezwykle dynamiczną i sterylną atmosferę, w której chłód nowoczesnej technologii zderza się z organicznym horrorem gnijącego ciała. Film jest nasączony estetyką „cyber-punku” początku milenium, gdzie błękitne filtry i ostre krawędzie betonu budują poczucie nowoczesnej pułapki bez wyjścia. Pod względem tematycznym obraz stanowi przerażającą wizję korporacyjnej bezkarności, w której człowiek jest jedynie materiałem testowym dla bezdusznej maszyny i chciwego zarządu. Całość dopełnia mistrzowskie wykorzystanie klaustrofobii, zamieniając potężny kompleks badawczy w labirynt, w którym drapieżnik czai się w każdym szybie wentylacyjnym, prowadząc do finału, który obiecuje koniec świata, jaki znamy.

Werdykt Entuzjasty: Fundament akcji-horroru
„Resident Evil” to film, który zdefiniował, jak powinny wyglądać nowoczesne adaptacje gier – niekoniecznie kopiując fabułę, ale oddając ducha walki o przetrwanie przeciwko przytłaczającym siłom. To kino efektowne, stylowe i – mimo upływu lat – wciąż niezwykle satysfakcjonujące wizualnie. Jeśli kochasz motywy tajnych laboratoriów, zbuntowanych AI i walki z czasem w cieniu nadchodzącej apokalipsy, to powrót do Ulu jest zawsze dobrym pomysłem.