„Lesbian Vampire Killers” to film, który od samego początku jasno komunikuje swoje intencje: nie chce straszyć na serio, tylko bawić się konwencją horroru. To produkcja skrajnie rozrywkowa, momentami głupkowata, ale świadoma swojego kiczowatego charakteru. Seans przypomina luźną imprezę z horrorem w tle — jeśli zaakceptuje się tę formę, film potrafi sprawić sporą frajdę.
Dwóch życiowych nieudaczników, Jimmy i Fletch, trafia do małej walijskiej wioski, nad którą ciąży pradawna klątwa. Miejscowe kobiety są stopniowo przemieniane w lesbijskie wampirzyce, służące swojej mrocznej królowej. Bohaterowie, zupełnie nieprzygotowani do walki z siłami zła, zostają wplątani w absurdalną misję ratowania wioski.
Scenariusz to pretekst do serii żartów, parodii klasycznych horrorów i pastiszu motywów znanych z kina wampirycznego.
Groza pełni tu rolę drugoplanową. Wampiry są bardziej stylizowane niż przerażające, a krwawe sceny pojawiają się sporadycznie i w mocno przerysowanej formie. Film celowo balansuje na granicy absurdu, traktując horror jako element estetyczny, a nie źródło realnego strachu.
Atmosfera filmu jest lekka, komiksowa i momentami surrealistyczna. Gotyckie ruiny, nocne plenery i wampiryczne motywy mieszają się z brytyjskim humorem i młodzieżową energią. To bardziej parodia horroru niż horror sam w sobie — idealna propozycja na seans bez zobowiązań.
James Corden i Mathew Horne grają duet oparty na kontrastach i komediowej chemii. Ich bohaterowie są świadomie przerysowani i dalecy od klasycznych herosów. Realizacja jest poprawna, z widocznym naciskiem na styl i estetykę, choć mały budżet daje się odczuć na ekranie.
Czy warto obejrzeć?
Jeśli szukasz czystej rozrywki, parodii horroru i dystansu do gatunku, „Lesbian Vampire Killers” może być zaskakująco przyjemnym seansem. To film, który nie bierze siebie na serio i dokładnie tego samego oczekuje od widza. Dla fanów klasycznej grozy może być zbyt lekki, ale jako horror-komedia sprawdza się znakomicie.
