Category Archives: Komedie Horror

Genialna czarna komedia „Areszt domowy” (Housebound, 2014)

„Areszt domowy” (Housebound, 2014) to absolutna perła, która udowadnia, że Nowozelandczycy mają unikalny dar do łączenia autentycznego strachu z genialnym humorem. To jeden z tych filmów, które najlepiej oglądać, nie wiedząc o nich zupełnie nic. Zaczyna się jak klasyczna opowieść o duchach, by w połowie drogi wywinąć Ci taki numer, że zbierasz szczękę z podłogi.

houesebond

„Housebound” – Kara gorsza niż więzienie
Kylie Bucknell to zbuntowana młoda kobieta, która po nieudanej próbie obrabowania bankomatu zostaje skazana na areszt domowy. Problem w tym, że musi go odbyć w domu swojej gadatliwej matki, Miriam, która jest święcie przekonana, że ich dom jest nawiedzony. Kylie, twardo stąpająca po ziemi sceptyczka, początkowo wyśmiewa te rewelacje, ale kiedy w nocy zaczynają dziać się rzeczy, których nie da się wyjaśnić logiką, zaczyna podejrzewać, że jej wyrok może stać się wyrokiem śmierci.

Film jest niesamowicie inteligentny i zabawny. Humor nie polega tu na głupkowatych żartach, ale na genialnych dialogach i reakcjach bohaterów na absurdalne sytuacje. Uwielbiam postać Amosa – ochroniarza, który przychodzi sprawdzać nadajnik Kylie, a okazuje się być domorosłym pogromcą duchów z profesjonalnym sprzętem domowej roboty.

Film jest jak kameleon. Przez pierwsze 40 minut to rasowy horror o nawiedzonym domu, przy którym można się realnie wystraszyć (scena z misiem!). Potem płynnie przechodzi w kryminał, by w finale stać się krwawą i szaloną jazdą bez trzymanki. Ta zmiana tonu jest tak płynna, że ani przez chwilę nie czujesz zgrzytu.

Pod warstwą grozy kryje się świetny portret rodzinny. Konflikt między cyniczną Kylie a jej „pocieszną” matką dodaje filmowi serca. To rzadkość w horrorach, żebyśmy tak bardzo przejmowali się losem bohaterów, zamiast tylko czekać, aż coś ich pożre.

Film oferuje niezwykle zmienną i angażującą atmosferę, która z chirurgiczną precyzją przechodzi od mrożącej krew w żyłach grozy do błyskotliwej komedii sytuacyjnej. Produkcja jest przesączona genialnym wyczuciem timingu, gdzie nagłe ataki strachu są równie skuteczne, co następujące po nich rozładowanie napięcia za pomocą humoru. Pod względem scenariuszowym obraz stanowi fascynującą zabawę z oczekiwaniami widza, wielokrotnie podważając klasyczne schematy kina o nawiedzonych domach i serwując zwroty akcji, których nie powstydziłby się rasowy thriller. Całość dopełnia klaustrofobiczny klimat starego, trzeszczącego domostwa, które zamiast być azylem, staje się labiryntem pełnym tajemnic i niepokojących dźwięków dochodzących zza ścian.

Werdykt Entuzjasty: Inteligentna groza z charakterem
„Housebound” to jeden z najlepszych horrorów komediowych ostatnich dwóch dekad. Reżyser Gerard Johnstone stworzył dzieło kompletne, które bawi się z widzem w kotka i myszkę, dostarczając jednocześnie solidnej porcji dreszczy i salw śmiechu. To film z duszą, świetnie zagrany i napisany z niesamowitą dbałością o detale. Jeśli szukasz czegoś, co odświeży Twoje spojrzenie na horrory o duchach i sprawi, że będziesz się świetnie bawić, to nowozelandzkie „nawiedzenie” jest strzałem w dziesiątkę.

Czarna komedia w pętli czasu w filmie Śmierć Nadejdzie Dziś

Przechodzimy do filmu, który w moim osobistym rankingu horrorów spod znaku Blumhouse zajmuje miejsce na samym podium. „Śmierć nadejdzie dziś” (Happy Death Day, 2017) to absolutny majstersztyk balansowania między gatunkami. Jeśli Dzień Świstaka i Krzyk miałyby dziecko, które kocha ironię i ma świetne wyczucie rytmu, byłaby nim właśnie ta produkcja. Ten film nie próbuje być „najstraszniejszym horrorem wszech czasów” – on chce być najbardziej inteligentną zabawą, jaką widziałeś od dawna.

śmierć nadejdzie dziś

„Śmierć nadejdzie dziś” – Urodziny, których nie przeżyjesz
Tree Gelbman to pewna siebie, nieco narcystyczna studentka, która budzi się w pokoju obcego chłopaka w dniu swoich urodzin. Dzień mija jej fatalnie, a wieczorem zostaje brutalnie zamordowana przez postać w masce maskotki uniwersytetu. I wtedy… budzi się rano dokładnie w tym samym pokoju. Tree utknęła w pętli czasu – musi odkryć tożsamość swojego mordercy, zanim skończą jej się „życia”, bo z każdą kolejną śmiercią jej ciało staje się coraz słabsze.

Groundhog Day z nożem: Geniusz powtarzalności
To produkcja niesamowicie bystra, zabawna i dynamiczna. Reżyser Christopher Landon wykorzystuje pętlę czasu nie jako nudny schemat, ale jako narzędzie do ewolucji bohaterki. Obserwowanie, jak Tree przechodzi od paniki, przez paranoję, aż po totalny tryb „badass”, to czysta frajda. Film wyśmiewa klasyczne klisze gatunku, jednocześnie oddając im hołd.

Muszę to podkreślić: ten film stoi Jessicą Rothe. Jej rola jest fenomenalna. Potrafi być irytującą „królową pszczół”, by za chwilę stać się bohaterką, której szczerze kibicujesz. Ma niesamowity talent komediowy, a jej mimika podczas kolejnych zgonów jest bezcenna. To rzadki przypadek w horrorze, gdzie postać jest tak dobrze napisana, że sam slasher schodzi na drugi plan.

Maska Bobasa: Nowa ikona popkultury?
Postać mordercy w masce bobasa jest strzałem w dziesiątkę. Jest w niej coś groteskowego i niepokojącego, co idealnie pasuje do kampowego klimatu filmu. Zagadka „kto zabija?” jest skonstruowana na tyle sprawnie, że finałowy zwrot akcji naprawdę potrafi zaskoczyć.

Werdykt: Rozrywka na najwyższych obrotach
„Śmierć nadejdzie dziś” to jeden z najbardziej odświeżających i inteligentnych horrorów ostatniej dekady, który mistrzowsko łączy elementy slashera, czarnej komedii i kina science-fiction. Zamiast epatować brutalnością, twórcy stawiają na świetnie skonstruowaną intrygę oraz niesamowitą energię głównej bohaterki, w którą brawurowo wcieliła się Jessica Rothe. Film bawi się oczekiwaniami widza, serwując mu nie tylko dreszczyk emocji, ale i satysfakcjonującą opowieść o charakterze i odkupieniu. Jest to idealna propozycja dla każdego, kto szuka w kinie grozy świeżości, dystansu i doskonale napisanych postaci, które zostają w pamięci na znacznie dłużej niż tylko do napisów końcowych.

Spotkanie z diablicą w filmie Val

„Val” (2021) to stylowy, niemal perwersyjny miks thrillera, czarnej komedii i horroru, który pachnie tanim winem, drogimi perfumami i… siarką.
Jako gość, który uwielbia filmy typu „one location” (akcja w jednym miejscu), bawiłem się tu świetnie, bo Val to gra w kotka i myszkę, gdzie do samego końca nie wiesz, kto kogo tak naprawdę zagonił w kozi róg.

val horror

„Val” – Złodziej, prostytutka i coś znacznie gorszego
John jest przestępcą na gigancie. Uciekając przed policją, włamuje się do luksusowej willi, w której zastaje Val – luksusową damę do towarzystwa. John myśli, że złapał Pana Boga za nogi: ma kryjówkę i zakładniczkę. Jednak szybko zdaje sobie sprawę, że Val nie jest „ofiarą”, a jej profesja to tylko przykrywka dla czegoś, co wykracza poza ludzkie pojmowanie.

Neon-Noir spotyka Okultyzm: To wygląda obłędnie!
Pierwsze, co mnie rzuciło na kolana, to estetyka. Film jest przesiąknięty neonowym fioletem, czerwienią i głębokim cieniem. Czułem się, jakbym oglądał mroczniejszą wersję Johna Wicka, w której ktoś nagle otworzył bramy piekła. Wizualnie to absolutna perełka indie horroru – każde ujęcie w tym domu jest dopieszczone tak, żebyś czuł się jednocześnie zachwycony i zaniepokojony.

Misha Reeves jako Val – Totalna hipnoza
Powiem to szczerze: ten film stoi jedną rolą. Misha Reeves jako Val jest niesamowita. Jest w niej coś z klasycznej femme fatale, ale doprawionej demonicznym szaleństwem. Obserwowałem ją z zapartym tchem – w jednej chwili jest uwodzicielska i spokojna, by za sekundę pokazać pazury (dosłownie i w przenośni). To postać, której nie da się nie lubić, nawet gdy robi rzeczy absolutnie potworne.

Od thrillera do rzeźni: Ewolucja grozy
Film zaczyna się jak klasyczny thriller o uciekinierze, ale z każdą minutą „odkleja się” od rzeczywistości. Kiedy w końcu maski opadają (i to dosłownie), dostajemy solidną dawkę body horroru. Nie ma tu CGI – jest za to pomysłowa charakteryzacja, która sprawiła, że parę razy mrużyłem oczy z uznaniem.

Moja subiektywna opinia
Dla mnie Val to taki „ukryty klejnot”, o którym mało kto mówi, a szkoda.

Klimat: To horror „z przymrużeniem oka”, ale wciąż potrafiący być brutalnym. Przypominał mi trochę klimatem What We Do in the Shadows, gdyby postacie były bardziej złośliwe i sexy.

Dynamika: Podobało mi się, jak John (Zachary Knighton) powoli traci grunt pod nogami. To satysfakcjonujące patrzeć, jak pewny siebie facet uświadamia sobie, że włamał się do jaskini lwa… albo raczej demonicy.

Mój Werdykt: Stylowa jazda bez trzymanki
Jeżeli lubisz:

– Horrory kameralne, skupione na dwójce bohaterów.

– Stylową oprawę wizualną (neony, gra świateł).

– Opowieści o silnych, nieludzkich postaciach kobiecych, które dyktują warunki.

…to „Val” Cię zachwyci. To idealny film na późny wieczór, kiedy chcesz obejrzeć coś „innego”, co nie boi się być odważne i lekko zwariowane.