Tag Archives: Złe Duchy

Wendigo i inne upiory – Algernon Blackwood

Wendigo i inne upiory” to zbiór opowiadań autorstwa Algernona Blackwooda, brytyjskiego pisarza uznawanego za mistrza literatury grozy, szczególnie opowieści o nadprzyrodzonych zjawiskach. Książka gromadzi kilka jego najsłynniejszych prac, w tym opowiadanie tytułowe “Wendigo”, które stało się klasykiem gatunku. Blackwood w swoich opowiadaniach często odwołuje się do mrocznych, tajemniczych sił natury, wprowadzając atmosferę strachu i niepokoju. Blackwood mistrzowsko buduje napięcie, wykorzystując surowość natury, samotność i poczucie nieuchronnej zagłady. Czytelnik czuje, że bohaterowie są osaczeni przez coś niepojętego, co działa poza granicami ludzkiego rozumienia. Oprócz “Wendigo”, zbiór zawiera także inne klasyczne opowieści grozy Algernona Blackwooda, które ukazują jego fascynację nieznanym i nadprzyrodzonym. Chociaż różnią się tematyką, wszystkie łączy wspólny wątek zderzenia człowieka z siłami, które są daleko poza jego kontrolą. Blackwood był mistrzem tworzenia atmosfery, w której napięcie narasta stopniowo, budowane przez detale i sugestie, zamiast otwartych scen grozy. Jego opowieści często skupiają się na przerażeniu psychologicznym, w którym bohaterowie są poddawani naciskom ze strony sił, których nie mogą zrozumieć ani kontrolować. Co ciekawe, zamiast bezpośrednich konfrontacji z potworami czy duchami, w wielu przypadkach groza pozostaje w sferze niejasnych, ledwie zauważalnych sugestii.

Wendigo i inne upiory” to klasyka literatury grozy, która wciąga czytelnika w mroczny, niepokojący świat tajemniczych sił i zjawisk nadprzyrodzonych. Algernon Blackwood z mistrzowską precyzją buduje atmosferę strachu, gdzie groza czai się w naturze, w psychice bohaterów i w samym nieznanym. Zbiór ten jest doskonały dla miłośników subtelnej, psychologicznej grozy, a także dla tych, którzy cenią sobie opowieści o nieznanych, dzikich siłach natury.

Przerażający demon w filmie „Topielisko. Klątwa La Llorony” (2019)

Topielisko. Klątwa La Llorony” (2019) – to nie jest kino filozoficzne. To maszyna do generowania dreszczy, która bierze na warsztat jedną z najpotężniejszych legend meksykańskiego folkloru.
topielisko la lorrona horror

Los Angeles, lata 70. Anna, pracownica socjalna i wdowa wychowująca dwójkę dzieci, ignoruje ostrzeżenia matki podejrzanej o zaniedbywanie synów. Wkrótce odkrywa, że za sprawą stoi „Płacząca Kobieta” – La Llorona. To przerażająca zjawa, która uwięziona między niebem a piekłem, poluje na dzieci, by zastąpić nimi te, które sama niegdyś utopiła. Anna musi połączyć siły z ekscentrycznym uzdrowicielem, by uratować swoją rodzinę.

Film świetnie wykorzystuje postać La Llorony – postać, którą w Meksyku straszy się dzieci od pokoleń. Atmosfera lat 70. w Los Angeles dodaje całości realizmu. Twórcy nie próbowali na siłę „ugrzecznić” zjawy; jej wygląd, charakterystyczny płacz i biała suknia to czyste paliwo dla koszmarów.

Sam design La Llorony to hołd dla klasycznych wyobrażeń o tej legendzie – jej przerażający wygląd, gnijąca biała suknia i puste oczy sprawiają, że postać „Płaczącej Kobiety” staje się realnym i namacalnym zagrożeniem. Choć pod względem oryginalności tytuł ten mocno trzyma się sprawdzonych schematów gatunku, to jednak robi to na tyle sprawnie, że zadowoli każdego fana klasycznych opowieści o nawiedzeniach, który szuka w kinie przede wszystkim rzemieślniczej precyzji w straszeniu.

Ten film nie bawi się w subtelności. To produkcja oparta na nagłych uderzeniach dźwięku i wyskakujących z mroku twarzach. Jeśli lubisz ten dreszcz emocji, gdy cała sala w kinie podskakuje w tym samym momencie – będziesz zachwycony. Realizacja techniczna scen w łazience czy przy samochodzie stoi na bardzo wysokim poziomie, budując napięcie tam, gdzie woda staje się śmiertelną pułapką.

Werdykt: Solidny straszak na wieczór
„Topielisko. Klątwa La Llorony” to sprawnie zrealizowany horror, który z powodzeniem przenosi mroczny meksykański folklor na grunt współczesnego amerykańskiego kina grozy. Film nie próbuje rewolucjonizować gatunku, skupiając się zamiast tego na dostarczaniu widzowi intensywnych wrażeń poprzez gęstą atmosferę i liczne, dobrze skonstruowane sceny jump scare. Największym atutem produkcji jest postać samej zjawy oraz jej tragiczne tło, które nadaje nadprzyrodzonym wydarzeniom emocjonalny ciężar. Jest to idealna pozycja dla fanów uniwersum „Obecności”, szukających klasycznej opowieści o nawiedzeniu, która trzyma w napięciu od pierwszej do ostatniej minuty.

Upiorne demoniczne byty w filmie „Ouija: Narodziny zła” (2016)

Mike Flanagan to magik. To, co zrobił w „Ouija: Narodziny zła” (2016), powinno być wykładane na studiach filmowych pod tytułem „Jak z fatalnej marki zrobić arcydzieło klimatu”. Po tragicznie słabej pierwszej części z 2014 roku nikt nie spodziewał się niczego dobrego, a dostaliśmy jeden z najlepszych horrorów o opętaniu tamtej dekady.
Ten film ma już dekadę na karku, a wciąż bije na głowę większość współczesnych produkcji o duchach. Oto dlaczego ten seans to czysta, rzemieślnicza perfekcja.

ouija duchy demony

„Ouija: Narodziny zła” – Gdy zabawa w duchy przestaje być teatrem
Lata 60. XX wieku, Los Angeles. Alice Zander jest wdową, która wraz z dwiema córkami prowadzi „seanse spirytystyczne”. To oszustwo, ale Alice wierzy, że pomaga ludziom pogodzić się ze stratą. Aby uatrakcyjnić „show”, kupuje planszę Ouija. Nieświadomie otwiera jednak drzwi dla prawdziwego zła, które upomina się o najmłodszą córkę, Doris.

Retro-horror z duszą: Mike Flanagan i jego warsztat
„Ouija: Narodziny zła” to produkcja niesamowicie stylowa i dopracowana. Flanagan poszedł na całość – nałożył na film filtry, które sprawiają, że obraz wygląda jak z 1967 roku, a w rogach ekranu pojawiają się nawet „ślady po papierosie” (dawne znaki dla kiniarza, że trzeba zmienić rolkę). Jest to prawdziwy hołd dla klasyki – to nie jest tylko straszny film, to list miłosny do kina retro, który wciąga od pierwszej minuty.

Doris i jej „długie usta”: Czy to straszy?
Film jest wyjątkowo nastrojowy i operuje narastającym niepokojem. Flanagan nie potrzebuje stu głośnych uderzeń w bęben, żebyś się bał. Największe przerażenie budzi mała Doris (Lulu Wilson). Scena, w której opisuje, co czuje osoba duszona, jest tak lodowata i genialnie zagrana, że zapomnisz o oddychaniu. A kiedy w końcu pojawiają się efekty specjalne – jak słynne „wydłużone usta” – są one tak surrealistyczne, że zostają pod powiekami na długo po seansie.

Żałoba jako paliwo dla demonów: Głęboki temat
Głównym motywem jest rozpacz po stracie ojca i męża. To jest znak rozpoznawczy Flanagana – jego duchy zawsze karmią się traumą. „Zło” w tym filmie nie jest przypadkowe; ono wchodzi do domu, bo rodzina Zanderów ma w sobie pustkę, którą coś musi wypełnić. Dzięki temu nie oglądasz tylko kolejnej opowieści o tabliczce, ale prawdziwy dramat o rodzinie, która w swojej tęsknocie stała się bezbronna.

Lulu Wilson – Mała wielka mistrzyni grozy
Jeśli myślałeś, że dzieci w horrorach są irytujące, Lulu Wilson wyprowadzi Cię z błędu. Jej transformacja z niewinnego dziecka w naczynie dla czegoś starożytnego i złego jest hipnotyzująca. Klimat jest ciepły, domowy, a jednocześnie podszyty czymś zgniłym. Kontrast między pastelowymi kolorami lat 60. a mrokiem czającym się za kanapą to czysty wizualny majstersztyk.

Werdykt Entuzjasty: Odrodzenie w blasku retro
Ten film stanowi jeden z nielicznych przypadków w historii kina grozy, w którym prequel okazuje się produkcją o kilka klas lepszą od swojego pierwowzoru. Mike Flanagan stworzył dzieło, które zachwyca nie tylko precyzyjnie budowanym napięciem, ale przede wszystkim niesamowitą dbałością o estetykę lat sześćdziesiątych i technicznymi smaczkami dla kinomanów. Całość opowieści opiera się na genialnej roli młodej Lulu Wilson, która potrafi przerazić samym spojrzeniem i nienaturalnym spokojem w głosie. Jest to pozycja obowiązkowa dla każdego, kto ceni sobie horrory inteligentne, w których nadprzyrodzona groza stanowi jedynie tło dla głębokiego, przejmującego dramatu rodzinnego.