Raz, dwa, trzy… wchodzisz do gry! (All Fun and Games – 2023) – W nawiedzonym amerykańskim miasteczku Salem, w opuszczonej chacie, mały Jonah znajduje tajemniczy nóż, na którym wyryto niepokojące inskrypcje. Ignorując ostrzeżenia starszego brata Marcusa (Asa Butterfield) zabiera go do domu. Starodawny artefakt pełen jest diabolicznej mocy, która prowadzi do morderczej gry.
Raz, dwa, trzy… i oto jesteśmy w Salem, mieście, które od trzystu lat nie potrafi uwolnić się od swojej reputacji. Demony, czary, przeklęte przedmioty. Dla tej miejscowości to już chyba miejscowy folklor. Eren Celeboglu i Ari Costa, debiutujący reżyserzy, postanowili dorzucić do tej kolekcji jeszcze jeden artefakt. Rytualny nóż, który zamienia niewinne podwórkowe gry w śmiertelny poligon.
Akcja rusza, gdy młody Jonah Fletcher wiedziony tajemniczym głosem włamuje się do opuszczonego domu, gdzie znajduje w starym piecu rytualny sztylet i dziennik pochodzący z XVII-wiecznych procesów czarownic. Zostawia przedmioty na miejscu — jak przystało na odpowiedzialnego bohatera horroru. Ale po powrocie do domu Jonah odkrywa, że sztylet i dziennik same trafiły do jego plecaka. Nóż ma plan.
Marcus i jego siostra Billie dostają od matki polecenie zostania w domu i opieki nad Jonahem. Gdy Jonah bierze sztylet do ręki zostaje opętany przez tajemniczą moc. Artefakt zmusza nastolatków do rozpoczęcia gry i przysięgi, że dokończą ją do samego końca. Od tego momentu rodzinny wieczór zamienia się w coś, co bardziej przypomina casting do piekielnej olimpiady.
Od chwili gdy Marcus przejmuje sztylet film wkracza na ścieżkę horroru. Scena w której opętany Marcus wycina sobie X na czole otoczony przez demoniczne istoty jest naprawdę mocna. A kiedy wychodzi z łazienki z krwawiącym czołem i z demonicznym uśmiechem szepcze do młodszego brata “bawmy się” ma się ochotę zapiąć pas bezpieczeństwa i pomyśleć, że wreszcie zaczyna się dobra zabawa.
Nastolatkowie zostają zmuszeni do rozgrywania krwawych wersji dziecięcych zabaw. Gry w latarkę, wisielca, chowanego. W tych rozgrywkach nie ma zwycięzców, są tylko ci, którzy przeżyją. Sam pomysł trzyma się mocno na fundamencie, który horror uwielbia najbardziej. Dzieciństwo wywrócone na opak. Niewinna gra w chowanego, w której stawką jest coś więcej niż odnalezienie kolegi za krzakiem. Chwyt równie stary jak sam gatunek, ale wciąż działający. Jeśli ktoś potrafi go poprowadzić z wyczuciem. Demon w tym filmie ma przynajmniej poczucie humoru — złośliwe, perwersyjne, ale jednak. Gdyby miał LinkedIn, w sekcji umiejętności wpisałby „kreatywne podejście do zabawek z dzieciństwa” i „zarządzanie zespołem pod presją”.
Asa Butterfield jako Marcus przechodzi metamorfozę od surowego starszego brata do narzędzia w rękach czegoś dużo gorszego niż zwykła nastoletnia frustracja. Natalia Dyer, znana z „Stranger Things”, próbuje utrzymać film na nogach siłą własnej charyzmy, ale scenariusz czasem wyciąga jej spod stóp dywan szybciej, niż zdąży zareagować. Keith David i Annabeth Gish dorzucają powagi tam, gdzie film najbardziej jej potrzebuje — czyli wszędzie.
Mechanika klątwy jest wyjaśniona tak pobieżnie, że przypomina bardziej notatkę zostawioną na lodówce niż pełnoprawną mitologię. Napisałbym, że logika tego świata wisi na włosku, ale to byłoby zbyt hojne. Raczej wisi na nitce, którą ktoś już dawno przeciął. Tempo filmu potyka się regularnie, jakby samo brało udział w jednej z tych śmiertelnych gier i nie do końca wiedziało, w którą stronę biec. Momentami napięcie buduje się naprawdę sprawnie, by chwilę później rozpłynąć się w przewidywalności rodem z podręcznika „Jak napisać slasher w weekend”.
Strona wizualna broni się najmocniej. Scenografia Salem spowita mrokiem i mgłą wygląda jak miejsce, w którym nawet latarnie boją się świecić zbyt jasno. Momenty grozy są skonstruowane z rzemieślniczą starannością. Kamera potrafi zamienić zwykłą latarkę w narzędzie czystego terroru, co samo w sobie zasługuje na uznanie. Szkoda tylko, że cała ta estetyczna robota nie ma pod sobą równie dobrego scenariusza.
Humor w filmie pojawia się punktowo, czasem całkiem trafnie. Demon rzucający sarkastyczne uwagi w trakcie masakry to pomysł, który mógłby unieść cały film, gdyby dano mu więcej przestrzeni. Niestety te momenty giną pod ciężarem sztampowych dialogów nastolatków.
Werdykt: Pozycja dla widzów, którzy traktują horror jak popcornową przekąskę na piątkowy wieczór i nie oczekują rewolucji gatunkowej. Znajdą w tym filmie solidną dawkę efektownej grozy, chwytliwy koncept i kilka naprawdę niepokojących kadrów. Fani prostych, krwawych slasherów z nutką nadprzyrodzonego folkloru mogą się dobrze bawić. Jeśli jednak szukasz horroru z głęboką mitologią, spójną logiką świata i scenariuszem, który nie gubi się we własnych regułach — omijaj szerokim łukiem. „All Fun and Games” to zabawa, która zaczyna się obiecująco, a kończy jak gra planszowa bez połowy instrukcji — fajny pomysł, niedopracowane wykonanie.
Zwiastun horroru Raz, dwa, trzy… wchodzisz do gry!
