„Duchy Marsa” (2001) to film, który w dniu premiery został zmiażdżony przez krytykę, ale z perspektywy 2026 roku patrzymy na niego jak na absolutny monument „heavy-metalowego” kina akcji.
To jest Carpenter w wersji „bez trzymanki”. Reżyser wziął schemat westernu (Rio Bravo), ubrał go w pancerze sci-fi i podkręcił głośność tak mocno, że do dziś dzwoni w uszach.
Rok 2176. Mars jest w dużej mierze zterraformowany, a ludzkość żyje w kopalnianych osadach. Porucznik Melanie Ballard (Natasha Henstridge) zostaje wysłana do odległej bazy górniczej, by przetransportować groźnego przestępcę o pseudonimie „Desolation” Williams (Ice Cube). Na miejscu okazuje się jednak, że osada jest pusta… a przynajmniej tak im się wydaje. Górnicy dokopali się do starożytnych marsjańskich ruin, uwalniając bezcielesne duchy, które opętują ludzi, zmieniając ich w zmutowanych, spragnionych krwi wojowników-sadystów. Policja i bandyci muszą połączyć siły, by przetrwać noc.
Film jest niesamowicie głośny i rytmiczny. Ścieżka dźwiękowa, przy której współpracowali Anthrax, Steve Vai i Buckethead, to w zasadzie osobny bohater filmu. Każda strzelanina, każda transformacja i każdy atak Marsjan odbywa się przy akompaniamencie ciężkich, industrialnych riffów. Carpenter nie bawił się w subtelność – ten film ma puls i energię koncertu rockowego.
Mars w filmie jest brudny, rdzawy i pełen stali. Efekty i charakteryzacja opętanych górników (pełna kolców, blizn i rytualnych samookaleczeń) robią niesamowite wrażenie.
Warto obejrzeć ten film choćby dla młodego Jasona Stathama w roli Jericho. Gra tu napalonego, nieco zawadiackiego policjanta, zanim jeszcze na stałe wszedł w buty niezniszczalnego twardziela z Transportera. Jego chemia z Ice Cube’em i Henstridge dodaje filmowi specyficznego, kumpelskiego klimatu w samym środku rzezi.
Analiza starcia
Produkcja oferuje niezwykle agresywną i surową atmosferę, w której klasyczny motyw oblężenia zostaje podniesiony do rangi apokaliptycznego starcia kultur. Film jest nasączony bezkompromisową przemocą i kampową estetyką, łącząc mrok horroru z dynamiką kina klasy B w sposób, który potrafi tylko Carpenter. Pod względem narracyjnym obraz stosuje niecodzienną strukturę retrospekcji w retrospekcjach, co nadaje historii niemal mitologiczny charakter opowieści ocalonego. Całość dopełnia niepokojący design antagonistów, którzy mimo ludzkiej formy stają się całkowicie obcy, brutalni i nieprzewidywalni, co zamienia Czerwoną Planetę w jedno wielkie, krwawe pole bitwy.
Werdykt Entuzjasty: Czysta, rdzawa energia
„Duchy Marsa” to film dla tych, którzy kochają kino z charakterem. Może i fabuła jest prosta jak konstrukcja cepa, a niektóre przejścia montażowe trącą amatorszczyzną, ale klimat, muzyka i projekt świata są nie do podrobienia. To rzadki przykład filmu, który nie przeprasza za to, czym jest – głośną, brutalną i niesamowicie stylową zabawą w „ludzie kontra potwory”. Jeśli szukasz czegoś, co podniesie Ci tętno i pozwoli poczuć kurz Marsa w płucach, to jest strzał w dziesiątkę.
